MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Albo to zrobisz dobrze, albo się tego nie hytej - rozmowa z Grzegorzem Chudym, artystą plastykiem, który swoje życie związał ze Śląskiem

Mateusz Zarembowicz
Mateusz Zarembowicz
Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE
Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE Arkadiusz Gola
Co jest cenniejsze, poczuć się tym kim się jest, bo się tak urodziło, czy dojść do tego samemu, bo pokochało się dany region, jego społeczność? Nagle po wielu latach mieszkania, ktoś stwierdza, że to jest jego miejsce, że czuje się Ślązakiem, utożsamia się z tym fragmentem Polski. To jest jego świat, znalazł tu swoje miejsce na ziemi, zaczyna tu tworzyć i kreować. To jest piękne, to jest otwarta kraina, ktoś kto urodził się na przykład w Warszawie, przenosi się tutaj i nagle chce tu wybudować dom, założyć rodzinę i zaczyna się czuć częścią tego miejsca.

Jak Cię określić? Jesteś muzykiem, akwarelistą, masz głowę pełną pomysłów. Realizujesz się poprzez pracę związaną z twoimi pasjami.

W kwestii muzyki wydaje mi się, że wszystko co było do zagrania i co było do powiedzenia, już zostało powiedziane i zagrane. Mam na koncie cztery studyjne albumy i dwa koncertowe. To dużo jak na kogoś, kto ma zerowe wykształcenie muzyczne i jest samoukiem, który uczył się gry ze słuchu na różnych dziwnych, ludowych instrumentach. W pewnym momencie stwierdziłem, że potrzebuję pełnej kontroli nad własnym życiem i na tyle się wkręciłem w świat malarski, że na granie zaczęło brakować czasu. Pojawiło się też drugie dziecko, okazało się też, że łatwiej łączyć życie rodzinne z życiem malarskim.

Rozumiem, muzyka to zarwane noce i ciągłe długie trasy koncertowe, zespół Beltaine znany jest z brzmień folkowych, na jakich instrumentach w nim grałeś?

Dokładnie tak jest, te dwa światy w pewnym momencie stają się bardzo trudne do pogodzenia. Co nie zmienia faktu, że teraz czasem lubię sobie dla własnej radości i ku nieszczęściu innych "popitolić", ale teraz już całkiem niezobowiązująco. Zespół funkcjonuje do dzisiaj, gra muzykę celtycką i w zasadzie dzięki tej muzycznej przygodzie, kawał świata udało się zwiedzić. Były koncerty w Kanadzie, na Borneo w środku lasu deszczowego i na dobrą sprawę graliśmy w całej Europie.

Polski zespół grający muzykę celtycką w lesie deszczowym, trudno o większą egzotykę.

Tak to widok i w zasadzie cała sytuacja przywołująca na myśl dobry scenariusz filmowy.

Rozumiem, że zawodowe muzykowanie to już zamknięty etap. Kim jest teraz Grzegorz Chudy, jaka jest Twoja tożsamość, skąd się wziąłeś?

Jestem Ślązakiem, w zasadzie czuję się nim bardziej niż Polakiem…

To się wyklucza?

Nie, moim zdaniem to się idealnie uzupełnia, śląskość wnosi dodatkową wartość, zresztą jak i każda inna mniejszość. Wszak mogę być Ślązakiem i obywatelem Polski, któremu zależy na tym, żeby żyć w dobrze funkcjonującym kraju. Polskę od wieków tworzyły także mniejszości, Rusini, Niemcy, Żydzi, Łemkowie, Ormianie, na Żuławach mieszkali Holendrzy, w okolicach Malborka mamy menonickie cmentarze, na Suwalszczyźnie osiedlili się Szkoci, a na Podlasiu swój dom znaleźli… Tatarzy. To jest ciekawe, że kraj jest różnorodny i w całym tym bogactwie różnorodności potrafi funkcjonować. W różnorodności jest siła i piękno. Nie powinno się kreować i narzucać wizji homogenicznego narodu nie mającego nic wspólnego z tym, co z historii Polski zawsze wynikało. Oczywiście historia relacji często nie była idealna, nie brakowało krzywd, o których trzeba mówić, ale skończmy nad nimi lamentować i tworzyć z nich fundament naszej tożsamości. Od czasów powstań minęło już ponad 100 lat – wybitni historycy jak profesor Ryszard Kaczmarek stworzyli świetne prace pokazujące tamte dzieje w obiektywnym świetle i one powoli przebijają się do ogólnej wiedzy historycznej. Pora uświadomić sobie, że żyjemy w zupełnie innych realiach i najwyższy czas podkreślać to, co jest w nas świetne teraz – bo większe wrażenie zrobi w Polsce Ślązak, który robi rzeczy wybitne – wspaniałe przekłady klasycznej literatury na język śląski Grzegorza Kulika, podwójna nagroda Nike dla Zbyszka Rokity, genialne spektakle w Teatrze Śląskim i Korzie, wspaniałe wydarzenia muzyczne – to zaledwie pierwsze przykłady z brzegu – niż Ślązak, który wiecznie fanzoli o swoim ucisku.

Co powoduje, że tak mocno utożsamiasz się ze Śląskiem?

Otoczenie i ludzie. W ludziach żyjących na Śląsku jest pewien rodzaj konkretu, jeżeli coś ma być wykonane w jakimś terminie to tak się stanie, jeżeli ma być zrobione dobrze, to będzie tak zrobione. I tego się właśnie tu nauczyłem. Jest takie powiedzenie: "synek, albo to zrobisz dobrze, albo się tego nie chytej". Język, który też jest bogactwem, tradycje i takie poczucie, przynależności do tego, że jest się stąd. Nieprawdopodobne w Śląsku jest to, że jeżeli ktoś się przełamie, i postanowi wbrew ogólnemu stukaniu się w głowę, spędzić tu wakacje, nagle okazuje się, że w promieniu 50 kilometrów od miejsca, w którym się znajduje, odkrywa tyle atrakcji, że na ich zwiedzenie może nie wystarczyć cały miesiąc. Bogactwo Śląska jest nieopisane, na każdym kroku znajdujemy fascynujące miejsca. Nie tylko historia i architektura, Śląsk jest również niesamowity przyrodniczo.

Przejdźmy do obrazów. Malujesz na Nikiszowcu, ale też widziałem twoje prace z innych śląskich miast. Co jest wyjątkowego malarsko, czy może nawet pytając bardziej ogólnie, plastycznie w tych terenach?

Mieszkam tu od dziecka, Śląsk nie był moją wielką miłością. Fascynowały mnie Włochy, Irlandia, Szkocja, co się przekuło na moje doświadczenia muzyczne. Jednak okazało się, że do Śląska trzeba dorosnąć, że tą kolorową, czasem brudną cegłę familoka da się poczuć i pokochać. Śląsk ma wiele faktur, jest bardzo malarski, w żadnym stopniu nie jest nudny. Dla mnie drzwi, które mają powycierane klamki, powycierane schody na klatkach… tam widać historię, w ogóle to jest region z nieprawdopodobnym natężeniem opowieści na metr kwadratowy. Z takim natężeniem nie spotkałem się nigdzie indziej.

To co mówisz kojarzy mi się z południowoeuropejskimi miasteczkami, gdzie przez tysiące lat, ludzkie stopy wyżłobiły kamień, po którym do dziś chodzą ludzie.

Tak samo jest na Nikiszowcu, od stu lat zdążyły porobić się kolory na cegłach. Przestały być monolitem, każda niesie swoją historię. W jednej widać mocno wryty pył węglowy, inna jest przez kogoś obłupana, a jeszcze w innym miejscu znajdziesz wybity znak cegielni, która ją wyprodukowała. Dlatego nie wyobrażam sobie Nikiszowca, który nagle miałby zostać wypiaskowany. To byłoby jak starcie z tego miejsca historii. Byłbym pierwszym, który by przeciw temu protestował.

Opowiadasz o tym z pasją, dostrzegasz rzeczy niezauważalne dla przeciętnego zjadacza chleba, to spojrzenie stało się poniekąd twoim zawodem. Jak do tego doszło, że zacząłeś przekuwać malarstwo w zawód?

Od dziecka najlepszą formą spędzania czasu było rysowanie, graficzne przedstawianie wymyślonych historii. Rysowałem różne przygody, wielkie wojny prezentowane na kartce, czy wreszcie jednego z bohaterów tamtych młodych lat - Indianę Jonesa. Ta pomysłowość i kreatywność wynikała z niedoboru pewnych rzeczy. Nie miało się wtedy mnóstwa zabawek. W związku z tym, te zabawki trzeba było sobie stworzyć samemu. W związku z tym wycinało się rycerzy, kolorowało się ich i dorabiało tekturowe podstawki, w ten sposób przeprowadzało się całe bitwy, czy nawet kampanie wojenne. Później dostałem pierwsze pudełko akwareli i książkę o tym, jak ich używać. To była bardzo ciekawa pozycja, Za jej pomocą zacząłem wsiąkać w tę technikę. Do dziś fascynuje mnie jej totalna nieprzewidywalność i mnóstwo możliwości, które daje posługiwanie się nią,

Mawia się, że akwarela to jedna z najtrudniejszych technik w malarstwie.

Nie wiem, dla mnie to jest rodzaj mitu. Z mojego punktu widzenia to malarstwo olejne jest jakimś kosmosem, którego nie chciałbym ogarniać. Jeżeli ktoś powtarza często, że pracuje jedną z najtrudniejszych technik malarskich świata, to jest to pewnego rodzaju łechtanie próżności. To wszystko jest po prostu kwestią przyzwyczajeń i tego by robić to co się lubi.

W swoich pracach prezentujesz często zaskakujące pomysły. Znam cykl Gwiezdnych Wojen w Katowicach. Szturmowcy Imperium w kolejce do piekarni. Wszechobecne beboki, aerotramy (tramwaje podwieszone pod balony), czy wreszcie fruwające baloniki., wkomponowane w twoje prace. Skąd czerpiesz pomysły?

Często ktoś zwraca mi uwagę, że moje pomysły są podobne do twórczości innych artystów, z różnych zakątków świata. Wrzucam niektóre moje prace na fora międzynarodowe i czasem pojawiają się sugestie, że któraś z nich jest podobna do tego, co ktoś zobaczył u innego twórcy. Gdy już zdarzy mi się wyszukać sugerowanego artystę, nagle okazuje się, że nie sposób nie dostrzec podobieństw. Zupełnie jakby Chudy tworzył gdzieś w okolicach Australii (śmiech). Wydaje mi się, że są ludzie którzy bardzo podobnie postrzegają świat. Drugą wspólną cechą może być umiejętność wyłapania opowieści, żartu i złapanie odpowiedniego kontekstu do tego wszystkiego. Dlatego pomysły czasami powstają w ciągu sekundy.

Masz głowę pełną pomysłów jesteś artystą rozpoznawalnym nie tylko na Śląsku. Jak jednak zamienić twórczość i pomysły na kolejne prace, w źródło zarabiania pieniędzy?

W tym przypadku najważniejsza była wytrwałość. Zajmuję się tym codziennie od wielu lat, ta ciągła praca musiała przynieść efekty. Nie do przecenienia jest również potencjał Nikiszowca. Poza malowaniem, obsługuję kilka własnych profili w mediach społecznościowych. Udzielam się na zagranicznych stronach poświęconych sztuce. Pandemia wymusiła założenie strony internetowej i sklepu do niej przypisanego. Tam przeniosła się część ruchu, który wcześniej skupiony był głównie fizycznie w moim nikiszowskim atelier.

Jest też wymyślony na potrzeby twojej córki bebok. Jego wyjątkowość, poza wszystkimi osobistymi kwestiami, polega na chroniącym go patencie.

Tak, córka pierwsza na świecie poznała prawdziwą duszę beboków. "one są miłe, tylko udają straszne, by ludzie dali im spokój" (śmiech). Na tej kanwie powstał mały bebok, narysowany na tyle prosto by mogło narysować go dziecko. To proste kształty, które łatwo dzieciom wychodzą.

Poza dziecięcymi fascynacjami, twoje beboki zaczęły funkcjonować w przestrzeni publicznej.

Tak, mamy już szlak beboków. Cały czas powstają nowe figurki, co jest w tym najfajniejsze, to oddolne inicjatywy, dzięki którym pojawiają się nowe bebokowe postaci. Żadna z tych figurek nie była i nie będzie sfinansowana przez miasto.
Pierwsze dwie figurki pojawiły się na Nikiszowcu, Wincent, siedzący na wagoniku pod kościołem św. Anny, pierwotnie miał być testem, czy da się z dwuwymiarowego obrazu zrobić figurkę. To była inicjatywa odlewników rzeźbiarzy - Dariusza Kika i Karoliny Piechoty. Od udanej próby narodził się pomysł na wyprodukowanie większej ilości beboków. Wincent musiał się znaleźć na Nikiszu. Wydaje mi się, że spód wózka górniczego był dla niego najbardziej naturalnym miejscem. Jest też Michalina, która przysiadła sobie na parapecie tutejszej kawiarni. Następnie przed Galerią Katowicką pojawili się Frelka i Miglanc. Przed siedzibą OSP w Dąbrówce Małej pojawił się Kuklok, na cześć nieżyjącego już strażaka z tamtejszej remizy. Wkrótce pojawią się kolejne. W najbliższych planach jest dziedziniec Pałacu Młodzieży i osiedle Bażantowo. W najbliższym czasie poznamy też Ernesta, który zamieszka przed siedzibą Naprzodu Janów, którego stał się oficjalną maskotką. Ernest upamiętnia Marka Pola, zawodnika Naprzodu. Górnika, dla którego hokej był największą pasją. Po szychcie szedł prosto na lodowisko. Z bebokami pojawiły się książki, torby, od niedawna są maskotki, które szyje Ewa Kapias z nikiszowskiej pracowni "Kryska".

Ponadto bebok jest doskonałą postacią, dzięki której mogę wyrazić swoje poglądy. nie muszę mówić nic wprost, teraz mogą przeze mnie przemawiać beboki. Dzięki temu uchodzą nawet mocne treści, bo to przecież nie ja powiedziałem, tylko ten stworek. W ten sposób bebok wymyka się spod kontroli. Strach pomyśleć co będzie dalej.

Czym się będzie zajmował Grzegorz Chudy za 20 lat?

Myślę, że malowaniem akwareli w Nikiszowcu…

Nie przeocz

Zobacz także

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jerzy Stuhr nie żyje. Aktor zmarł w wieku 77 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni