Bajki z Auschwitz-Birkenau

Jadwiga Kulasza
Bajka o czarnym kurczątku jest dziś własnością Andrzeja i Zbigniewa Czuldów.
Bajka o czarnym kurczątku jest dziś własnością Andrzeja i Zbigniewa Czuldów. Fot. ARCHIWUM PAŃSTWOWEGO MUZEUM AUSCHWITZ-BIRKENAU
Esesmani nigdy nie odkryli grupy więźniów, którzy za drutami obozu w latach 1943-1944 pisali i wydawali drukiem na niemieckim papierze bajki dla dzieci.

Wydawanie bajek w KL Auschwitz-Birkenau zrodziło się w chwilach niepewności jutra, zagrożenia śmiercią, z tęsknoty za bliskimi, zwłaszcza za dziećmi. Prace związane z ich wydawaniem odbywały się w całkowitej konspiracji, bo groziła za to śmierć. Wszystko zaczęło się pewnego dnia w 1943 r., gdy jeden z więźniów zatrudnionych w Zentralbauleitung (Centralnym Zarządzie Budowlanym) znalazł, prawdopodobnie w pobliżu magazynów "Kanady", w których gromadzono rzeczy po zamordowanych w obozie, kolorowe książeczki dla dzieci.

Przyniósł je do Baubüro (biura budowlanego), by pokazać kolegom. Świadomość, że należały do dzieci, które zginęły w komorze gazowej, wstrząsnęła nimi . Przywołała wspomnienia pozostawionych w domach dzieci, zabaw z nimi, spacerów. Sprowokowała też wśród więźniów gorącą dyskusję, zakończoną postanowieniem napisania i wysłania bajek do własnych dzieci.

Wokół pomysłu wydawania bajek skupiła się spora, około 20-osobowa grupa więźniów pracujących niemal wyłącznie w biurach Zentralbauleitung. Przede wszystkim dlatego, że to był ich pomysł, ale mieli też warunki techniczne do jego zrealizowania. Polegały one na w miarę łatwym dostępie do przyrządów pisarskich, farb, kalki, papieru światłoczułego i fotograficznego, urządzeń do wykonywania kopii. Autorem i tłumaczem większości tekstów bajek był inż. Stanisław Bęć.

W tłumaczeniu jednej z bajek z języka czeskiego pomagał mu zatrudniony w Baubüro Czech Wilhelm Kapal (Kappel). Rysowaniem i kolorowaniem obrazków zajmowali się Marian Moni-czewski, Mieczysław Kościelniak, Piotr Kopańczuk, Henryk Czulda, Alfred Przybylski, Jacek Kopczyński, Wacław Stępkowski, Zbigniew Kowalczyk, Jerzy Brandhuber, Leszek Kozak, Jerzy Baran i Borkowski (brak imienia). Stroną techniczną wydawanych bajek, przygotowaniem matryc na kalce technicznej, powielaniem i oprawianiem zajęli się więźniowie, którzy mieli dostęp do materiałów i urządzeń kopiujących.

Prawdopodobnie pierwszym wydanym tytułem była "Bajka o przygodach czarnego kurczątka". Jeden z egzemplarzy nosił tytuł "Murzynek i Mniszek" - od imion głównych bohaterów-kurczątek. Autorem był Stanisław Bęć, który w takiej formie opisał spacery z synem Andrzejem brzegami Pilicy. Opowiedział o nich, patrząc na świat oczami kurczątek, Murzynka i Mniszka, które postanowiły zobaczyć coś więcej niż własne podwórko. Wybrały się więc na samodzielną wycieczkę po okolicy. Wiele przy tej okazji zobaczyły i przeżyły, ale też dużo się nauczyły.
Kolejna była "Bajka o zajączku, lisie i kogutku", której tłumaczenia z czeskiego dokonał Stanisław Bęć z pomocą więźniów czeskich. Treść dotyczyła kłopotów zajączka ze złym lisem, który podstępnie zajął jego dom. Wszyscy się go bali i dopiero spryt koguta sprawił, że lis, by się ratować, musiał uciekać. Opisane w bajce perypetie zająca i konsekwencje złego zachowania lisa krótko i określa jedno zdanie: "Tak to łotrom zwykle bywa, gdy cudzego się zachciewa". Więźniowie odczytywali je jako zapowiedź wolności i zasłużonej kary dla ich katów.

Trzy egzemplarze tej bajki opatrzone są dedykacjami. Dwie z nich napisał Bęć. Pierwsza skierowana była do Alojzego Kotulka i Małgorzaty Lewińskiej. W ten sposób więzień Auschwitz, Eugeniusz Nosal, wyraził podziękowanie za pomoc w utrzymywaniu kontaktu ze światem zewnętrznym. Druga miała głębsze znaczenie, w zakamuflowany sposób przekazywała pewne informacje. Józef Drożdż powiadomił tak swoją siostrę, Marię Sitko, i siostrzeńca Tadeusza o planowanej ucieczce z obozu. Doszło do niej 30 września 1944 roku. Drożdż zbiegł z Romanem Taulem dzięki pomocy robotnika cywilnego Józefa Łyszczarza, który jako przyjaciel Drożdża pełnił rolę pośrednika między nim a rodziną, przekazując wiadomości i dostarczając przesyłki, m.in. bajki.

Trzecią dedykację można uznać za rodzaj testamentu pozostawionego przez więźnia Bernarda Świerczynę synowi Felicjanowi, gdyż on sam nie przeżył obozu. Powieszony został 30 grudnia 1944 roku. Świerczyna już jako licealista dużo pisał i publikował na łamach czasopism wydawanych na Śląsku przed II wojną światową. Jego słowa w życiu syna Felicjana odegrały dużą rolę, właśnie z ich duchem został wychowany. A bajka była osobistą pamiątką po ojcu, z którym nie miał możliwości się poznać.
W chwili aresztowania jego ojca (14 czerwca 1940) i osadzenia w Auschwitz (18 lipca) jego jeszcze nie było na świecie, bo urodził się we wrześniu 1940 roku.

Z relacji Adelajdy Świerczynowej wiadomo, że raz zabrała syna do Bielska na spotkanie z ojcem, bo Bernard Świerczyna jeździł tam do pralni z obozową bielizną. Dzięki pomocy wielu wspaniałych ludzi mógł choć z daleka zobaczyć syna. Felicjan, niestety, nie pamięta wyjazdów matki ani spotkania z ojcem w Bielsku. Silniejsze wrażenie pozostawiło na nim spotkanie w Mysłowicach, choć nie jest pewien, czy to osobista pamięć, czy utrwalona w wyniku częstych wspomnień najbliższych.

Do tego spotkania doszło w 1944 r. na drodze do Oświęcimia. Szedł z ciocią do dziadka, gdy nagle zatrzymał się przy nich samochód. Wysiadł z niego mężczyzna, wziął go na ręce i przytulił. Był to jego ojciec.
Bajki z Auschwitz miały być szczególną pamiątką dla dzieci, lecz żeby mogły do nich trafić, potrzebna była pomoc ludzi spoza drutów. Mimo zagrożenia życia za nielegalne kontakty z więźniami, znaleźli się tacy, którzy przyczynili się do uratowania wielu ważnych dokumentów i różnych prac artystycznych więźniów, w tym bajek. Więźniowie gotowe egzemplarze potajemnie wynosili z biura na różne budowy i przekazywali znajomym robotnikom cywilnym z prośbą o przesłanie pod wskazane adresy.

Wszystkie znane nam egzemplarze bajek, oprócz jednego, jeszcze w czasie wojny trafiły do rąk dzieci. Eugeniusz Nosal obdarował bajkami dwie dziewczynki, których mamy brały aktywny udział w akcji pomocy więźniom. "Bajka o zajączku, lisie i kogutku" trafiła do rąk 5-letniej Alojzy Kotulek za to, że z matką Elżbietą i Wandą Kondziołek spełniały rolę łączniczek między więźniami i ludnością cywilną, przejmowały lub przekazywały listy, grypsy, podawały żywność i lekarstwa. W podobną pomoc więźniom zaangażowana była Lewińska (brak imienia), która w dowód wdzięczności otrzymała dla swojej córki Małgosi dwie bajki: o przygodach czarnego kurczątka oraz o przygodach zajączka, lisa i kogutka. Józef Drożdż otrzymane bajki ofiarował siostrzeńcowi Tadeuszowi Sitko. Bajki do domu siostry Marii, mieszkającej w Grodźcu, dostarczył Józef Łyszczarz z Mysłowic, który w Auschwitz zatrudniony był jako konserwator telefonów. Uczestniczył też w dostarczaniu do obozu paczek z żywnością, przygotowywanych w domu Marii Sitko.

Z kolei Artur Krzetuski współpracował z majstrem cywilnym komanda, budującego studnie w obozie, Józefem Żurkiem. Wykorzystał tę znajomość do przesłania córce "Bajki o zajączku, lisie i kogutku". Z pośrednictwa robotników cywilnych korzystał też Stanisław Bęć, przekazując swoje bajki poza obóz. I choć nie pamięta nazwisk, podziwia ich za niesamowitą odwagę: "Ryzykowali wszystkim, byle spełnić życzenie häftlinga, tylko dlatego, że to mogło być jego życzenie ostatnie". Najpierw książeczki trafiły do jego rodziców mieszkających na ziemiach włączonych do III Rzeszy, a następnie dotarły do żony i syna Andrzeja w Generalnym Gubernatorstwie.
Do Felicjana Świerczyny "Bajka o zajączku, lisie i kogutku" dotarła od ojca poprzez nieznanego z nazwiska oficera SS. Zgodnie z tym, co przekazała mu matka, było to jesienią 1943 r. Ów oficer przyniósł bajkę z niemieckim słownikiem wydawnictwa Der Großen Duden i dedykacją. Być może dla kamuflażu, gdyby przesyłka wpadła w niepowołane ręce. Słownik nadal znajduje się w posiadaniu Świerczyny, ale już bez kartki z dedykacją.Matka wydarła ją ze strachu po wkroczeniu Sowietów.

Zdaniem Stanisława Bęcia, bajek wydanych w Auschwitz nie można zaliczyć do wydarzeń literackich, bo nie forma wiersza była ważna, lecz treść pełna uczuć, głęboko skrywanych pragnień, tęsknot i przeżyć więźniów sprzed aresztowania. Bajki przekazywały nastroje specyficznej zbiorowości, zamkniętej za drutami kolczastymi, ale i zaspokajały jej określone potrzeby estetyczne i duchowe. Były pisane dla odwrócenia uwagi od grożącej na każdym kroku śmierci, z chęci pozostawienia czegoś po sobie, z myślą o dzieciach.

Dzisiaj, ze względu na miejsce i czas powstania, są raczej dokumentami niż dziełami literackimi czy plastycznymi. Choć nie można im odmówić i tego waloru, bo zachwycają każdego, kto je zobaczy. Tę inicjatywę więźniów niewątpliwie należy też zaliczyć do form ruchu oporu. Jak stwierdził włoski psycholog Andrea Devoto, "oporem mogło być wszystko, bo wszystko było zabronione. Oporem stawała się każda działalność, która sprawiała wrażenie, że więźniowi pozostało coś z dawnej osobowości i indywidualności".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie