Ceny nad Bałtykiem wzrosły. Ale nie wszyscy je podnieśli. Ile trzeba zapłacić za obiad i nocleg?

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
Ceny w nadmorskich resturacjach wzrosły. Ale nie wszyscy je podnieśli
Ceny w nadmorskich resturacjach wzrosły. Ale nie wszyscy je podnieśli Przemyslaw Swiderski
Udostępnij:
Ceny w nadmorskich restauracjach wzrosły średnio o 15-20 proc. Za noclegi też zapłacimy więcej. Przedsiębiorcy tłumaczą podwyżki wyższymi kosztami prowadzenia biznesu – więcej kosztują m.in. warzywa i owoce. Twierdzą, że publikowane w sieci „paragony grozy” są krzywdzące. Jedna z gmin prowadzi nawet akcję Odkłamujemy Bałtyk, która jest – jak informuje - sprzeciwem wobec nagonki na nadmorskich restauratorów. Tymczasem nie w każdym lokalu trzeba płacić więcej. Niektórzy właściciele restauracji nie podnieśli cen.

Ceny nad Bałtykiem rosną. Ale czy wszędzie?

Polacy po okresie lockdownu są spragnieni odpoczynku. Z badania ARC Rynek i Opinia wynika, że 47 proc. zapytanych osób planuje wakacje wyłącznie w kraju. Ma na to wpływ niepewna sytuacja epidemiczna w zagranicznych kurortach, ale też zmieniające się przepisy dotyczące testów na koronawirusa. Są one wymagane od turystów w niektórych krajach. Część osób stawiająca na wypoczynek w kraju, przyjedzie nad Bałtyk. Pewne jest jedno, turyści muszą zabrać ze sobą grubsze portfele niż w ubiegłym roku, bo jest drożej.

W mediach społecznościowych od lat pojawiają się tzw. paragony grozy. Niezadowoleni z ceny klienci restauracji publikują zdjęcia rachunków w internecie. Najświeższe paragony grozy, jak mówią przedstawiciele branży restauracyjnej, są w tym roku opatrzone wyjątkowo zjadliwymi komentarzami. Oto jeden z nich:

„Drożyzna nad Bałtykiem w tym roku sięga zenitu. W knajpce w Brzeźnie za porcję dorsza trzeba zapłacić 12 zł. Pamiętam, że rok temu płaciłem 10 zł. Kupiłem cztery porcje, każda z frytkami i surówką, do tego jedno duże piwo i wyszło mi 106 zł. Za co te 106 złotych? Ja się pytam - za co? Za co??? Za tą skórę, za te ości? Rok temu w tym samym miejscu zapłaciłem tylko 87 zł, co prawda nie kupowałem wtedy piwa. Tegoroczny rachunek to skandal” - napisał rozemocjonowany turysta.

„Piekielne podwyżki. Kupiłem dwa obiady z napojami i zapłaciłem 180 zł. Tak oto po lockdownie łupią turystów nadbałtyckie restauracje. Jak zobaczyłem ten rachunek, to aż mi ciśnienie skoczyło, musiałem szybko wziąć pigułkę na serce” - napisał klient restauracji w opiniach pod jednym z artykułów.

„Polskie morze, a ceny niemieckie. Czas zrobić z tymi złodziejami porządek” - czytamy inny wpis.

Wybraliśmy się do Jarosławca i sprawdziliśmy, jak wyglądają tam przygotowania do sezonu letniego.- Przygotowania są takie, jak co roku - mówi Janusz Bojkowski, wójt gminy Postomino. - Wykonujemy drobne remonty i naprawy. Szykujemy się do sezonowego otwarcia Punktu Informacji Turystycznej w Jarosławcu, zatrudniamy ratowników. Wyznaczamy kąpieliska.I już widać turystów, którzy przyjeżdżają i spacerują korzystając z tego, że nadmorska miejscowość nie jest zatłoczona.Ile muszą zapłacić za smakołyki?

Ceny smakołyków w Jarosławcu, zwanym polskim Dubajem. Nad mo...

Machina straszenia cenami?

Czytając takie komentarze, restauratorzy łapią się za głowy. Twierdzą, że paragony grozy kłamią. Według nich, tak jadowite opinie klientów są niesprawiedliwe i krzywdzące.

Oburzeni są też w Mielnie. Tamtejszy samorząd wypowiedział wojnę paragoniarzom i mediom, które straszą turystów cenami. Przedstawiciele gminy nie mają wątpliwości, że nieprawdziwe lub zmanipulowane informacje o cenach mają zniechęcić do przyjazdu nad Bałtyk. Gmina prowadzi nawet akcję Odkłamujemy Bałtyk 2021.

„Ruszyła medialna machina straszenia Polaków wybrzeżem: znów dowiadujemy się, że nad morzem jest potwornie drogo. Sprzeciwimy się nagonce na polskie wybrzeże. Komuś widać mocno zależy na tym, żebyście Wy, turyści, do nas nie przyjeżdżali, ale tak łatwo się nie poddamy” - czytamy na facebookowym profilu Mielna.

Gmina opublikowała filmik, w którym przedstawia najnowsze doniesienia medialne na temat cen. Z jednego materiału dowiadujemy się, że nad Bałtykiem jest drożej niż w Grecji albo Hiszpanii, z innego, że tylko milionerów stać na urlop nad polskim morzem.

No to jak jest z tymi cenami? Sprawdzamy menu w sześciu dowolnie wybranych trójmiejskich restauracjach usytuowanych nad morzem. Za obiad składający się z flądry (mówimy tu o 100 gramach ryby), surówki i frytek trzeba zapłacić od 17 zł. To samo danie z dorszem kosztuje od 18 zł do 29 zł, a z pstrągiem – 22 - 26 zł. Natomiast zapiekane polędwiczki z dorsza kosztują 32 - 35 zł, halibut z pieca 33 zł, tyle samo kosztuje grillowany łosoś. Cena, co oczywiste, jest wyższa, jeśli otrzymamy większy kawałek ryby.

W jednej z kart jest informacja, że kelner podaje klientowi wagę ryby, przed jej przygotowaniem przez kucharza. Co ze słodkościami? Za gofra bez dodatków zapłacimy 6 - 7 zł. Jeśli zaś skusimy się na najdroższą wersję, czyli z nutellą, bitą śmietaną i bananem, to wydamy 16 - 18 zł. Wydaje się, że największe rozbieżności cenowe dotyczą lodów. Średnio za podstawową porcję zapłacimy 4 – 8 zł. Jeśli kupimy deser lodowy z czekoladą i owocami, musimy się liczyć z wydatkiem rzędu 18 - 20 zł.

Ceny nad morzem 2021. Ile za rybę, hamburgera, gofra, lody w barach i budkach. Sprawdź ceny na kolejnych slajdach! >>>

Ceny nad morzem 2021. Ile za rybę, hamburgera, gofra, lody w...

Nie doimy, liczymy

W jednej z restauracji w okolicach Jelitkowa ceny wzrosły średnio o 15 - 20 proc. Właściciel nie kryje, że chce jak najlepiej wykorzystać sezon, gastronomia była przecież jedną z najdłużej zamkniętych branż i straty odnotował niemal każdy restaurator. Podwyżki, jak słyszymy, nie są jednak podyktowane chęcią załatania ubytków w budżetach. Ale przede wszystkim tym, że wzrosły koszty prowadzenia biznesu.

- Ceny w większości restauracji wzrosły, ale my nie podnosimy cen, bo tak nam się podoba, bo chcemy wydoić klientów, żeby szybko odbić sobie czas lockdownu. Jest drożej, bo podrożały właściwie wszystkie produkty. Więcej płacę dostawcom za warzywa i owoce. Na przykład kilogram papryki kupowałem w zeszłym roku za kilka złotych, w tym roku płacę 17 - 18 zł. Są też wyższe rachunki za zużycie prądu. Do tego wzrósł podatek VAT na owoce morza i wszystkie potrawy z nimi są droższe. Wyższe ceny w mojej restauracji to czysta matematyka, a nie złodziejski proceder. Mam żal do ludzi, którzy zarzucają nam podwyżki. Ci ludzie przecież widzą w sklepach, że wszystko podrożało. Poza tym drożej jest nie tylko nad morzem, ale też w górach czy na Mazurach – mówi Piotr Głowacki, współwłaściciel restauracji w Jelitkowie. Prosił, aby nie podawać nazwy lokalu, bo boi się - jak stwierdził - paragoniarzy i hejterów.

W Barze Hawajskim, zlokalizowanym również w Jelitkowie, też wzrosły ceny. O czym z otwartą przyłbicą mówi jego właścicielka.

- W naszym lokalu o złotówkę więcej trzeba zapłacić za 100 gram ryby. Dania obiadowe podrożały u nas o 2 złote. To nie są duże podwyżki, ale musieliśmy je wprowadzić, bo w górę poszły ceny produktów, z których przygotowujemy potrawy. Droższe są też nawet opakowania – mówi Małgorzata Paszt z Baru Hawajskiego.

To samo słyszymy w nadmorskiej restauracji Chilly Willy: - Nikt nie chce podwyżek cen, ale one są konieczne. Wzrosły koszty prowadzenia restauracji, wzrost cen serwowanych dań jest więc czymś logicznym, naturalnym – mówi nam prowadzący lokal.

Znikający kucharze

Trudno nie zgodzić się z restauratorami. Według GUS, w maju ceny towarów i usług wzrosły o 4,7 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku. W tym roku wszedł w życie podatek cukrowy, który wywindował przede wszystkim ceny napojów. Ta opłata co prawda spoczywa na importerach i producentach, ale w rzeczywistości płacą ją klienci. Właściciele muszą też mierzyć się z wyższymi rachunkami za prąd, wodę oraz wywóz śmieci.

Bałtyk w oparach absurdu! Urlop nad polskim morzem na wesoło...

- Koszty prowadzenia biznesu w gastronomii wzrosły. Ale musimy też pamiętać o tym, że popyt zawsze winduje ceny. Takie są prawa rynkowe. Nad Bałtyk nadciągają turyści, którzy i tak kupią smażoną rybę nawet, jeśli będzie ona nieco droższa niż w ubiegłym roku. Trudno, żeby przedsiębiorca tego nie wykorzystał, przecież dlatego właśnie prowadzi biznes. Z drugiej strony, nie może dziwić to, że klienci ostro krytykują podwyżki. Ceny zawsze są przejawem pewnej umowy między tymi, którzy płacą i tymi, którzy żądają zapłaty, a więc muszą być w granicach rozsądku. Jeśli jednak między restauratorami będzie dochodziło do zmowy i będą oni dyktować znacznie zawożone ceny, które nie będą miały odzwierciedlenia w sytuacji ekonomicznej, należy zainteresować Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wtedy rzeczywiście możemy mówić o praktyce patologicznej, nieuczciwej – mówi ekonomista Tomasz Wojciechowski.

Na wyższe ceny smażonej ryby kolosalny wpływ ma coś jeszcze - kadrowe problemy restauratorów. Gdy rząd zamroził branżę, wielu z nich było zmuszonych zwolnić część personelu. Właściciele restauracji sprzedający w czasie lockdownu posiłki na wynos, chcąc obniżyć koszty, pozbywali się głównie kelnerów i pomocników kuchennych. Z danych Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej wynika, że w ubiegłym roku pracę straciło 200 tys. pracowników gastronomii. Byli i tacy restauratorzy, którzy nie zwalniali, ale zaczęli płacić podwładnym wynagrodzenie postojowe, a więc niższe od normalnego. Niektórzy pracownicy odeszli z gastronomii i znaleźli zatrudnienie w innych branżach. Tłumaczyli, że nie mogą pozwolić sobie na niższą pensję, bo spłacają kredyty. Przebranżowili się nie tylko kelnerzy, ale też dyplomowani szefowie kuchni, którzy są trzonem każdej restauracji. Dla nich branża gastronomiczna stała się w czasie pandemii niepewna. Kolejna fala epidemii przecież nie jest wykluczona, a co za tym idzie, powtórne zamknięcie restauracji. Dziury kadrowe są więc skutkiem obaw pracowników. Restauratorzy, mimo że sezon ruszył, ciągle gorączkowo szukają rąk do pracy. A osoby, które są zainteresowane pracą, znając obecne realia, dyktują warunki płacowe. Bo mogą.

- Rok temu mieliśmy 10 kucharzy, teraz mamy 6. W każdym dziale restauracji mam braki kadrowe. W sezonie powinienem mieć w sumie 20 pracowników, nie mam tylu i cały czas szukam ludzi. Restauratorzy liczą na studentów, ale powiedzmy sobie szczerze, możemy ich przyjąć jako pomoc, na salę i do kuchni muszę mieć osoby wykwalifikowane. A ci chcą więcej pieniędzy niż kiedyś. Kelner przed pandemią żądał 16 zł za godzinę, teraz chce 20 zł. Kucharz ma jeszcze wyższe oczekiwania. Poza tym, nie ma już mowy o umowach zlecenia, pracownicy chcą umów o pracę. Wyższe koszty zatrudnienia oczywiście wpływają również na ceny sprzedawanych potraw – twierdzi Piotr Głowacki.

My cen nie podwyższamy

Nie wszyscy restauratorzy wprowadzili podwyżki cen. Niektórzy w obawie przed stratą klienteli postanowili pozostać przy cenach sprzed pandemii.

- Pozostawiłam ceny na dotychczasowym poziomie, choć wzrost cen produktów jest ewidentny. Stwierdziłam, że mam takich klientów, że nie mogę wprowadzać podwyżek, zależy mi na tym, by przychodzili do lokalu. Oprócz tego, że prowadzę własny interes, pracuję też w jednej ze znanych restauracji w Sopocie i jej właściciel również nie podniósł cen. Natomiast rzeczywiście większość restauratorów zmieniła ceny na wyższe i ja ich rozumiem. Za niektóre surowce wykorzystywane do przyrządzenia potraw trzeba zapłacić nawet o 20 proc. więcej. Trzeba też wspomnieć, że restauratorzy ponoszą dodatkowe koszty związane z Covidem, muszą kupować np. płyny dezynfekcyjne, rękawiczki. Cała paczka rękawiczek w zeszłym roku kosztowała 20 zł, w tym – 70 zł. Nikt nam tego nie daje za darmo. Ale uczciwie muszę też powiedzieć, że są i tacy restauratorzy, którzy skorygowali ceny wyłącznie z myślą o dużym zarobku - mówi Evelina Visnievska, pomorska przedstawicielka Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, prowadzi też gdyńską restaurację #Wstoczni.

Piotr Dzik, prezes Polskiej Izby Gospodarcza Restauratorów i Hotelarzy i znany gdański restaurator również nie podniósł cen w swoim lokalu.

- Na pewno wszystkich restauratorów nie należy mierzyć jedną miarą. Inne są realia prowadzenia biznesu w centrum miasta, a inne na plaży. Znam wielu przedsiębiorców, którzy pozostali przy starych cenach, ja też tak zrobiłem. Natomiast muszę potwierdzić, że ogromnym problemem w naszej branży jest teraz brak pracowników. Nawet w hurtowni elektrycznej spotkałem ludzi, którzy się przebranżowili. Odeszli z restauracji, bo pandemia zburzyła stabilność zatrudnienia w gastronomii. Na szczęście mi udało się utrzymać całą załogę – mówi Piotr Dzik.

Kwatery jak bułeczki

Na wakacjach nie samym jedzeniem człowiek żyje. Musi jeszcze gdzieś spać. Szukając noclegu nad morzem również musimy liczyć się z tym, że w tym roku głębiej sięgniemy do portfela. Sprawdzamy ofertę w nadmorskich kwaterach prywatnych.

Zakładamy, że chcemy wynająć dwuosobowy pokój z dostępem do łazienki na dwa tygodnie. W okolicach Ustki i Łeby zapłacimy za taką kwaterę od około 1200 zł (jeśli mamy dwoje dzieci zapłacimy o około 100 zł więcej). W Sopocie trzeba wydać od 2,2 tys. zł (od 2,6 tys. zł, jeśli wypoczywamy z dziećmi). We Władysławowie zapłacimy od 1,4 tys. zł, a na Półwyspie Helskim – od 2 tys. zł (te przykładowe propozycje dostępne były 23 czerwca). Z analiz portalu Nocowanie.pl wynika, że ceny wzrosły o ok. 10 proc. Poza tym, te najtańsze kwatery już rozeszły się jak ciepłe bułeczki.

- Z naszych obserwacji wynika, że ceny delikatnie wzrosły, choć oczywiście są też obiekty, w których nie podniesiono cen. Średnia cena jednego noclegu dla jednej osoby to 50-60 zł. Najtaniej będzie w kwaterach prywatnych, potem w domkach, ale one wyprzedały się w pierwszej kolejności. Jeśli mówimy o noclegach ekonomicznych, to wolnych kwater na lipiec i początek sierpnia już właściwie nie ma. Do dyspozycji gości pozostają droższe obiekty – wille, pensjonaty lub hotele, w których ceny odbiegają od średniej i oczywiście zależą od standardu - mówi Kamila Miciuła-Szlachta z portalu Nocowanie.pl.

Polacy najczęściej wynajmują noclegi we Władysławowie, Kołobrzegu, Trójmieście i na Półwyspie Helskim. Ostatnio modna wśród turystów stała się wieś Sarbinowo, znajdująca się niedaleko Mielna. Ogromne zainteresowanie kwaterami pojawiło się już pod koniec kwietnia, gdy minister zdrowia na konferencji prasowej poinformował o luzowaniu obostrzeń. Od tego dnia maleje liczba wolnych miejsc w przystępnych cenach w najpopularniejszych kurortach.

- Kwatery nadmorskie są wręcz oblegane. Ekonomicznym rozwiązaniem dla rodzin z dziećmi lub bardziej licznych grup są apartamenty cztero- i sześcioosobowe. To całe mieszkania lub tzw. studia do dyspozycji gości. Dużym zainteresowaniem turystów cieszą się też gospodarstwa agroturystyczne. Zauważyliśmy, że na przestrzeni pięciu lat ceny w nich wzrosły średnio o 5-10 proc. Nie można się temu dziwić, bo właściciele systematycznie podwyższają standard swoich obiektów – tłumaczy Kamila Miciuła-Szlachta.

Paszport covidowy z krótszą datą ważności

Wideo

Materiał oryginalny: Ceny nad Bałtykiem wzrosły. Ale nie wszyscy je podnieśli. Ile trzeba zapłacić za obiad i nocleg? - Dziennik Bałtycki

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jan

Sklep w Łebie, lody 100% takie jak w Biedronce, cena 3 razy wyzsza.

Na rogu ulicy prowadzacej na zachodnią czesc portu.

J
Jan
28 czerwca, 9:11, Kazik:

nie wyjezdzac i nie roznoscic pandemi bo w pazdzierniku bedzie tragicznie ,gorzej bedzie na przyszla wiosne pochlonie okolo 2 mln w kraju

Wyjezdzac, wyjezdzac po pampersy dla Kazika.

k
keller79

Jak więcej ludzi zacznie wyjeżdżać za granicę to się nauczą robić uczciwe ceny - ja tak robię od trzech lat i wierzcie mi lepiej polecieć do Bułgarii za 1300 od osoby za tydzień ze śniadaniem i obiadokolacją w cenie niż płacić 100 zł za rzekomo świeżego dorsza z frytkami, surówką i piwem na promenadzie w Ustce...

K
Kazik

nie wyjezdzac i nie roznoscic pandemi bo w pazdzierniku bedzie tragicznie ,gorzej bedzie na przyszla wiosne pochlonie okolo 2 mln w kraju

G
Gość

Prosta rada,nie kupować u szmalcowników!

Dodaj ogłoszenie