Archiwum gestapo Katowice, czyli nieuchwytne widmo. Już wiemy, co się z nim stało. Jedna z wielkich tajemnic śląskiej historii wyjaśniona!

Tomasz Borówka
Tomasz Borówka
Oelsnitz w Saksonii. To tutaj zostało wywiezione archiwum katowickiego gestapo i tu miało zostać zniszczone
Oelsnitz w Saksonii. To tutaj zostało wywiezione archiwum katowickiego gestapo i tu miało zostać zniszczone Zeno.org/Wikimedia Commons
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Losy archiwum Gestapo Kattowitz pozostawały nieznane przez 75 lat. Tajne akta katowickiej placówki tajnej policji III Rzeszy zniknęły bez śladu pod koniec drugiej wojny światowej. Od tego czasu ich odnalezienie stanowiło marzenie historyków i obsesję poszukiwaczy. Jedni i drudzy ścigali to widmo bezskutecznie. Jak się okazuje, pod koniec drugiej wojny światowej archiwum katowickiego gestapo uległo zniszczeniu lub zostało przechwycone przez czechosłowacki wywiad.

Gestapo – organizacja, będąca postrachem Niemiec i całej okupowanej Europy, narzędzie nazistowskiego terroru, realizujące zbrodniczą politykę reżimu Adolfa Hitlera. Geheime Staatspolizei (gestapo to skrót tej nazwy), czyli Tajna Policja Państwowa, wchodząca w skład RSHA, Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy jako jej IV departament, stanowiła jedną z głównych tego reżimu podpór. Lista zadań gestapo była długa. O tym, jak szeroki, gigantyczny wręcz, był zakres władzy gestapo, świadczą kompetencje jego licznych wydziałów i sekcji. Do zadań gestapo należało ściganie zwolenników i wyznawców marksizmu, reakcji, monarchizmu, pacyfizmu, liberalizmu, katolicyzmu, protestantyzmu, masonerii i Żydów, tajnych radiostacji, partyzantki, spadochroniarzy i komandosów, zwalczanie szeptanej propagandy, szkodliwych plotek i słuchania wrogich audycji radiowych, osłabiania morale, defetyzmu, działalności uznawanej za antyspołeczną, sabotażu i zaniedbywania obowiązków, nadzór nad radzieckimi jeńcami wojennymi, aresztami ochronnymi i obozami koncentracyjnymi, do tego dochodziły sprawy partii, mediów, gospodarki, zagranicznych walut oraz kontrola graniczna. Ciężko znaleźć w hitlerowskich Niemczech dziedzinę życia, którą gestapo by się nie interesowało albo coś, czego by nie zwalczało bądź nie kontrolowało.

Aresztować każdego

Funkcjonariusze gestapo – według brytyjskiego pisarza Charlesa Whitinga – „na przeciętnych obywatelach robili wrażenie wszechobecnych. Ludzie bali się rozmawiać na drażliwe tematy nawet z najlepszymi przyjaciółmi, ponieważ wiedzieli, że gestapo jest wszędzie. Teraz zanim powiedziało się coś, co mogłoby zostać źle zrozumiane przez gestapowskich agentów – którzy jak wiadomo kryli się w każdym cieniu – najpierw zerkało się w lewo i w prawo. Pozdrowienie Heil Hitler znane było teraz jako »niemieckie pozdrowienie«, natomiast takie rozglądanie się na boki zaczęto nazywać »niemieckim spojrzeniem«. Był to przejaw nieukrywanego strachu”. „Nie miała ona w zwyczaju dokładnie tłumaczyć powodów aresztowania – pisze o Geheime Staatspolizei ks. Jerzy Myszor w swoim artykule poświęconym księdzu Emilowi Szramkowi, jednej z najgłośniejszych ofiar nazistowskiego reżimu na Górnym Śląsku. – Aresztując niewygodnych politycznie ludzi, posługiwała się rozporządzeniem o ochronie państwa i narodu z lutego 1933 i ustawą o specjalnych pełnomocnictwach tzw. Ermächtigungsgesetz z 1933. Obydwa dokumenty wprowadziły w Rzeszy stan wyjątkowy; nie odwieszony przez Hitlera aż do końca wojny. Na ich mocy można było właściwie dowolnie, według uznania aresztować każdego, którego policja uznała za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodu i państwa”.

Po wybuchu wojny władza gestapo rozciągnęła się na kraje okupowane (Generalne Gubernatorstwo dorobiło się wręcz przezwiska Gestapo-land), a organizacji jeszcze przybyło zadań. W związku z tym utworzono kolejne jej wydziały. Jeden z nich zajmował się cudzoziemską siłą roboczą, eksploatowaną przez gospodarkę Rzeszy, inny obsługiwał imponujący jak na owe czasy zbiór kartotek personalnych (założono je dosłownie każdemu obywatelowi Rzeszy). Odrębny, szczególnie złowrogi wydział IV A 4b kierował uwięzieniem w gettach, a następnie wymordowaniem kilku milionów europejskich Żydów.

Gestapo faktycznie zasługiwało na swoją opinię wszechwładnej, okrutnej i budzącej grozę służby specjalnej. Było w stanie wtrącić się w dosłownie każdą dziedzinę życia, z rodzinnym włącznie. W pewnym raporcie policyjnym z 1940 roku odnotowano na przykład taki oto finał małżeńskiej kłótni:

Około godziny 12.00 inwalida Jan Wieczorek w trakcie politycznego sporu ze swą żoną, prowadzonego w ich mieszkaniu w Katowicach (...), powiedział między innymi »Führer to jest przeklęty malarz«. Wieczorem został aresztowany i przekazany gestapo.

Trudno powiedzieć, jaki los spotkał ostatecznie niefortunnego małżonka, ale do śmiechu nie było mu z pewnością. Odnotowane w raporcie słowa mogły go zaprowadzić za obozowe druty, a nawet kosztować życie. I nawet jeśli funkcjonariusze mimo wszystko sprawę pana Wieczorka potraktowali pobłażliwie, wzmianka o incydencie z pewnością znalazła się w jego kartotece.

Gestapo Kattowitz

Do Katowic gestapo przybyło we wrześniu 1939 roku wraz z Wehrmachtem. Jego funkcjonariusze towarzyszyli sztabowi generała Ferdinanda Neulinga, dowódcy wkraczającej do miasta 239 Dywizji Piechoty. Kolejni zjawili się w Katowicach już kilka dni później, wraz ze zbrodniczą Einsatzgruppe (grupą do zadań specjalnych, pod którym to określeniem krył się oddział egzekucyjny SS), dowodzoną przez obergrupennführera Udo von Woyrscha. Październik 1939 przyniósł utworzenie miejskiego biura gestapo. Katowiccy gestapowcy zainstalowali się w gmachu przy ulicy Powstańców pod numerem 31 (wówczas Bernhardstrasse, a następnie Strasse der SA nr 49). Policja, z nazwy niby to tajna, bynajmniej nie kamuflowała swojej tam obecności. Siedziba gestapo otwarcie figurowała na planie miasta i w książce telefonicznej. Tym prędzej zapewne zdobyła sobie w mieście złą sławę. „W budynku gestapo mieścił się przez pewien czas, działający od 1942 roku, policyjny sąd doraźny – najważniejsze narzędzie terroru nazistowskiego na Górnym Śląsku – piszą historycy Joannna Kałuska i Mirosław Węcki w książce o okupowanych Katowicach. – Sądem kierowali aktualnie urzędujący szefowie gestapo. Jego ofiarą padło w latach 1942–1945 co najmniej około 2 tys. osób. Jeszcze większa jest liczba osób aresztowanych – tylko w okresie od czerwca 1941 roku do marca 1943 roku aresztowano około 12 tys. osób. Większość z nich przewinęła się zapewne przez pomieszczenia śledcze i cele w budynku przy ul. Powstańców 31. Wielu z więźniów, zwłaszcza członkowie polskiego ruchu oporu, było tu nieludzko torturowanych”. Katowickim gestapo początkowo kierował Emanuel Schäfer, po nim krótko Otto Sens, następnie Rudolf Mildner i wreszcie złowieszczy SS-obersturmbannführer Johannes Thümmler, który w ludzkiej pamięci zapisał się z nich wszystkich najgorzej, jako postać wręcz demoniczna.

To właśnie Thümmler stał na czele Gestapo Kattowitz na przełomie 1944 i 1945 roku, gdy w związku z bliskością frontu wschodniego i groźby nieuchronnej, generalnej ofensywy Armii Czerwonej gestapowcy spakowali manatki, po czym ewakuowali się na zachód, w głąb Rzeszy. Ewakuacja objęła również przepastne zbiory archiwalne. Były wśród nich kartoteki osobowe, w tym osób podejrzanych i takich, przeciw którym prowadzono śledztwa, a także konfidentów. Były raporty tych ostatnich. I były tysiące różnych innych dokumentów wytwarzanych przez policyjną biurokrację, a zawierających niezliczoną ilość mniej lub bardziej usystematyzowanych i konkretnych informacji. Fakty, daty , ludzie, zdjęcia, rozkazy, meldunki. Mówiąc dzisiejszym językiem – gigabajty, ba, całe terabajty twardych danych, utrwalonych wprawdzie na papierze, ale wcale nie mniej przez to cennych i… groźnych. Jak to z aktami każdej bezpieki bywa.

Zagmatwane tropy

Akta katowickiego gestapo zniknęły. Praktycznie bez śladu. Jakieś kartoteki pod koniec 1944 roku miano przewieźć do pałacu rodziny Schaffgotschów w Kopicach, gdzie zostały spalone. Jakieś gestapowskie archiwa ulokowano jakoby w schronie przeciwlotniczym, mieszczącym się w fundamentach budowanej jeszcze wtedy katowickiej katedry. Taki schron istniał naprawdę i rzeczywiście Niemcy złożyli w nim archiwalia. Kilka lat temu wyjaśniło się jednak (nie bez udziału piszącego te słowa), że nie były to akta gestapo, a katowickiej placówki SD, czyli Sicherheitsdienst, służby bezpieczeństwa SS. Akta te najprawdopodobniej uległy niestety w przeważającej części zniszczeniu, jednak ich skromne (choć i tak cenne!) szczątki przetrwały w Archiwum Archidiecezji w Katowicach (inne zaś w zbiorach IPN Katowice oraz Archiwum Państwowego w Katowicach). Kolejny, najbardziej może sensacyjny trop wiódł do Bytomia, wiążąc się z tajemniczym Szybem Południowym kopalni Miechowice. Na początku 1945 roku Niemcy mieli zwieźć tym szybem do podziemi kopalni i tam ukryć skrzynie z tajemniczą zawartością. Co ją stanowiło, nie wiadomo do dziś. Najczęstsze spekulacje mówią o złocie, kosztownościach i zrabowanych dziełach sztuki, ale jedna z hipotez głosi, że to w Szybie Południowym ukryto akta katowickiego gestapo. Skądinąd właśnie obawą przed ich odkryciem i zdemaskowaniem dawnych konfidentów, z których niejeden po wojnie został komunistycznym prominentem, tłumaczono niechęć peerelowskich władz do wyjaśnienia tej zagadki i niepodjęcie w epoce PRL żadnych prób odnalezienia zagadkowego depozytu. Gdyby tak było naprawdę, to trzeba przyznać, że historia tęgo zadrwiła sobie z byłych agentów gestapo, przez lata każąc im żyć w cieniu strachu przed wychynięciem spod ziemi widm ich niechlubnej przeszłości. Zdrajcy nie musieli się tego obawiać. Trudno powiedzieć, co wciąż czeka na odkrycie w czeluściach Szybu Południowego, jednak z pewnością nie jest to archiwum Gestapo Kattowitz. Nie ma go tam i nigdy nie było. Jego losy okazują się zupełnie inne.

Czech z Sonderkommando

Ta historia już na wieki pozostałaby nieznana, gdyby nie dwóch ludzi. Jednym z nich był czeski więzień Auschwitz, który przeżył i ją opowiedział. Drugim – oficer gestapo, który to umożliwił, nie wykonując zbrodniczego rozkazu swego zwierzchnika. Ale może od początku…

Rok 1944. Do katowickiej siedziby gestapo przybywa niewielki transport więźniów KL Auschwitz. Jest ich kilkunastu. Niemcy formują z nich brygadę roboczą, która otrzymuje nazwę Sonderkommando Kattowitz. Jednym z więźniów w składzie tego Sonderkommando jest Jiří Wehle z czeskiej Pragi. Ten 34-latek, aresztowany w 1939 roku, ma już za sobą obozy w Dachau i Buchenwaldzie. Do Oświęcimia trafił w roku 1943. Dopiero co dotknęła go osobista tragedia – utracił matkę, podobnie jak on więzioną w obozie oświęcimskim. Akurat w tych dniach zginęła w Birkenau.

W Sonderkommando jest jedenastu więźniów. Zostali wyselekcjonowani w związku z tym, ze znają się na murarstwie. Niemcy przydzielają im zadanie budowy schronu przeciwlotniczego w podziemiach siedziby gestapo, a następnie inne ciężkie roboty. Będzie wśród nich szczególnie niebezpieczna – wykopywanie niewybuchów bomb lotniczych, które spadły w pobliżu. Stale drżą o własne życie. Szczególnie z brutalnym Thümmlerem nie ma żartów. Szef gestapo już przy pierwszym spotkaniu dał się poznać z jak najgorszej strony. Dobrze wiedzą, że mają do czynienia z wyjątkowym łotrem, dla którego żaden z nich w ogóle nie jest istotą ludzką. Na przełomie 1944 i 1945 roku niewolnicza siła robocza Sonderkommando zostanie wykorzystana w kolejnym celu: ewakuacji gestapo z Katowic.

Ewakuacja

Na pierwszy ogień (jak się już wkrótce okaże – dosłownie) idzie część akt osobowych.

Już w grudniu 1944 roku katowickie gestapo rozpoczęło przygotowywać porządkowanie biur przed zbliżającym się frontem – relacjonuje Wehle, zadziwiająco wręcz dobrze poinformowany. – Najpierw została zorganizowana tzw. Ausweichstelle w zamku Schwarzengrund niedaleko Opola, który należał do hrabiów Schaffgotschów. Tu przewieziono kartotekę i wydział aresztów prewencyjnych (Schutzhaftabteilung), który prowadził Hesse. Miał on pod sobą około 30 – 40 członków gestapo.

Schwarzengrund to Kopice, gdzie mieściła się przepiękna, obecnie niestety doszczętnie zrujnowana rezydencja rodu Schaffgotschów. Słowa Wehlego znajdują potwierdzenie w spisanych przez J. M. Skopa (i dostępnych na stronie kopice.org) wspomnieniach hrabiego Hansa Ulricha von Schaffgotscha (1927–2009), który opisał pobyt katowickich gestapowców w Kopicach. Nieproszeni goście na jakiś czas zawłaszczają na potrzeby swej Ausweichstelle pół pałacu, zaś przed opuszczeniem Kopic puszczają z dymem przywiezione ze sobą archiwa. Jako że robią to dość niedbale, paląc dokumenty zrzucone na stos przed zamkiem, część papierów porywa silnie wiejący wiatr. Młody Hans Ulrich znajdzie je później w pałacowym ogrodzie, a wśród nich – akta swojej krewnej. Koresponduje to z informacjami Wehlego, według którego do Kopic trafiła część archiwum, dotycząca osób mających zostać objętych aresztem prewencyjnym. Wszystko się zgadza: Schaffgotschowie mieli opinię rodziny o antynazistowskim i propolskim nawet nastawieniu, w związku z czym jej członkowie bez wątpienia byli w oczach gestapo podejrzani. To co spartaczyli esesmani, kończy za nich zapobiegliwa hrabina Schaffgotsch, która uważa, że jeśli gestapo wróci do Kopic i dowie się o tym, że resztki archiwum trafiły w ręce Schaffgotschów, źle się to dla nich kończy. Z obawy przed represjami, skrzętnie pali do końca ocalałe kartoteki. Jednak to dopiero stosunkowo niewielka część akt Gestapo Kattowitz.

Kiedy w połowie stycznia front zaczął się zbliżać do Katowic, dowódca Thümmler zarządził porządkowanie centrali – wspomina dalej Wehle. – Część akt została wysłana do Kłodzka. My więźniowie zostaliśmy wysłani wozem policyjnym wraz z dalszymi materiałami również do Kłodzka.

W kolumnie samochodów, która opuszcza Katowice pod koniec stycznia 1945, poza więźniami Sonderkommando (dziesięcioma - przed ewakuacją jeden zdołał zbiec) jedzie około 50 gestapowców. Trzydniowa podróż omal nie kończy się katastrofą w momencie spotkania z jakimś zmotoryzowanym zagonem Armii Czerwonej. Sowieci niszczą część pojazdów, jednak ten przewożący więźniów wychodzi z potyczki cało. Niemniej jeden z nich, osłabiony chorobą, i tak zostaje w drodze zamordowany przez gestapowców. Reszta dociera do Kłodzka.

Docierają tam również, wysłane uprzednio koleją, archiwa. Więźniowie rozładowują je z wagonów i składają w dawnej fabryce pieców firmy Hentschel. Jednak to nie koniec ich tułaczki.

Przystanek końcowy – Oelsnitz

„Spaliśmy w miejskim więzieniu, a jedzenie dostarczano nam chyba z jakiejś polowej kuchni – opowiada Wehle. – Po upływie około miesiąca podstawiono trzy wagony kolejowe, do których znów musieliśmy załadować własność gestapo. Wagonami tymi przewieziono nas do miejscowości Oelsnitz k/Plauen. W miejscowości tej utworzono tzw. Ausweichstelle katowickiego gestapo. Niedługo potem do tej samej miejscowości przybyli gestapowcy z placówki krakowskiej – przywieźli ze sobą dużą ilość akt”.
Oelsnitz to miasteczko położone w Saksonii, w jej południowo-zachodnim kącie, niemal u bram Bawarii i nieopodal granicy czeskiej. Stosunkowo blisko stamtąd i do miasta Chemnitz, w którego placówce gestapo pracowali przed przeniesieniem do Katowic zarówno Thümmler, jak i jego poprzednik Mildner. Może to nie przypadek? Przeniesienie się katowickiego gestapo do Oelsnitz potwierdza wrocławski historyk Alfred Konieczny: „(…) sztab komendy w Katowicach ewakuował się pod koniec stycznia najpierw do Nysy, stamtąd do Šumperka na Morawach i na koniec znalazł się w Oelsnitz koło Plauen”. Kierownictwo z Thümmlerem na czele ewakuowało się więc inną drogą, przez Morawy. To również koresponduje z relacją jak zwykle doskonale zorientowanego (podkreślmy to raz jeszcze) Wehlego, aczkolwiek według niego sam Thümmler na szczęście do Oelsnitz nie dotarł: „Główna część katowickiego gestapo i jej dowódca Thümmler zatrzymała się najpierw gdzieś koło Cieszyna (wieś Hnojnik), a potem na Morawach, gdzieś koło Šumperka”.

Jak stwierdza Wehle, to w Oelsnitz rozegrał się finał archiwum Gestapo Kattowitz.

Z początkiem kwietnia, gdy front począł się zbliżać, gestapowcy spalili przywiezione ze sobą akta – wspomina. – Część akt usiłowaliśmy ukryć, ale nie udało się nam. I tak mieliśmy szczęście, że nie zorientowano się kto to zrobił.

„Prace te nadzorowali oficerowie gestapo – Hesse i Güntzschel (lub Guntschel – przyp. T.B.) – odpowiedzialni za kolumnę ewakuacyjną – dodaje Wehle. – Przed odjazdem z Oelsnitz, Güntzschel posłał zapytanie do Thümmlera – który znajdował się prawdopodobnie w innej miejscowości – co ma zrobić z nami. Odpowiedź przywiózł kurier. Według tego co mówił Güntzschel, polecono mu zlikwidować nas. Oświadczył jednak nam, abyśmy się nikogo nie obawiali, bo on rozkazu tego nie wykona”. Według innej relacji Wehlego gestapowcem, który odmówił wykonania rozkazu (trudno orzec, czy zdecydowała litość, czy obawa przed możliwymi konsekwencjami po bliskim już zakończeniu wojny), był obersturmführer Hesse.

Według naszego bezcennego naocznego świadka, taki był koniec archiwum katowickiego gestapo. Dzieje Sonderkommando Kattowitz również zakończyły się wkrótce potem. Ponownie oddajmy głos Wehlemu: „Później nastąpił ostatni etap ewakuacji. Wkroczyliśmy na tereny Czechosłowacji. Ewakuowano nas wozami. W czasie drogi gestapowcy pojechali dalej, my pozostaliśmy z tyłu. (…) W tej sytuacji, kompletnie zdezorientowani co dzieje się wokół, postanowiliśmy powrócić do Oelsnitz. W czasie powrotnej drogi prawie cudem uniknęliśmy śmierci w momencie spotkania wycofującego się oddziału SS. Dowodzący oddziałem oficer zapytał się, co robimy w tym miejscu. Całe szczęście, że znałem dobrze język niemiecki, więc wytłumaczyłem mu, że należymy do Ausweichstelle katowickiego gestapo, a dowódca konwoju polecił nam w tym miejscu czekać na jego powrót. Tłumaczenie było widać przekonujące, bo pozostawiono nas w spokoju. Tak doczekaliśmy się wyzwolenia” – kończy Wehle. Przyniosła je im US Army.

Czego nie powiedział Jiří Wehle

Nie przeoczmy pewnego znaczącego faktu. Jedynym źródłem – kapitalnym, lecz jedynym – na którym opiera się nasza wiedza o zniszczeniu akt katowickiego gestapo, są słowa jednego człowieka. Dlatego warto mieć świadomość, kim był Jiří Wehle. Tymczasem był on... przedwojennym komunistą i żołnierzem Československej armády, który w 1947 roku kierował już wywiadem czechosłowackim na Niemcy i Austrię, zaś w roku następnym został ni mniej, ni więcej, tylko tego wywiadu głównym szefem. Na samym szczycie tajnych służb nie stają ich pracownicy o krótkim stażu, nie mówiąc już o ludziach z zewnątrz. W związku z tym w 1945 roku Wehle musiał mieć świadomość, z jakim wywiadowczym Eldorado zetknął go jego, bezdyskusyjnie poza tym okrutny więźniarski los. Archiwum Gestapo Kattowitz dla funkcjonariusza służb specjalnych musiało mieć wartość nie do przecenienia. I dlatego nie możemy wykluczyć tego, że Wehle nie powiedział nam wszystkiego. Uważna lektura jego relacji prowadzi do wniosku, że miał on wiedzę o treści gestapowskich akt z Katowic, i to wiedzę szeroką. Jako prosty więzień Sonderkommando Kattowitz absolutnie nie miałby szans dogłębnego ich studiowania. Mógł to robić jedynie później. Możliwe więc, że usiłował uratować je przed zniszczeniem, a wspomniana przecież przezeń, jakoby bezowocna próba ocalenia choć części tych archiwaliów, w rzeczywistości jednak się powiodła. W takim wypadku pełną prawdę o losie archiwum katowickiego gestapo nadal skrywają tajne archiwa Pragi bądź nawet Moskwy. Jeżeli Jiří Wehle zdołał ocalić choć część tych akt – a taką możliwość przynajmniej warto rozważyć – to należy ich szukać właśnie tam.

Post scriptum

Jedna z wielkich tajemnic śląskiej historii, jaką stanowiły losy archiwum katowickiego gestapo, mogła zostać wyjaśniona dużo wcześniej. Jednak mimo iż Jiří Wehle opisał je polskim historykom jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku, jego relacje znalazły się tylko w zbiorach archiwalnych w Krakowie i Oświęcimiu. Prawdopodobnie dlatego nie natrafili na nie górnośląscy historycy, innych zaś odnośne szczegóły wspomnień Wehlego najwyraźniej w ogóle nie zainteresowały. Podobnie stało się w przypadku świetnego skądinąd i godnego polecenia serwisu subcamps-auschwitz.org, poświęconego podobozom KL Auschwitz. Jego twórcy wykorzystali relację Wehlego, opisując dzieje Sonderkommando Kattowitz w internecie. Siłą rzeczy wspomnieli też o wywiezieniu i późniejszym zniszczeniu archiwum gestapo. Niestety uczynili to dość zdawkowo i jak do tej pory wyłącznie w języku angielskim (któż, szukając informacji o archiwum katowickiego gestapo, wpadłby na pomysł wpisania w wyszukiwarkę frazy „gestapo files”...), a przy tym w sposób niełatwy do wyszperania nawet w samym serwisie. Na te informacje natknąłem się więc dopiero wtedy, gdy dysponując już oryginalnymi relacjami Jiříego Wehle, rozglądałem się za szczegółami jego życiorysu (które to poszukiwania przyniosły tak sensacyjny rezultat). Dlatego niniejszy, niezależnie powstały artykuł, po raz pierwszy kompletnie opisuje możliwe w tej chwili do ustalenia dzieje zaginionego archiwum katowickiego gestapo. Odtworzyłem je, korzystając z oryginalnych, niepublikowanych dotąd relacji Jiříego Wehle, znajdujących się w zasobach archiwalnych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, za których udostępnienie serdecznie dziękuję kierownikowi tamtejszego archiwum, doktorowi Wojciechowi Płosie.

Nie przeocz

Zobacz koniecznie

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

Mięsożerni mężczyźni bardziej szkodliwi

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jagoda

A kej poznomy losy katowickigo SB i UB?

Dodaj ogłoszenie