Chcą, żeby rząd kupił nam Opla

Beata Sypuła
Fabryka opli w Gliwicach.
Fabryka opli w Gliwicach. fot. Mikołaj Suchan
Nacjonalizacja zakładów General Motors w Gliwicach - czyli przejęcie ich przez państwo - to całkiem serio rozpatrywany scenariusz. Ale kto może wykupić zakład od amerykańskiego właściciela? Rząd polski, niemiecki, czy międzynarodowa koalicja państw? Od środy General Motors Manufacturing Poland w Gliwicach znów nie produkuje aut. Od początku roku było już 17 dni postojowych.

- Gdyby ktoś powiedział mi dziesięć lat temu, kiedy powstawała fabryka Opla, że możemy stanąć przed groźbą jej zamknięcia, wyśmiałbym go. Dziś staje się to realne - mówił w czwartek Sławomir Ciebiera, szef Solidarności w gliwickim Oplu podczas konferencji prasowej. - Tymczasem nasza firma daje pracę 2,7 tys. osób, a wraz z firmami kooperującymi jest to 20 tys. pracowników.

Przed groźbą bankructwa stoją zakłady GM w całej Europie. Plan amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy nie przewiduje pomocy finansowej dla innych krajów. To stawia pod znakiem zapytania los fabryk tej firmy w Europie. Już dziś koncern GM zapowiedział likwidację sześciu zakładów - na tej liście Gliwic nie ma.

Związkowcy z General Motors w Europie powołali grupę ekspercką, która wypracowała dwa możliwe scenariusze. Jeden to upadłość GM w Europie - jeśli rządy odetną motoryzację od życiodajnej, finansowej kroplówki. Na razie jednak wspierają ją na miarę swoich możliwości. Dlatego i związkowcy z Gliwic apelują do premiera Donalda Tuska o rządowe gwarancje kredytowe w wysokości 500 mln zł, by mogła ruszyć produkcja nowego modelu astry. Związkowcy GM w Europie uznali jednak, że najlepsze dla firmy byłoby oddzielenie się od GM w USA i powołanie europejskiej spółki Opla. Część udziałów mogłyby objąć rządy państw, na terenie których działają fabryki GM. Czy jutro premier Tusk będzie o tym rozmawiał z kanclerz Angelą Merkel?

Kiedy przed dekadą padało górnictwo - zwalniani z kopalń znajdowali pracę w powstających w strefie ekonomicznej zakładach motoryzacyjnych. Opel w Gliwicach czy Isuzu w Tychach to tylko niektóre firmy, które przyjęły wówczas kilka tysięcy osób. Dziś dla General Motors, produkującego w gliwickich zakładach astrę, pracuje 20 tysięcy osób z firm dostarczających najróżniejsze elementy. Czy wylądują wkrótce na bruku?

Związkowcy europejscy twierdzą, że potrzebna jest nietypowa decyzja rządów, bo i nietypowa jest sytuacja świata pogrążonego w kryzysie. Ratunek dla swoich miejsc pracy widzą w nacjonalizacji zakładów GM.

Tylko w tym kwartale wszystkie motoryzacyjne zakłady w Europie zawieszą produkcję w sumie na... 950 dni roboczych.

- W tym roku mieliśmy już 17 dni postojowych - wylicza Arkadiusz Malatyński, wiceprzewodniczący Solidarności w Oplu.

Popyt na auta ma wrócić do poprzedniego poziomu dopiero po 2015 roku. Dlatego GM w Europie ogranicza produkcję. - Spadek produkcji o 30 proc. oznacza jednak niewyprodukowanie 500 tys. aut i likwidację 10 tysięcy miejsc pracy - mówi Robert Potempa, członek Europejskiej Rady Zakładowej General Motors.

W ostatnim czasie z Opla w Gliwicach odeszło 250 osób - na razie. W tyskiej fabryce, produkującej silniki Isuzu, 60 proc. akcji spółki należących do GM już wystawiono na sprzedaż. Pracownikom przedstawiono program dobrowolnych odejść.

- Za bardzo godziwą odprawą odeszło 95 osób - przyznaje Jacek Urbańczyk z zakładowej Solidarności.

Grzegorz Bacia z Solidarności w gliwickim Oplu mówi o nieznanej dotąd liczbie redukowanych etatów w firmach kooperujących. W sumie pracę w całej branży motoryzacyjnej może stracić co czwarty tam zatrudniony, czyli około 40 tys. osób.

- Wsparcie rządu jest konieczne - akcentuje Mirosław Rzeźniczek, wiceprzewodniczący "S" w gliwickim Oplu.

Zdaniem związkowców, rząd powinien oficjalnie zapytać szefa GM w Europie oraz władze firmy w USA, co dalej z gliwickim Oplem. Na razie związkowcy oczekują, że gliwicka fabryka otrzyma gwarancje kredytowe w wysokości 500 mln euro na produkcję nowego modelu samochodu. To jest możliwe, bo gabinet Donalda Tuska zapowiedział udzielenie gwarancji dla polskich firm w wysokości 40 mld złotych. Jednak prawdziwego przełomu w Oplu upatrują w nacjonalizacji GM w Europie.

- Nacjonalizacja? Tego po 1989 roku w Polsce nie przeprowadzano. Raczej myślimy o prywatyzacji - mówi Piotr Koszewski z biura prasowego Ministerstwa Skarbu.

- Taki wariant nie był w naszym ministerstwie rozpatrywany - zapewnia Zbigniew Kajdanowski z Ministerstwa Gospodarki.

A jednak wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak w ubiegłym tygodniu podczas konferencji poświęconej perspektywom rynku motoryzacyjnego w Polsce powiedział słowa, które dają związkowcom nadzieję. Poinformował branżę motoryzacyjną, że resort jest zainteresowany dyskusją o rozwiązaniach stosowanych w innych krajach europejskich. Dodał też mową nieco ezopową: - Utrzymanie jednolitego rynku europejskiego oraz współpraca pomiędzy krajami Unii Europejskiej mogą być najlepszym sposobem na szybkie przezwyciężenie kryzysu - powiedział wicepremier Pawlak.

Związkowcy uważają więc, że żaden wariant ratunku dla zakładów opuszczonych przez GM nie jest wykluczony. Na razie resort gospodarki pracuje nad systemem zachęt. Miałby być bonus przy zakupie nowego, ekologicznego pojazdu dla konsumentów, którzy oddadzą stary samochód do recyklingu (w Niemczech taki upust już działa i wynosi od 1 do 2,5 tys. euro). Albo leasing konsumencki (jeżdżąc autem nie jesteśmy jego właścicielem), bo i za co mielibyśmy auto kupić przy znanych restrykcjach banków. Firmom proponuje się czasową redukcję kosztów pracy podczas przestojów produkcji - przy wsparciu środków publicznych.

Prof. Andrzej Barczak, od niedawna doradca ekonomiczny wojewody śląskiego Zygmunta Łukaszczyka, ukuł już nawet pojęcie "uśpionego pracownika", opłacanego np. z Funduszu Pracy.
Do pakietu działań ratunkowych dla rynku pracy związkowcy dodają nacjonalizację. Dziś nacjonalizacja trwa już nie tylko w takich państwach jak Wenezuela, z populistą Hugo Chavezem na czele.

- Skala interwencjonizmu rośnie. Oddalamy się od liberalnej, rynkowej ekonomii - mówi prof. Leszek Pawłowicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

W interwencjonizmie nadzieje pokładają związkowcy GM w całej Europie. Na ich oczach zatrzymuje się bowiem maszynka dobrze dotąd oliwiona amerykańskimi kredytami. Fabryki nie dość, że produkują coraz mniej, to jeszcze rośnie obawa, że staną na dobre. Czy jedyny ratunek zatrudnieni znajdą pod opiekuńczymi skrzydłami państwa?

Interwencjonizm państwa ma się świetnie w wielu krajach Europy. Rządy Belgii, Holandii i Luksemburga wyłożyły wspólnie 11,2 mld euro, żeby ratować Fortis Bank. Islandia daje pieniądze na Glitnir Bank, a Anglia na Bradford and Bingley. Udzielone przez niego kredyty hipoteczne i pożyczki warte 41,3 mld funtów dodano do brytyjskiego długu publicznego. Wiadomość z czwartku: Royal Bank of Scotland jest o krok od nacjonalizacji - ma rekordową stratę 24,1 mld funtów. Bank już teraz jest w 70 proc. własnością brytyjskiego skarbu państwa (po dokapitalizowaniu go sumą 20 mld funtów).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie