7 emocji. Radość. Lekarze mówią: Im bardziej skomplikowany zabieg, tym większy stres. A potem szczęście

Monika Chruścińska-Dragan
Monika Chruścińska-Dragan

Wideo

Zobacz galerię (6 zdjęć)
Każdy dzień pracy tutaj to jak wyścig z czasem. Z czasem i chorobami krwi, w tym ostrą białaczką. - Nasi pacjenci nie mogą czekać czterech czy pięciu miesięcy - podkreśla prof. Grzegorz Helbig, szef oddziału. - Dlatego kiedy w marcu minionego roku pojawiły się opinie, że w maju, najdalej w czerwcu, pandemia się skończy i będziemy mogli wrócić do normalnego życia, kontynuowaliśmy wykonywanie transplantacji, nie przesuwaliśmy zabiegów na lato - opowiada. Jestem na Oddziale Hematologii i Transplantacji Szpiku Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego im. Andrzeja Mielęckiego SUM w Katowicach - pisze Monika Chruścińska-Dragan, dziennikarka Newsroomu „Dziennika Zachodniego".
  • „7 emocji. Inne spojrzenie na pandemię" to projekt DZ na rocznicę lockdownu. Podsumowujemy, jak zmienił się świat pisząc o ludziach i ich emocjach
  • Monika Chruścińska-Dragan, dziennikarka Newsroomu „Dziennika Zachodniego", wybrała radość, aby na przekór pandemii udowodnić, że powody do niej też były
  • Radości szukała w nietypowych miejscach - w szpitalach, a jej przewodnikami są prof. Marian Zembala, dyrektor ŚCC w Zabrzu, prof. Grzegorz Helbig ze Szpitala Klinicznego im. Andrzeja Mielęckiego SUM w Katowicach i prof. Tomasz Koszutski z GCZD w Katowicach
  • Co naprawdę cieszy lekarzy, kiedy mówią o prawdziwym sukcesie i jak radzą sobie w trudnych sytuacjach na co dzień?
  • „Sukces w każdej pracy jest motorem, który pcha nas do przodu. Radość przychodzi dopiero po pewnym czasie, nie miesiącu czy dwóch, ale po upływie kilku lat od przeszczepu"

***

Każdy dzień pracy tutaj to jak wyścig z czasem. Z czasem i chorobami krwi, w tym ostrą białaczką. - Nasi pacjenci nie mogą czekać czterech czy pięciu miesięcy - podkreśla prof. Grzegorz Helbig, szef oddziału. - Dlatego kiedy w marcu minionego roku pojawiły się opinie, że w maju, najdalej w czerwcu, pandemia się skończy i będziemy mogli wrócić do normalnego życia, kontynuowaliśmy wykonywanie transplantacji, nie przesuwaliśmy zabiegów na lato - opowiada. Jestem na Oddziale Hematologii i Transplantacji Szpiku Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego im. Andrzeja Mielęckiego SUM w Katowicach.

Na hematologii pandemia napsuła krwi personelowi

Zamknięte oddziały niektórych szpitali wydłużyły kolejkę chorych czekających na przeszczep szpiku kostnego. Katowicka klinika jest największym tego typu ośrodkiem w Polsce. Siłą rzeczy pacjenci szukający miejsc, gdzie transplantacje są wykonywane na bieżąco, trafiali do gmachu przy Dąbrowskiego 25. W efekcie szpital w 2020 roku, pomimo pandemii, pobił swój dotychczasowy rekord. Wykonał aż 312 transplantacji, w tym 86 od dawców niespokrewnionych. To o 10 procent więcej niż rok wcześniej.

Nim udało się to zrobić, pandemia zdążyła napsuć personelowi sporo krwi. Problemy zaczęły się wraz z zamknięciem granic. Około 30 procent komórek macierzystych ośrodek pozyskuje od dawców z rejestrów zagranicznych, które trzeba było przewieźć do Polski, choć samoloty nie latały, a przekraczający granicę z automatu byli kierowani na kwarantannę. - Mieliśmy w tym czasie do odbioru komórki za granicą - w Londynie, Holandii i Szwecji. Zwróciliśmy się z prośbą do Głównego Inspektoratu Sanitarnego o zezwolenie, aby nasz kurier mógł przekroczyć granicę bez kwarantanny. Gdyby tak się nie stało, straciłbym pracownika na dwa tygodnie - zauważa prof. Helbig.

Udało się, ale podróże wydłużyły się o kilkanaście do nawet kilkudziesięciu godzin. Materiał przeszczepowy trzeba było poddać mrożeniu tzw. krioprezeracji, a leczenie pacjenta rozpoczynać w momencie, gdy komórki były już w ośrodku. Innym razem trzeba było sprowadzić do Polski komórki z Izraela, objętego wówczas lockdownem. Znów się udało, ale tylko dzięki temu, że Izrael zgodził się wysłać swojego kuriera.

Wraz ze wzrostem liczby zakażonych na całym świecie infekcje zaczęły nękać zarówno dawców, jak i biorców przeszczepów. W tej sytuacji konieczne było przesuwanie zabiegów. Najczęściej od trzech do czterech tygodni. Niektórzy chorzy nie mieli tyle czasu i trzeba było naprędce szukać dla nich innych dawców.

- Szczęśliwie medycyna transplantacyjna na tyle się rozwinęła, że lekarze nie są już bezradni nawet wtedy, gdy w rejestrach nie ma zgodnego dawcy - wyjaśnia prof. Helbig. - Wówczas wykonuje się tzw. przeszczep haploidentyczny. Dawcą może zostać syn, ojciec, matka, siostra, brat, nawet jeśli nie mają w stu procentach zgodnych antygenów. Znalezienie takiego dawcy jest o wiele prostsze, choć przeszczep również nastręcza trudności - wyjaśnia. Zespół profesora od 2018 roku wykonał już ponad 50 takich zabiegów, w tym 21 w minionym roku.

Każda transplantacja to bardzo duże przedsięwzięcie logistyczne i organizacyjne. A w katowickiej klinice co miesiąc przeprowadzanych jest ich około 25. To są setki wykonanych telefonów i wysłanych mejli, wreszcie odpowiednio przygotowani pacjenci. Nie mogą mieć żadnej infekcji, nawet opryszczki, ani wznowienia choroby. Pierwszym sukcesem dla lekarza jest już doprowadzenie pacjenta do transplantacji. Sam przeszczep w chorobach krwi nie kończy jednak walki o zdrowie. Organizm chorego jest bezbronny, więc trzeba być czujnym, stale monitorować jego stan, odpowiednio dawkować leki. Pacjenci po transplantacji są bowiem szczególnie narażeni na powikłania w postaci infekcji wirusowych, bakteryjnych, grzybiczych. Najbardziej kluczowe, jak podkreśla prof. Helbig, jest pierwsze 30 dni po przeszczepie.

Gdzie i kiedy w tym wszystkim jest miejsce na radość?

- Każdy etap leczenia to pojedynczy sukces. Są pacjenci, którym od początku wyjątkowo się nie wiedzie. Źle rokują, mają powikłania, a mimo to udaje się przeprowadzić u nich transplantację i wychodzą z choroby - zwraca uwagę szef katowickiej kliniki. - Sukces w każdej pracy jest motorem, który pcha nas do przodu. Radość przychodzi dopiero po pewnym czasie, nie miesiącu czy dwóch, ale po upływie kilku lat od przeszczepu. Kiedy rano, na spotkaniu zespołu kliniki, słyszę relację o stanie zdrowia pacjenta, którego dobrze pamiętam, bo pracuję w szpitalu już 20 lat, wiem, jakie miał powikłania i oporną na leczenie chorobę. Minęło pięć lub więcej lat od jego zabiegu, a on nadal jest w świetnej formie. Choroba nie wróciła. Wtedy przychodzi ogromna satysfakcja - opowiada.

Jak podkreśla, postęp, jaki dokonał się w medycynie, w tym wynalezienie wielu leków, sprawił, że choroby krwi nie muszą oznaczać wyroku. Stają się chorobami przewlekłymi lub całkowicie uleczalnymi. Nawroty występują najczęściej do dwóch lat. Późne zdarzają się rzadko. Im dalej, tym większa szansa na to, że choroba nie wróci. Prof. Helbig: - To właśnie pacjenci, którzy są już wiele lat po transplantacji, tworzą tę grupę osób, o których możemy powiedzieć, że udało się nam uratować im życie.

Na dziecięcej chirurgii odreagowują stres przy wspólnej kawie

Pandemia nie zmniejszyła także liczby wykonywanych zabiegów na Oddziale Chirurgii i Urologii Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. W szpitalu działa oddział chirurgiczny covidowy dla dzieci. - Nigdy nie ograniczyliśmy przyjęć, zarówno jeśli chodzi o pacjentów w nagłych przypadkach, jak i chorych onkologicznych. Cały czas też pracował szpitalny oddział ratunkowy. Nawet w okresie wiosennego lockdownu, kiedy zespół podzielony był na dwie ekipy, które się ze sobą nie kontaktowały - zaznacza prof. Tomasz Koszutski, kierownik Oddziału Chirurgii i Urologii GCZD.

Na początku, jak przyznaje, dużym wyzwaniem były kwestie organizacyjne. Wcielanie w życie kolejnych rozporządzeń, opracowanie procedur. - Trochę błądziliśmy w tym po omacku. Sytuacja uległa poprawie, kiedy w szpitalu dla pacjentów z covid wyznaczone zostało całe piętro, personel oswoił się z pracą w kombinezonach ochronnych i z pracą z zakażonymi pacjentami - opowiada chirurg.

Jednym z pacjentów, który trafił do szpitala na oddział covidowy, był 17-letni Tomek. W październiku 2020 roku miał poważny wypadek. Jechał na motocyklu do szkoły, kiedy potrącił go samochód. Dosłownie zmiażdżył mu stopę. Chłopak stracił ponad połowę mięśni i skóry tej części kończyny. Do GCZD przyjechał ze szpitala w Rybniku. - Gdyby nie był zakażony, pewnie tak szybko nie trafiłby do nas. Wymagał długotrwałej terapii, groziła mu amputacja. My mogliśmy zająć się nim kompleksowo - podkreśla prof. Koszutski.

Najpierw lekarze Oddziału Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej zajęli się licznymi złamaniami otwartymi kości śródstopia, stawu skokowego i pięty. Potem trzeba było chirurgicznie oczyścić i usunąć martwe tkanki, w końcu spróbować zrekonstruować stopę. Tę ostatnią operację chirurdzy centrum zdrowia dziecka przeprowadzili we współpracy z prof. Łukaszem Krakowczykiem z Centrum Onkologii w Gliwicach. To była ich druga wspólna udana tego typu rekonstrukcja. Rok wcześniej, dzięki skomplikowanej operacji zespołu, udało się uratować przed kalectwem 13-letnią Ewę. Dziewczyna wróciła już do sprawności.

Jak podkreśla prof. Tomasz Koszutski, tego typu zabiegi rekonstrukcyjne wymagają zaangażowania lekarzy wielu specjalizacji. - Dzięki współpracy z Centrum Onkologii potrafimy pomagać młodym ludziom po poważnych wypadkach. Przeprowadzane w naszym szpitalu operacje rekonstrukcyjne pozwalają im uniknąć okaleczenia i dają szanse na powrót do sprawności - zaznacza. Takie zabiegi w GCZD nie są jednak wykonywane tylko w przypadku urazów, ale przede wszystkim pozwalają leczyć wady wrodzone u dzieci. Zawsze towarzyszy im duży stres. Denerwują się pacjenci, ale także i lekarze.

- Nawet, jeśli mamy przekonanie, że operacja wypadła dobrze, na stole operacyjnym wszystko się udało, to na samo gojenie już często nie mamy wpływu. Trzeba poczekać, kluczowy jest pierwszy tydzień, 10 dni. Radość jest dopiero wtedy, kiedy efekt operacji jest taki, jak byśmy sobie tego życzyli - opowiada prof. Koszutski. Odczuwa ją każdy, niezależnie od tego, jak długo pracuje w zawodzie i czy operacja była mniej lub bardziej skomplikowana.

- Choć oczywiście im bardziej zabieg jest skomplikowany, tym stres jest większy, tym trzeba go mocniej odreagować - uśmiecha się lekarz. Zespół prof. Koszutskiego odreagowuje najczęściej kilku- lub kilkunastominutowym wspólnym posiedzeniem przy kawie. - O wszystkich pacjentach rozmawiamy zespołowo, oczywiście im leczona wada jest bardziej skomplikowana, tym więcej poświęcamy jej czasu. Zarówno ciesząc się sukcesem, jak i analizując porażkę - mówi lekarz.

Lekarze Śląskiego Centrum Chorób Serca: co nas nie zniszczy, to nas wzmocni

Każdy pacjent opuszczający Oddział Transplantacji Płuc Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu to ogromna radość - tak mówią lekarze i czuć, że to nie tylko rytualne gadanie. W końcu, po długim okresie rozłąki, zwłaszcza w czasie pandemii, kiedy rodziny nie mogą odwiedzać chorych w szpitalu, pacjenci może zobaczyć się z bliskimi. To powód do radości dla całego zespołu: kardiochirurgów, transplantologów, pulmonologów, fizjoterapeutów i pielęgniarek. - Tak to jest, w końcu każdy uratowany pacjent nadaje sens naszej pracy - zaznacza dr hab. n. med. Marek Ochman, koordynator oddziału.

W 2020 roku 28 osób dostało na oddziale szansę na nowe życie. Tyle zakończonych sukcesem transplantacji płuc - pomimo pandemii - udało się w zabrzańskim szpitalu przeprowadzić. Na szczególną uwagę, zdaniem dr n. med. Macieja Urlika, kardiochirurga i transplantologa, zasługują udane przeszczepienia płuc u dzieci, w tym transplantacja pojedynczego płata. - Do tej pory w naszym kraju nigdy nie wykonywano takich zabiegów u dzieci. Dotyczyły tylko nastolatków - wyjaśnia.

Najmłodszym pacjentem, któremu lekarze w Zabrzu przeszczepili płuco, był 10-letni Oskar. Operacja uratowała mu życie. - Chłopiec cierpiał na bardzo ciężką niewydolność oddechową. Miał wrodzone przetoki naczyniowe, które powodowały, że krew omijała pęcherzyki płucne i nie natleniała się. Z wiekiem choroba coraz bardziej postępowała, aż podstawowe czynności zaczęły dziecku sprawiać coraz większe kłopoty - opowiada dr Urlik. Chłopak przestał rosnąć, miał sinicę, jego płuca nasycały krew tlenem w zaledwie 50 procentach.

Zakończona sukcesem transplantacja płuca 10-latka dała nadzieję, że takich operacji u najmłodszych pacjentów będzie teraz wykonywanych więcej. Na świecie zdarzało się już, że płuca lekarze przeszczepiali nawet dwulatkom.

Do szpitala w Zabrzu trafiają także pacjenci po przebytym COVID-19, którym choroba zniszczyła płuca. W trzech przypadkach konieczne było przeprowadzenie transplantacji organu w trybie pilnym - chorzy do zabiegu pomostowani byli ECMO, czyli tzw. sztucznymi płucami. Bez przeszczepienia, nie przeżyliby.

- Szczęśliwie w każdej tej sytuacji udało się do tygodnia znaleźć dawcę - mówi docent Ochman. Pierwszym pocovidowym pacjentem, u którego zabrzańscy lekarze przeszczepili płuco, jest pan Grzegorz, który pracował w sterylizatorni tyskiego szpitala jednoimiennego. W trzeciej dobie po operacji mógł już samodzielnie oddychać. Na oddziale w Zabrzu obchodził swoje 45. urodziny.

Lekarze z zespołu transplantacji płuc podkreślają, iż cały personel oddziału starał się, aby hospitalizowani pacjenci nie odczuwali braku bliskich, chociaż czasem rozłąka była bardzo długa.

Przyznają także, że w czasie, kiedy zakażeń było najwięcej, zabiegów transplantacji było mniej. - Pacjenci przed przyjęciem musieli koniecznie zostać przebadani pod kątem zakażenia koronawirusem. Aby zmniejszyć ryzyko ewentualnej jego transmisji, kładliśmy pacjentów wyłącznie pojedynczo. Największy jednak wpływ na liczbę wykonanych transplantacji miał aż 20- procentowy spadek liczby dawców wynikający przede wszystkim z zajęcia większości OIOM-ów pacjentami covidowymi. Wszystko to spowodowało, że mogliśmy pomóc mniejszej liczbie chorych - ubolewają lekarze.

Prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca, cieszy się, że pomimo trudnego czasu pandemii, który nazywa “sprawdzianem dla ochrony zdrowia”, lekarze zabrzańskiej kliniki przeprowadzili około 1,5 tys. operacji chorób serca, w tym 80 transplantacji. - W moim przekonaniu należy uznać to za wyczyn. Nie tylko w skali kraju, ale i Europy. Przyjmowaliśmy do operacji chorych z całej Polski, nie tylko z województwa śląskiego. To wszystko daje pewną nadzieję. W myśl maksymy: co nas nie zniszczy, to nas wzmocni - podkreśla.

Największe nadzieje na pokonanie pandemii profesor pokłada w szczepionkach. Z radością wypatruje powstania Śląskiego Centrum Zwalczania COVID-19 i jego skutków, które w najbliższych latach ma zostać uruchomione w budynku “A” ŚCCS, nazywanym także matecznikiem szpitala. - Czynimy wiele przygotowań, aby uruchomić w 2023 roku cztery oddziały dla pocovidowych pacjentów: kardiologiczny, pulmonologiczny, diabetologiczno-internistyczny oraz rehabilitacji. Mając profesjonalne kadry medyczne, zabezpieczymy potrzeby populacji śląskiej, którą covid mocno doświadczył, a która w najbliższych latach będzie potrzebowała dodatkowej opieki - przewiduje.

Bądź na bieżąco i obserwuj

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie