Bogdan Pietrzak, właściciel salonów samochodowych: W Ferrari nie ma kryzysu. Luksusowe auta to teraz dobra inwestycja

Katarzyna Pachelska
Katarzyna Pachelska

Wideo

Zobacz galerię (9 zdjęć)
Prowadzona przez Bogdana Pietrzaka rodzinna firma Grupa Pietrzak ma sieć salonów samochodowych w woj. śląskim. Wywodzi się z Katowic, gdzie jeszcze ojciec Bogdana Pietrzaka miał blacharnię i lakiernię. Pietrzakowie byli najpierw dealerami Renault, a obecnie mają w swoim portfolio takie marki jak Dacia, Peugeot, ale również Ferrari, Maserati, Alpine, a ostatnio - supersportowe auta marki Koenigsegg. O biznesie w pandemicznym roku, ale również o nowych wyzwaniach i o rodzinie, w tym dwóch synach, z którymi prowadzi firmę rozmawiamy z Bogdanem Pietrzakiem.

Rozmowa z Bogdanem Pietrzakiem, twórcą i współwłaścicielem Grupy Pietrzak, prowadzącej m.in. sieć salonów samochodowych.

Jesteśmy teraz w Bytomiu w, zakładzie, który nazywa się Nadwozia TIM. Co to jest za zakład? Skąd Grupa Pietrzak wzięła się w tym zakładzie?
Poprzedni właściciele byli jedną z wiodących ówcześnie firm, a która z nami współpracowała w dziedzinie zabudowy samochodów dostawczych. My dostarczaliśmy samochody w formie kabin z samym podwoziem – a oni wyposażali je w zabudowy, np. do przewozu lekarstw, mięsa, izotermy, czyli chłodnie oraz w skrzynie z plandeką. W pewnym momencie połowa zleceń dla tego zakładu pochodziła od nas.

Czyli byliście wiodącym klientem?
Tak, były to głównie samochody Renault. Później jeszcze dołączyły samochody Peugeot. Gdy dotychczasowi właściciele stwierdzili, że nie chcą już prowadzić firmy – odkupiliśmy ich udziały. W tej chwili Grupa Pietrzak jest stuprocentowym udziałowcem Nadwozi TIM. Teraz ten zakład małymi krokami doprowadzamy do lepszej formy, remontujemy. Planujemy remont zewnętrzny hali i jej rozbudowę ponieważ mamy coraz więcej zleceń, w tym od innych marek samochodowych. Oprócz tego w tym zakładzie będziemy produkować magazyny na wynajem. Na kilku działkach, których jesteśmy właścicielami na Śląsku, będziemy uruchamiać wynajem powierzchni magazynowych. Takie magazynki mogą służyć mieszkańcom osiedli - ludzie mają sporo sprzętu różnego rodzaju, od walizek po narty i rowery, i w takich małych magazynach mogą je przechowywać. Na Zachodzie coś takiego funkcjonuje z powodzeniem. Pierwsze takie magazynki do wynajęcia stoją już przy naszym zakładzie w Bytomiu.

A gdzie będą kolejne?
Przygotowujemy już następną taką inwestycję między Katowicami a Sosnowcem, przy samej al. Roździeńskiego i Brynicy. Robimy tam teraz infrastrukturę – sieć alejek i parkingi, portiernię, która była kiedyś budynkiem dróżnika kolejowego.

To w sumie nowa gałąź w biznesie Grupy Pietrzak. Skąd pomysł na takie magazynki?
Zauważyłem podobne miejsca podróżując po Stanach Zjednoczonych. W telewizji zresztą jest popularny program „Wojny magazynowe”, opowiadający o amerykańskich magazynach. W Polsce, jak sądzę, to też będzie się rozwijało. Osiedli bez piwnic czy bez komórek jest coraz więcej. Ludzie kupują niewielkie metraże mieszkań więc potrzebuję miejsc do przechowywania swoich rzeczy.

