Anna Dziewit-Meller: O wielu sprawach przez długi czas mówiliśmy z męskocentrycznego punktu widzenia. Na szczęście to się zmienia

Maria Olecha-Lisiecka
Maria Olecha-Lisiecka
Anna Dziewit-Meller jest pisarką, twórczynią bloga literackiego Bukbuk i redaktorką naczelną GW Foksal, jednego z największych wydawnictw w Polsce. Pochodzi z Chorzowa Fot. Weronika Ławniczak
Uczymy się historii w szkołach z bardzo męskocentrycznego punktu widzenia, o polityce rozmawiamy też w ten sposób, o historii poszczególnych regionów, miejsc - podobnie. O wielu sprawach przez długi czas mówiliśmy z męskocentrycznego punktu widzenia, bo on zdawał się być uniwersalny: człowiek – w domyśle mężczyzna. Chyba że zaznaczono w podręczniku dopisek z gwiazdką, to wtedy kobieta. Na szczęście dożyłam czasów, w których to się zmienia - mówi Anna Dziewit-Meller, pisarka pochodząca z Chorzowa, w rozmowie z Marią Olechą-Lisiecką.
  • Rozmowa z Anną Dziewit-Meller, pochodzącą z Chorzowa pisarką, twórczynią bloga literackiego Bukbuk i redaktorką naczelną wydawnictwa GW Foksal
  • Pisarka mówi m.in. kobiecej połowie dziejów, wychowaniu w śląskim domu i odkrywaniu własnej tożsamości
  • „Śląsk jest we mnie bardzo obecny, dlatego cała moja twórczość dla dorosłych zawsze miała ze Śląskiem coś wspólnego. To ważne miejsce dla mnie, dla zrozumienia samej siebie"
  • Dlaczego zdecydowała się napisać „Od jednego Lucypera", książkę o kobietach, o kobiecości - w kontekście historii, polityki, konfliktów społecznych?
  • „Zmienił się tylko wektor ideologiczny radykalizmu, który próbuje decydować o zdrowiu reprodukcyjnym kobiety. Wtedy to byli to komuniści, teraz to jest Ordo Iuris"
  • Anna Dziewit-Meller mówi też, dlaczego przyjęła propozycję pracy w GW Foksal, gdzie wcześniej redaktorem naczelnym był jej mąż

***

Śląsk siedzi w pani głęboko.

To trochę paradoks, bo wyjechałam stamtąd mając lat 19, teraz kończę lat 40, więc prawie idealnie połowa mojego życia to Śląsk. Tylko i aż połowa. To miejsce, które mnie ukształtowało, które na pewno w najsilniejszym stopniu wpłynęło na jakieś imaginarium symboliczne, w którym funkcjonuję, na mój język, kulturę, na mój etos. Jestem z krojcokowej rodziny: w połowie bardzo śląskiej, a w połowie nieśląskiej, ale jednak mam głębokie przekonanie, że ta śląskość miała dominującą rolę. Bo nawet ta rodzina gorolska mieszkała na Śląsku, więc nie dało się nijak przed tym żywiołem bronić. Śląsk jest we mnie bardzo obecny, dlatego cała moja twórczość dla dorosłych zawsze miała ze Śląskiem coś wspólnego. To ważne miejsce dla mnie, dla zrozumienia samej siebie, poznania siebie.

Po lekturze pani książki „Od jednego Lucypera” muszę to powiedzieć: wreszcie o Śląsku opowiada kobieta! Nie Kazimierz Kutz, nie Szczepan Twardoch, których perspektywa jest inna, a Anna Dziewit-Meller. I robi to pani łącząc wątek z lat 40. XX wieku, okres głębokiego stalinizmu, i współczesność.

To część większego problemu. Uczymy się historii w szkołach z bardzo męskocentrycznego punktu widzenia, o polityce rozmawiamy też w ten sposób, o historii poszczególnych regionów, miejsc - podobnie. O wielu sprawach przez długi czas mówiliśmy z męskocentrycznego punktu widzenia, bo on zdawał się być uniwersalny: człowiek – w domyśle mężczyzna. Chyba że zaznaczono w podręczniku dopisek z gwiazdką, to wtedy kobieta. Na szczęście dożyłam czasów, w których to się zmienia. Myślę, że my, kobiety, zrozumiałyśmy, że jesteśmy dla siebie samych bardzo interesujące, że nasza połowa dziejów jest równie uniwersalną, ludzką połową dziejów - inną, nie lepszą czy gorszą, po prostu inną. I, że bez zrozumienia tej połowy, nie widzimy całości. Mój skromny, śląski wycinek jest elementem tej większej układanki. Cieszę się, że mogę tworzyć w takim momencie, że mam odbiorczynie i odbiorców, którzy chcą się tego dowiadywać.

Swoją książką burzy pani patriarchalny obraz Śląska, który jest głęboko zakorzeniony.

Coś w tym jest. Liczne wytwory kultury taki obraz w nas zakodowały, zwłaszcza wśród osób, które mieszkają poza tym regionem i nie do końca go rozumieją, zresztą w ogóle Śląsk wydaje mi się regionem niezrozumiałym dla reszty kraju - przez swoją odrębność na różnych polach. I rzeczywiście dla wielu ludzi Śląsk jest tożsamy z górnikiem, który przyjeżdża do stolicy palić opony na protestach. To pierwsze skojarzenie: męska siła. A przecież – co jest oczywiste dla wszystkich, którzy tu mieszkamy… Mieszkaliśmy! Bo ja już nie mieszkam…

...ale mocno się pani ze Śląskiem identyfikuje.

Tak, to prawda! Śląsk ma dla nas, którzy go znamy, bardzo kobiecą twarz, także dlatego, że jak w mojej książce: mężczyźni żyli tu dużo krócej, byli dużo mniej obecni w rodzinie. Chodzili do pracy, a domami rządziły kobiety i to one przekazywały kulturę i tradycje dzieciom. Dlatego Śląsk jest bardzo matriarchalny, tylko że to wszystko dzieje się w domu, jakby na zapleczu, w bardzo prywatnej przestrzeni, więc się o tym nie mówi i tego nie zauważa. Wydaje się, że domowe sprawy są dla ludzie niewidzialne jak powietrze. Mnie to zaś bardzo interesuje: dlaczego to jest tylko zaplecze, skoro dom rodzinny to często esencja życia? To nasze wychowanie, wartości, które wynosi się z domu, ale też traumy, których doświadczamy, ból, smutek, radość - wszystko to, co nas kształtuje.

A pani w jakim domu się wychowała? Pełnym silnych kobiet czy może dominował ojciec albo dziadek?

To była rodzina kobiet, wdów, prawdziwy fraucymer. Mieszkałam w jednym domu z babcią, a wcześniej z prababcią, więc w pewnym momencie w domu były aż cztery pokolenia kobiet. Były też wokół siostry mojej babci, ciotki, sąsiadki – to było grono kobiet. Czy silnych? W pewnym sensie tak, na pewno wspierających się i będących blisko ze sobą.

Pani książkę można odczytywać jako sagę, ale dla mnie to historia o kobietach: o walce o siebie, o prawa kobiet, prawo do sprawiedliwości ze społeczną historią Śląska w tle.

Każdy czytelnik ma możliwość interpretacji i odczyta moją książkę przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej wrażliwości, więc ja nie chcę nikomu nic narzucać. Mogę powiedzieć, że trudno mi się oddzielić od własnych doświadczeń, od lektur, od mojego światopoglądu. Obserwując losy kobiet z pokolenia moich babć na przykład, zaczęłam rozumieć walkę, którą toczyły z przeciwnościami losu - walkę, której ja być może nawet nie rozumiałam przez długi czas, walkę o prawo do podmiotowości w ramach rodzin, ale i systemu społeczno-politycznego. To była walka o próbę skorzystania z możliwości, których wcześniej nie było, a które się pojawiły po wojnie - ze względu na przemiany polityczne. Jedne kobiety z tego korzystały, inne nie, ale to były zmiany, których beneficjentką jestem i ja dzisiaj, a które na pewno dla kobiet z mojej rodziny były absolutnie niedostępne przed rokiem 1945. Zależało mi na tym, aby to w miarę uczciwie pokazać, że to wszystko jest szalenie złożone i że ocena pewnych mechanizmów historycznych powinna być bardzo wyważona: trzeba zajrzeć w różne kąty i sprawdzić, co się z nami stało, dlaczego jesteśmy w takim, a nie innym miejscu.

Historia, którą pani opowiada w „Od jednego Lucypera”, długo w pani dojrzewała?

Początkowo zamierzałam napisać trochę coś innego. Po napisaniu mojej poprzedniej książki, która też w dużej mierze dzieje się na Śląsku, szukałam tekstów, czytałam o przodownictwie pracy w latach 40 i 50. I wtedy wpadła mi w ręce historia o Azotach (Zakłady Azotowe w Chorzowie – red.) i procesach, o karze śmierci wykonywanej na ludziach oskarżonych o sabotaż przemysłowy. Jedną z ofiar tych wydarzeń była kobieta, mieszkanka Chorzowa. I jakoś zaczęło mi się to sklejać w głowie w opowieść: pomyślałam o tej kobiecie jako o symbolicznej postaci, reprezentującej ofiarę, jaką trzeba było ponieść będąc kobietą i Ślązaczką w różnych aspektach rzeczywistości i momentach historii. I z tej prawdziwej opowieści zaczęły się wyłaniać inne wątki i powstała książka o kobietach, o kobiecości - w kontekście historii, polityki, konfliktów społecznych.

Wartością tej książki są źródła, z których pani korzystała: archiwa IPN-u.

Miałam unikalną możliwość współpracy z historykami z katowickiego oddziału IPN-u, którym jestem bardzo wdzięczna za pomoc w szukaniu materiałów. Nie musiałam pojawiać się na Śląsku, by do wielu dokumentów i bardzo ciekawych źródeł mieć dostęp. Skorzystałam z wielu, wszystkie przeczytałam, a część z nich znalazła się – dosłownie – w książce: między rozdziałami znajdują się prawdziwe donosy, które ludzie pisali na siebie do aparatu bezpieczeństwa w latach 40. i na początku lat 50. Wydawało mi się to tak interesujące, aby zrozumieć, jak ci ludzie myśleli, jak mówili, że postanowiłam je zamieścić.

Dwa ważne wątki porusza pani w książce. Pierwszy to trauma dziedziczona, problem przez lata przemilczany i ignorowany, o którym Mikołaj Grynberg napisał książkę „Oskarżam Auschwitz”. Dopiero pokolenie dzisiejszych 30- i 40-latków zadaje pytania o przeszłość swoich rodzin.

Może to wynika z tego, że minęło już bardzo wiele lat od II wojny, którą jesteśmy bardzo mocno naznaczeni jako społeczeństwo. Nie mieliśmy realnej możliwości uporania się z demonami przeszłości, stąd dużo w nas wyparcia, na różnych poziomach: i tym narodowym, i tym zupełnie osobistym, rodzinnym. Zgadzam się, że to nasze pokolenie zaczyna grzebać w przeszłości. Ukazuje się bardzo dużo literatury poświęconej II wojnie, bo pokolenie wnuków pozwala sobie zajrzeć za kotarę. I uwalniamy te historie. Traumy dziedziczone są naukowo udowodnione. Uważam, że należy konfrontować się z przeszłością swoich rodzin, miast, narodów. Bo trupy mają to do siebie, że w końcu wypadają z szafy.

Drugi ważny wątek, który wybrzmiewa znacznie mocniej po wyroku TK zaostrzającym prawo do aborcji w Polsce, to dramatyczne skutki pokątnych aborcji.

To akurat prawdziwe historie, które usłyszałam od mojej babci. Babcia była ginekolożką, skończyła studia chwilę po wojnie i rozpoczęła swoją pierwszą pracę na oddziale położniczym w czasie, o którym piszę w książce.

To ta babcia, z którą potem zrobiła pani głośny wywiad?

Tak, tak. Babcia pod koniec życia dużo opowiadała mi o swojej pracy, o tym, jak traumatycznym doświadczeniem dla ginekologów był okres, kiedy w czasach stalinowskich w Polsce aborcja była zakazana i gdy lekarze - tacy jak ona - bardzo często ratowali kobiety będące ofiarami takich pokątnych aborcji. Przerażające jest to, że 70 lat po wydarzeniach, o których babcia mi opowiadała, one nie tracą na aktualności. Aż nie wiem, co mówić. Bo trudno mi uwierzyć, że prawie wiek później nadal musimy borykać się z tymi samymi kwestiami, podczas gdy świat jest w zupełnie innym miejscu i nasza świadomość jest zupełnie inna. Nie wiedziałam, że ta książka tak wybrzmi, że rzeczywistość szykuje nam taką niespodziankę…

Premiera była latem 2020 roku.

Tak, w lipcu 2020 była premiera, pisanie skończyłam rok wcześniej. A Polska nieustannie zaskakuje... Jest mi strasznie przykro, że tak jest.

Wydaje się, że świat tak bardzo się zmienił, a jednak nie zmieniło się nic.

Tak, zmienił się tylko wektor ideologiczny radykalizmu, który próbuje decydować o zdrowiu reprodukcyjnym kobiety. Wtedy to byli to komuniści, teraz to jest Ordo Iuris. Tyle.

Od stycznia jest pani naczelną Grupy Wydawniczej Foksal, jednego z największych wydawnictw w Polsce. Zastanawiam się, czy zanim zdecydowała się pani na tę pracę, nie pojawiła się w pani głowie myśl: nie mogę przyjąć tej oferty, przecież wcześniej naczelnym był mój mąż...?

Oczywiście, że tak. To chyba naturalna reakcja. Bardzo długo zastanawiałam się, czy przyjąć tę propozycję, która jest w jakimś sensie naturalnym krokiem dla kogoś, kto - tak, jak ja - od 20 lat zajmuje się rynkiem książki, ale także pisaniem. Oczywiście, że się zastanawiałam i to rozważałam. Mogę powiedzieć, że kiedy decyzję podjęłam, to okazało się, że strach ma wielkie oczy, że moje doświadczenie zawodowe, kontakty, wszystko, co robiłam przez ten długi czas zawodowo, zaprocentowało. Czasem w życiu trzeba podjąć ryzyko. Nie zawsze to robiłam, teraz już to robię.

Jest pani pisarką, prowadzi Bukbuk, jeden z największych blogów literackich w Polsce. Jest pani również żoną i mamą, a od niedawna też redaktorką naczelną bardzo dużego wydawnictwa. Jak pani pogodzi te wszystkie obowiązki?

Nie wiem, proszę zapytać za rok (śmiech).

Dobrze, jesteśmy umówione na wywiad za rok!

Przede wszystkim lubię pracować i lubię to, czym się zajmuję. Wiem, jak to brzmi: jak z coachingowego podręcznika, w którym radzą: niech praca będzie twoją pasją. Ale coś w tym jednak jest. Praca z książkami wymaga szczególnego zaangażowania. Poza tym ja chyba nic innego nie umiem... Tyle lat jestem na rynku książki, że nie wyobrażam sobie siebie gdzieś indziej. Będę starała się to godzić. Na szczęście Bukbuk to nie tylko ja, mam wspaniałą wspólniczkę i współpracowników, więc jakoś sobie poradzimy. Będzie inaczej, będę mniej aktywna w pewnych przestrzeniach, ale za to gdzie indziej przyjdą nowe i ciekawe wyzwania. Mam wielkie wsparcie rodziny i przyjaciół, więc musi się udać!

Praca na nowym stanowisku to też chyba inna zmiana dla pani: po latach pracy na własny rachunek jest pani na etacie.

Tak, ale to miejsce mojej pracy jest inne, specyficzne. To nie piekarnia czy fabryka kaloszy, nie jest to też korporacja. Jest to spójne więc z rytmem mojego życia. Ale na pewno po dziewięciu miesiącach siedzenia w domu w czasie pandemii przyjście do redakcji, gdzie są ludzie, jest szokiem! Już nie mogę przyjść do pracy w dresie, tylko muszę się ubrać! (śmiech). Przestrzegamy wszystkich obostrzeń i jest nas niewielu, ale mimo wszystko widok współpracowników bardzo mnie cieszy! I naprawdę, proszę mi wierzyć, nie rozmawiam z panią w gaciach z piżamy! (śmiech).

Pojawią się nowi autorzy i autorki w wydawnictwie?

Oczywiście! Będę o to zabiegać. Plan wydawniczy na ten rok jest jednak ułożony od dawna, więc efekty mojej pracy będzie można zobaczyć i ocenić dopiero za jakiś czas.

Rozmawiała: Maria Olecha-Lisiecka

***

Anna Dziewit-Meller - pisarka, dziennikarka, autorka książek dla dzieci i dla dorosłych. Stworzyła Bukbuk, jeden z największych blogów literackich w Polsce, a od 1 stycznia 2021 roku jest redaktorką naczelną Grupy Wydawniczej Foksal. Była pomysłodawczynią i jedną z założycielek kobiecego zespołu rockowego Andy. Wspólnie z Agnieszką Drotkiewicz wydała książki z wywiadami pt. "Głośniej! Rozmowy z pisarkami" oraz "Teoria trutnia i inne. Rozmowy z mężczyznami". Jest też współautorką (z mężem Marcinem Mellerem) reportażu "Gaumardżos, opowieści z Gruzji", nagrodzonego Nagrodą Magellana 2011. W 2012 roku wydała swoją pierwszą powieść "Disko". W 2016 roku ukazała się kolejna powieść pisarki pt. "Góra Tajget", w 2020 roku - "Od jednego Lucypera". Napisała też dwie książki dla młodszych czytelników: "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy" oraz "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy". Pochodzi z Chorzowa.

Nie przeocz

Bądź na bieżąco i obserwuj

100 Najbogatszych Polaków „Forbesa” 2021

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie