Bo Amy już tu nie mieszka

Marek S. Szczepański
W sobotę, 23 lipca, w swoim londyńskim mieszkaniu, ulokowanym w kolorowej, pełnej pubów, dyskotek i bazarów, dzielnicy Camden, zmarła brytyjska piosenkarka Amy Winehouse.

Wszystko wskazuje na to, że ona sama - tuż przed śmiercią - próbowała się ratować, dzwoniąc do lokalnego pogotowania. Lekarz, który dotarł pięć minut po wezwaniu, stwierdzić mógł już tylko zgon tej wybitnej i nieprzyzwoicie młodej artystki. We wrześniu skończyłaby 28 lat. Urodziła się i wychowała, co zresztą komunikowała z najwyższą dumą, w rodzinie żydowskiej, z dużymi tradycjami muzycznymi.

Już debiutancki jej album, "Frank" - z 2003 roku, zwrócił uwagę nie tylko koneserów muzyki, ale także tych, którym słoń na ucho nadepnął. Ci pierwsi porównywali krążek z dokonaniami - nieśmiertelnej w moim pokoleniu - Sarah Vaughan, amerykańskiej wokalistki jazzowej, zmarłej w 1990 roku. Posypały się nominacje do prestiżowych nagród i pojawiły zaproszenia do występów w kultowych miejscach Londynu, Europy i świata. Jeszcze większe wrażenie zrobiła rewelacyjna i prorocza, trzeba to jednoznacznie przyznać, płyta "Back to Black" (Powrót do ciemności).

A na niej utwór "Rehab" (Odwyk). Kiedy po raz pierwszy go słuchałem, miałem nieodparte wrażenie, że to bliźniaczy, zachowując pełne proporcje, utwór wobec "Detoxu", wykonanego przez nasz śląski Dżem i Ryszarda Riedla. I Amy, i Rysiek, byli bowiem artystami przeklętymi.

Opatrzność zatrzymała się przy Obojgu na dłużej, dając talent, choć ani jedno, ani drugie nie potrafiło tego za życia w pełni docenić. Amy, podobnie jak tyski bard, szybko uzależniła się od twardych narkotyków, mocnego alkoholu i nikotyny. Nie znała umiaru. Raz poddawała się drastycznej diecie, innym razem walczyła z bulimią, piła publicznie, zrywała koncerty, traciła kontakt z rzeczywistością.

*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera
Była ulubionym tematem tabloidów. A te z rozkoszą donosiły o operacji powiększenia niesfornych piersi, o brakach w uzębieniu, awanturach i rynsztokowych - jak je nazywały - zachowaniach Amy. Jeszcze gorsze chwile przyszły po Jej ślubie z prawdziwym desperado - Blakem Fielderem-Civilem. Razem pili, ćpali, a do londyńskiej legendy przeszły ich publiczne bijatyki, przeprosiny i łzy. Na coraz dalszy plan schodziła muzyka i niekwestionowany talent Amy. W lipcu 2009 roku para się rozwiodła, a były małżonek otrzymał stosowną odprawę pieniężną, o którą bez skrupułów i ambicji zabiegał.

Nawiasem mówiąc, Blake szybko wylądował za kratami, skazany za kradzież i rozbój z bronią w ręku. Posadzono go na 27 miesięcy, a wyrokujący sędzia podkreślił, że oskarżony zachował się w sposób niegodny obywatela, obrzydliwy i tchórzliwy.

Pełna katastrofa nadeszła podczas pierwszego występu Amy w europejskim tournee zaplanowanym w Belgradzie, w czerwcu 2011 roku. Była kompletnie nieprzytomna, zapominała słów, bełkotała, traciła równowagę. Dwadzieścia tysięcy serbskich fanów miast zgotować idolce owację na stojąco, zwyczajnie ją wygwizdało. Był to zły prognostyk przed wizytą gwiazdy w Polsce, a ściślej w Bydgoszczy. Miała w niej wystąpić 30 lipca, dokładnie wtedy, gdy w Chorzowie zaczynał się XIII Festiwal im. Ryśka Riedla. To znowu przypadek, ale warty podkreślenia.

*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera
Kilka dni po kompromitacji w stolicy Serbii organizator tournee odwołał wszystkie bez wyjątku występy Amy, a ona sama wróciła do Camden. Belgradzka porażka nie była jednak ostatnim występem artystki na scenie. Pojawiła się na niej zupełnie niespodziewanie, towarzysząc swojej chrześnicy Dionne Bromfield w londyńskim klubie Roundhouse.

Wspierała utalentowaną piętnastolatkę, zachęcając do zakupu płyty smarkuli. Widziałem amatorski zapis tego koncertu i miałem nadzieję, że Amy najgorsze ma za sobą. Na scenie próbowała nawet tańczyć, choć z całą pewnością nie do pląsów została stworzona. Dzień przed śmiercią kupiła kilka butelek wódki. Zmęczony i schorowany organizm już tego nie wytrzymał. Pochowano Ją skromnie na północnolondyńskim cmentarzu Edgwarebury, zgodnie z obrzędem żydowskim i z udziałem rabina.

I Amy, i Rysiek - ostatni polski hippis - znaleźli się w innym, zapewne lepszym świecie, choć pewnie za swoje ziemskie przewiny oferują tym, którzy ich tam słuchają, koncerty nieprzerwane. Nikołaj Ostrowski, radziecki pisarz, o trudnym i poszlakowanym życiorysie napisał kiedyś: Ten najbardziej olśniewa talentami, kto więcej rozdaje niż otrzymuje.

*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Pablo

Co przeczytałem stronkę, to z niedowierzaniem, mimowolnie, potwierdzałem sobie kątem oka Autora tego tekstu.

S
Student

Panie Profesorze, naprawdę poruszajacy artykuł o Amy i Ryśku

Dodaj ogłoszenie