Wracając do firmy Nadwozia TIM. Co by się stało z tym zakładem, gdybyście go nie przejęli? Czy zostałby zamknięty?
Trudno mi powiedzieć, sytuacja nie wyglądała wtedy najlepiej finansowo. Konkurencja na tym rynku była i jest spora. Wiem, że poprzedni właściciele walczyli na tym rynku i trudno mi powiedzieć, czy finalnie by sobie poradzili, czy już nie. Padła nasza propozycja, ponieważ my wręcz się ze sobą przyjaźniliśmy. Zdecydowaliśmy się na kupno bytomskiej firmy, bo dawała ona nam ten komfort, że nie musieliśmy długo czekać, aż zewnętrzna firma zrobi zabudowy na nasze zlecenie. Teraz tworzymy je sami, szybko i sprawnie. Dzisiaj, po dłuższym czasie restrukturyzacji, wyprowadziliśmy tę firmę na prostą. Mamy mnóstwo zamówień na zabudowy. W tej chwili już jest powoli czas, żeby inwestować w nią bardziej.

Koenigsegg zajechał do Polski, konkretnie na Śląsk. W Katowi...

Czy zakład w Bytomiu miał być od początku poligonem doświadczalnym w biznesie dla pana najmłodszego syna, Piotra?
Gdy zapadła decyzja, że wchodzimy w ten interes, zaczęliśmy się rozglądać, kto mógłby go poprowadzić. Różne pomysły były, ale w końcu młodszy syn, który kończył właśnie ekonomię w Katowicach, tak jak zresztą jego starszy brat, stwierdził, że może on by się tym zajął. Przy pomocy moich doświadczonych ludzi w branży samochodowej, pod ich okiem, wchodził w ten interes. To była dla niego potężna lekcja nauki biznesu w praktyce, zupełnie inna od tej, jaką serwuje się na naszych uniwersytetach. Przez rok intensywnie wdrażał się w ten biznes. Dzisiaj można powiedzieć, że ma to już opanowane. Aktualnie kieruje tym biznesem, ale jednocześnie rozgląda się za czymś jeszcze, bo ma nowe pomysły, tak jak te magazynki.

Czyli młodszy syn jest szefem odłamu magazynowego państwa firmy?
Tak, on jest szefem tego pomysłu (śmiech) - produkcji i wypożyczania magazynów – takich kontenerków z roletą. W przyszłości jest pomysł na to, że jeżeli będziemy mieli obłożenie już na własnych terenach, to będzie można to zewnętrznie sprzedawać klientom. To jest tak pomysłowo zrobione, że taki kontenerek może być spakowany w paczkę i wysłany. Złożenie go zajmuje może dwie godziny. Mamy już pierwszych zainteresowanych kupnem naszych magazynków.

Ile lat ma pana młodszy syn?
W tym roku 25. Jak tutaj zaczynał u mnie w firmie, miał 22 lata. Starszy syn, Jakub, ma 34 lata.

To rzeczywiście rzucił go pan na głęboką wodę. Pamięta pan, jak sam miał 22 lata? Zajmował się pan wtedy już biznesem?
Gdy miałem 19 lat, zacząłem już współpracować z ojcem. On miał bardzo znany w Katowicach warsztat blacharsko-lakierniczy na ulicy Dobrego Urobku na Załęskiej Hałdzie. Zaczynałem u ojca jako uczeń, najpierw w blacharni, później w lakierni, kończąc na papierach mistrzowskich w obu w tych działach. Po pewnym czasie zacząłem się rozglądać za tym, żeby poszerzyć naszą działalność o handel. Mając 28 lat stałem się najmłodszym koncesjonerem sieci Renault w Polsce. Połączyliśmy salon i serwis samochodowy wraz z blacharnią i lakiernią. W ten sposób chyba jako jedni z pierwszych w Polsce mieliśmy stuprocentowy kompleks samochodowy. Wtedy nieliczne firmy w kraju mogły się czymś takim poszczycić.

Nie przeocz

Myśli pan, że pana synom jest łatwiej teraz w biznesie?
Trudno powiedzieć. Moi synowie pewnie powiedzą, że tuż po czasach komuny było łatwiej, ale oni nie widzieli jak wszystko działało i się budowało. No więc ja twierdzę, że to, co wtedy się działo jest nie do opisania. Było trudno, aczkolwiek jak się już człowiek rzeczywiście zawziął mocno i zainwestował w działania całą swoją energię to było w miarę łatwo, bo konkurencja nie była taka duża. Każde czasy cechują się czymś innym. Teraz też nie jest łatwo wystartować. Z drugiej strony moi synowie na pewno mają łatwiej niż ja, bo mogą zacząć z zupełnie innego pułapu. Jak startowałem, to był start na pograniczu życia i plajty. Jakby coś się tylko delikatnie nie powiodło, to byłby mój biznesowy koniec. Nawet mój ojciec, który miał przecież blacharnię i lakiernię, przy tej skali, w jakiej my rozwijaliśmy sprzedaż samochodów, nie byłby w stanie mi pomóc. Pamiętam, że pierwszy rok to było mnóstwo nieprzespanych nocy z powodu lęków i stresu. Dzisiaj są takie czasy, że konkurencja jest o wiele większa. Kapitały, które w tej chwili w Polsce są w obrocie powodują, że jak już ma się ciekawy pomysł, to nie można tracić czasu tylko trzeba go natychmiast wdrażać, jeżeli się chce być jednym z pierwszych w danej dziedzinie.

To było naturalne, że pana synowie będą się rozwijać właśnie w państwa rodzinnej firmie?
To było w ogóle nienaturalne. Wychodzę z założenia, że dzieci nie powinno się zmuszać, żeby były kim chcą rodzice. Nigdy nie naciskałem na synów. Dałem im wolną rękę i wybór. Starszy syn Jakub jeszcze podczas studiów chciał uruchomić z kolegami działalność związaną z billboardami elektronicznymi, które te ponad 10 lat temu mocno się zaczynały rozwijać. Widział szansę, żeby na ogólnokrajową skalę się w tym rozwinąć. Jednak wtedy pojawił się element już naprawdę szybkiej, dużo większej konkurencji, z którą ciężko było walczyć. W odpowiednim czasie, chyba po 1,5 roku, Jakub zgłosił się do mnie, czy mam dla niego jakieś propozycje odnośnie motoryzacji. To był czas, gdy marka Peugeot w Katowicach przeżywała trudne chwile. Jej dealer chciał kończyć swoją działalność, a Peugeotowi zależało, by ją kontynuować. Zgodziliśmy się na przejęcie tego interesu. Mój starszy syn, który wówczas miał 23, może 24 lata, zdecydował się zaryzykować. Rok czy dwa trwało wyprowadzanie tej firmy na prostą. Później zapadła decyzja, że skoro już jest w miarę dobrze, to inwestujemy w nowy obiekt. To była podobna sytuacja do tej obecnej z zakładem Nadwozia TIM w Bytomiu.

Zobacz koniecznie

Czyli już kolejny raz ratujecie inną firmę.
Wyrywanie takich firm z kłopotów to bardzo niewdzięczna rola. Tych wszystkich ludzi, którzy do tej pory pracowali, trzeba jakby uczyć wszystkiego od nowa – między innymi zupełnie innego systemu pracy, który pozwoli firmie zarabiać. Po wyprowadzeniu na prostą salonu Peugeot pojawiła się możliwość aby prowadzić dealerstwo Ferrari w Katowicach.

No ale z Peugeota do Ferrari to jednak duży skok...
Śmiem twierdzić, że procesy biznesowe w motoryzacji są bardzo podobne niezależnie od marki. Jakub zdecydował się podjąć wyzwanie Ferrari. Zresztą bardzo się spodobał w Ferrari ze swoim zapałem młodzieńca i innym tokiem myślenia. Władze Ferrari wówczas nawet same stwierdziły, że wśród 200 dealerów na całym świecie ogromna większość to są reprezentanci starego pokolenia, z którymi ciężko jest wdrażać nowe pomysły. Już w trzecim roku działalności nasz obiekt pod wodzą Jakuba był nominowany do trójki najlepszych obiektów Ferrari na świecie. To ogromny sukces. Jakub pokazał Ferrari, że można bardzo szybko bardzo dużo osiągnąć. Dzisiaj nasz odłam Ferrari to jest firma nowoczesna, z bardzo innowacyjnymi dwoma obiektami, w Warszawie i Katowicach. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Teraz poszerzamy działalność o firmę Koenigsegg. Bardzo niszowa marka, bardzo ekskluzywna, aczkolwiek każdy rynek jest w stanie takie nisze przyjąć na odpowiedniej wielkości sprzedaży i myślę, że my już taką niszę mamy i chyba ją wykorzystamy. Pierwsze kontakty z klientami i zamówienia wskazują na to, że to będzie bardzo dobra linia działalności w przyszłości.

Macie jeszcze przecież takie marki jak Maserati i Alpine…
Tak, poszerzyliśmy działalność o Maserati i Alpine, która jest siostrzaną marką Renault, z bardziej sportowym zacięciem. Dzięki temu mamy w portfolio rożne modele samochodów, tak aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W ten sposób oferujemy takie marki, jak: Dacia, Renault, Peugeot, a także bardziej unikatowe i luksusowe, jak: Alpine, Maserati, Ferrari czy
Koenigsegg. Mamy w tej chwili szeroki katalog samochodów o zróżnicowanym zakresie cenowym. To dobra dywersyfikacja rynku. Przedsiębiorcy, którzy na co dzień potrzebują komfortowego i reprezentacyjnego samochodu z chęcią sięgają po modele z sektora marek luksusowych, czyli Maserati / Ferrari. Z kolei w razie zapotrzebowania na samochody flotowe wspomniane marki – Dacia, Renault czy Peugeot oferują szereg atrakcyjnych ofert, po które z chęcią sięgają nasi klienci biznesowi.

Jaki był pandemiczny 2020 rok dla państwa firmy?
Pewnie tak jak dla wszystkich - to nie był wesoły rok. Na początku, jak był totalny lockdown, zastanawialiśmy się, co z nami będzie. Wyglądało to naprawdę bardzo źle. Obroty spadły w pierwszych miesiącach o około 90 proc. To był dla nas najgorszy scenariusz z możliwych, ale wprowadziliśmy szereg zmian związanych z organizacją pracy, bezpieczeństwem, procesem sprzedaży oraz systemem działania serwisów. Wprowadzone zmiany i działania, pozwoliły nam ograniczyć spadek sprzedaży, który wynosił mniej, bo około 20 proc. w stosunku do sumarycznego ogólnopolskiego, który wynosił około 25-26 proc. Dzięki wprowadzonym zmianom oraz elastyczności, która pozwoliłam nam się dostosować do nagłych zmian, w działach, które są kluczowe dla branży motoryzacyjnej, czyli na serwisie i dziale części w ogóle nie odczuliśmy kryzysu. Nasze filie w kilku miastach, czyli Świętochłowicach, Jaworznie, Rybniku i Katowicach bardzo dobrze sobie poradziły z tym kryzysem. Nasza załoga się dostosowała do tych ciężkich czasów, dzięki czemu wyszliśmy z tego obronną ręką, nie korzystając w ogóle z tarczy antykryzysowej rządu.

Skąd decyzja o nieskorzystaniu z tarczy antykryzysowej? Nie przysługiwała państwu?
Byliśmy zakwalifikowani do dużych przedsiębiorstw - firm powyżej 250 pracowników. Wnioskowaliśmy o pomoc, ale dostaliśmy odmowę. Nie mogliśmy dłużej czekać, więc po prostu postanowiliśmy działać i wprowadzić szereg wspomnianych zmian.

Ile obecnie zatrudniacie ludzi?
W tej chwili w całej grupie razem to około 350 osób. Niestety tarcza jest tak skonstruowana, że bierze pod uwagę wszystkie firmy, w których dane przedsiębiorstwo ma udziały. Dużo jest absurdów w tarczy. Niektórzy z moich przyjaciół, którzy również są przedsiębiorcami, ale zatrudnienie w ich firmach wynosi poniżej 250 osób od razu otrzymali kwoty zapomogi rzędu nawet pół miliona zł.

Czy w związku z tym musieli państwo kogoś zwolnić?
Podczas pierwszej fali pandemii mieliśmy jeszcze taką część pracowników, która była zatrudniona na okres próbny. Niestety tych umów w tamtym czasie, nie mogliśmy przedłużyć. To dotyczyło około 17 lub 18 osób.

Czy rynek samochodów luksusowych, takich jak Ferrari, odczuł kryzys związany z pandemią koronawirusa?
Można powiedzieć, że praktycznie nie było to odczuwalne. Luksusowe marki rządzą się innymi prawami, a ta sytuacja pokazała wręcz książkowy przykład, że w dobie kryzysu rynek dóbr luksusowych zawsze jest najmniej dotkniętych stratami.

Salon Ferrari Katowice: Kup sobie kultowe auto za 1,2 miliona złotych

Czyli ludzie, którzy mieli pieniądze, nadal je mają i kupują te samochody? Kim w takim razie jest państwa docelowy klient? Czy to rzeczywiście tylko przedsiębiorca?
Sektor klientów marek premium oraz luksusowych w Polsce rozwija się w zaskakującym tempie. W tej chwili to bardzo wysoki szczebel biznesowy. To głównie właściciele przedsiębiorstw produkcyjnych, po deweloperów, czy tych, którzy specjalizują się w branży finansowej. Ogólnie mówiąc, to cały wachlarz przedsiębiorców głównie z sektora średnich i dużych firm. Przypadkowych klientów na tej półce nie ma. Czasy szarej strefy w Polsce dawno się skończyły.

W pierwszych miesiącach pandemii w Polsce rozmawiałam z pana synem, Jakubem, i on postawił taką teorię, że najlepiej w kryzysie poradzi sobie Dacia, czyli auta ekonomiczne, oraz segment aut luksusowych. Czy miał rację?
Dacia rzeczywiście wyszła obronną ręką z tego kryzysu. To niskobudżetowy samochód, ale niezawodny. Dacia bije rekordy sprzedaży z roku na rok. Ten segment samochodów nie mając dużej konkurencji na rynku, nadal będzie się rozwijał.

Ruch w salonach jest znikomy. Dacia wyjdzie najlepiej z tej ...

Rozumiem, że samochody średniej półki, czyli Renault czy Peugeot, najbardziej ucierpiały w 2020 r. ?
Tak, ale spadek został zanotowany nie tylko w naszych salonach, ale i ogólnie. W tym przedziale jest najwięcej kupowanych samochodów flotowych, dla firm. Niestety przedsiębiorstwa zacisnęły pasa i odroczyły zakupy. Zanotowaliśmy około 20-procentowy spadek sprzedaży za ubiegły rok, na szczęście nie jest to coś, z czego nie moglibyśmy się podnieść. Spodziewaliśmy się dużo większego spadku, jednak druga połowa roku znacznie nadrobiła, dzięki zmianie podejścia konsumentów do obecnej sytuacji, z którą zdążyli się oswoić.

Czy sprzedaż samochodów on-line w tym czasie znacząco wzrosła?
Zauważyliśmy wzrost sprzedaży poprzez kanały online, ale trzeba przyznać, że w naszym kraju nadal to nie jest jakiś znaczący filar sprzedaży. Nasze marki są do nich dostosowane, ale nadal w ten sposób sprzedajemy jeszcze niewiele samochodów.

Czy pandemia zahamowała rozwój firmy? Czy mieli państwo jakieś plany, np. inwestycyjne, na 2020 czy 2021 r., których nie udało się zrealizować?
Nie. Co jakiś czas, co prawda zwracają się do nas różne koncerny z nowymi pomysłami, bo mamy wyrobioną markę na rynku krajowym. Takie propozycje mamy na dzisiaj, zobaczymy, co się wydarzy w najbliższym czasie.

Czyli jest szansa, że w najbliższym czasie otworzą lub stworzą Państwo kolejną markę?
Jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.

Wracając do Koenigsegga. W sumie to jeszcze nie było oficjalnego otwarcia salonu, ale odbyła się premiera flagowych modeli. Kiedy w takim razie odbędzie się oficjalne otwarcie showroomu Koenigsegg w Katowicach?
Jesteśmy w trakcie organizacji wydzielonej powierzchni dla marki Koenigsegg w naszym salonie przy ul. Bocheńskiego. Jednak samochodów na ekspozycji jeszcze nie będzie, bo proces zamawiania tych aut jest dość długi. Trzeba na nie czekać co najmniej 1,5 roku. Pierwszy samochód będziemy mieli, w najlepszym wypadku, pod koniec 2021 roku albo na początku 2022. Tak jak w przypadku premiery modeli Koenigsegg, jesteśmy pewni, że otwarcie naszego showroomu wywoła niemałe emocje.

To rzeczywiście supersportowy samochód. Czy pan osobiście jeździłby takim autem po polskich drogach?
Szczerze mówiąc, złożyłem już zamówienie na koenigseega dla siebie. Samochody niszowych marek, nie tylko Koenigsegg, ale też kolekcjonerskie modele Ferrari, kosztują rzeczywiście bardzo dużo, ale są produkowane w bardzo niewielkich liczbach i seriach. Dlatego często to dobra inwestycja, która w obecnych czasach coraz częściej jest dobrą alternatywą lokowania pieniędzy niż np. inwestycje deweloperskie czy akcje na giełdzie.

Czyli taki samochód można traktować jako lokatę kapitału?
Spora część naszych klientów traktuje samochody niszowych marek luksusowych jako inwestycję, zwłaszcza teraz gdy lokaty na kontach mają praktycznie zerowe oprocentowanie. Łączą przyjemne z pożytecznym. Mogą uzupełnić swoją kolekcję o wyjątkowy samochód, a przy okazji czerpać korzyści finansowe z jego rosnącej wartości rezydualnej. To naprawdę satysfakcjonujące. Ja sam złożyłem zamówienie na jeden z modeli marki Koenigsegg. Stwierdziłem, że potraktuję to jako lokatę kapitału, a przy okazji działanie wizerunkowe na rzecz naszego salonu.

Salon Ferrari w Katowicach ma restaurację La Squadra Ristora...

Przejażdżka koenigseggiem po katowickich drogach musi być ciekawym przeżyciem…
Absolutnie nie stanowi to żadnego wyzwania, tej generacji samochody mają zawieszenie, które operuje w różnych trybach, np. sportowym czy miejskim.

Macie państwo klientów, którzy kolekcjonują auta Ferrari?
Owszem, kilkoro z naszych klientów to prawdziwi kolekcjonerzy, którzy uwielbiają egzotyczne samochody, ale też bardzo często uzupełniają swoje garaże o samochody klasyczne. Od kilku lat salon Ferrari Katowice może poszczycić się certyfikacją Ferrari Classiche jako jedyny obiekt w Polsce. Dzięki temu wszystkie renowacje przeprowadzane w naszym warsztacie są certyfikowane, dając właścicielom oldtimerów gwarancję autentyczności użytych części, a także wpływają na realny wzrost wartości takiego klasyka. Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych klientów obiekt w Katowicach dysponuje ogromnym garażem podziemnym, w którym oferujemy usługę garażowania. Właściciele kilku samochodów mogą bez problemu przechowywać swoje maszyny, a my kompleksowo zajmiemy się ich utrzymaniem. Takie samochody wymagają stałej opieki, np. obsługi energetycznej, odpalania silników, przestawiania żeby opony się nie odkształciły, stojąc w jednym miejscu.

Więc nie można zostawić swojego Ferrari na pół roku w garażu?
Te samochody nie powinny stać w jednym miejscu tak długo. Generalnie żadne auto nie wytrzyma postoju w jednym miejscu przez pół roku. Usługa hotelu dla samochodów ma też ciekawą funkcję, bo klient może do nas przyjechać autem, którym jeździ na co dzień, wstawić je w miejsce przechowywanego u nas innego samochodu ze swojej kolekcji, pojeździć nim przez weekend, a potem zrobić podmianę. Nasz samochodowy hotel cieszy się dużym powodzeniem. Czasami klienci mają tak dużo aut, że mieszkając np. w centrum miasta albo w apartamentowcu, nie mają gdzie ich przechowywać.

Ile kosztuje miejsce w takim hotelu?
900 zł netto miesięcznie.

To niedużo.
Tak, zwłaszcza że bierzemy odpowiedzialność za te samochody. Są ubezpieczone. Najdroższy samochód jaki u nas obecnie stoi jest wart 1,8 mln euro.

Czy obsługujecie w Katowicach też klientów spoza Polski?
Tak. Przyjeżdżają do nas klienci z Czech czy ze Słowacji. Niektórym bardziej opłaca się przyjechać do nas niż np. do Pragi.

W Warszawie macie państwo większy salon Ferrari niż Katowicach?
Nie, mimo że sama powierzchnia salonowa jest trochę większa. Obiekt w Warszawie ma 3,5 tys. m2 wraz parkingiem podziemnym. Jeżeli chodzi o wolumen sprzedaży to salon w Katowicach niczym nie ustępuje warszawskiemu obiektowi. Podobna sytuacja charakteryzuje również rynek samochodów klasy średniej, jak np. Renault.

Jaka jest teraz pana rola w Grupie Pietrzak?
Jestem udziałowcem w całej naszej grupie kapitałowej. Młodszemu pokoleniu oddałem fotel prezesa. Obiekty Grupy Pietrzak należą do spółki jawnej, którą tworzę z moją żoną. Wynajmujemy obiekty wszystkim operacyjnym spółkom. Jest to bardziej korzystne z punktu widzenia inwestora.

Więc w Grupie Pietrzak jest pan nadal szefem.
Można powiedzieć, że w wielu tematach – tak.

Nie wybiera się pan na emeryturę?
Nie widzę takiej możliwości (śmiech). Każdego dnia o godzinie 8.00 jestem w pracy i to jest takie przyzwyczajenie, że nawet jakbym nic nie miał do roboty, to o tej godzinie stawiam się w firmie. Chociażby po to, żeby zrobić sobie poranną prasówkę, w której nie może zabraknąć też „Dziennika Zachodniego”.

Byłoby już pana stać na niepracowanie? Przebywanie np. pół roku na Bahamach...
Tak, ale nie wiem, co bym tam miał robić. Lubię jeździć po świecie, ale wyskakuję na krótkie okresy, najlepiej nie dłuższe niż 10-dni. Zaraz po tym już zaczynam myśleć, co by tu można zrobić. Lubię wiedzieć, co się dzieje. Nasz kraj bardzo mi odpowiada w wielu dziedzinach, pomimo tego, że wiele osób myśli inaczej.

Ma Pan komu przekazać firmę. Czy to duża ulga dla przedsiębiorcy, że firma którą buduje od lat zostanie przekazana w dobre ręce?
Zdecydowanie tak. Wielu moich kolegów - tak jak ja dealerów samochodowych, którzy nie mają sukcesorów muszą prędzej czy później szukać inwestora, któremu mogliby w przyszłości sprzedać swój biznes. Wciąż niestabilna sytuacja gospodarcza powoduje, że ciężko znaleźć odpowiedniego partnera biznesowego. Współpraca z koncernami samochodowymi wymaga ciągłego uczenia się. Z mojego punktu widzenia jest to szansa, gdyż lubię wyzwania, zgodnie z zasadą: „Stanie w miejscu to cofanie się”. Świadomość, że moi synowie się angażują w działalność firmy, którą budowałem przez całe swoje życie daje mi komfort, że robię coś, co zostanie dla nich.

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
11 marca, 5:58, andy:

O rany, ale męczący ten wywiad. Nie można krócej ale za to ciekawiej pani dziennikarko? Bardzo słaby merytorycznie i wiele tematów jo niczym. A pytanie czy pana stać na niepracowanie i pół roku na Bahamach nadaje się najwyżej do gazetki szkolnej.

Nie płacą to i zatrudniaja w gazecie uczniaków i mamy efekty.

Ja już gazety DZ dawno nie kupuję i po tekstach w necie widzę że nie warto.

a
andy

O rany, ale męczący ten wywiad. Nie można krócej ale za to ciekawiej pani dziennikarko? Bardzo słaby merytorycznie i wiele tematów jo niczym. A pytanie czy pana stać na niepracowanie i pół roku na Bahamach nadaje się najwyżej do gazetki szkolnej.

G
Gość

Artykuł troche mijający się z prawdą w zasadzie Pan który odpowiada na pytania jest mało wiarygodny. Mówi że nie skorzystał z tarczy a to nie prawda skorzystał do tego ludzie dostali umowy o pracę na pół czy 3/4 etatu pracują dalej tak samo jak do tej pory . Nic się nie zmieniło w sumie się zmieniło kasy dostali mniej a pracę wykonywali tak jak do tej pory. Trochę słabo się to czyta wiedząc dokładnie co dzieje się w firmie .

Żenada

Dodaj ogłoszenie