Chyba jestem staromodna

Krystyna Bochenek
Savoir vivre - jak to brzmi? Nieźle, czyż nie? Z francuska! Przedwojennie!

Umieć żyć - to jednak nie to samo, choć znaczy dokładnie to samo. Nic dziwnego, że savoir vivre to wiedza dzisiaj tajemna. W każdym razie codzienne obserwacje dowodzą tego aż nadto.
Pomówmy o minionych świętach wielkanocnych. Wchodzę ja sobie do kościoła z mamą i teściową, obie panie już raczej sędziwe, i rozglądam się, gdzie by tu mamy posadzić.

Mogłabym tak się rozglądać aż do Bożego Narodzenia, bo miejsc w kościele nie było. To znaczy były, ale zajęte.

Przez odświętnie ubrane dzieci, które w obecności swoich trzydziestoletnich matek i ojców przyszły nieco wcześniej. I najwyraźniej uznały, że kto przychodzi późno, ten sam sobie szkodzi.
Już się zdawało, że panie, które mogłyby być ich prababciami, przez całą długą mszę będą przy nich stać. Szczęśliwie znalazły się osoby w wieku dobrze średnim, które zaprosiły spóźnialskie do swojej ławki.
Byłam nieco zdziwiona, że młodzi rodzice ani drgnęli, by pogonić pociechy. Po powrocie do domu opowiedziałam historyjkę sąsiadowi. A on mówi, że to norma i że w katowickiej katedrze młodzi ludzie w wieczór poprzedzający wielką niedzielę "zarezerwowali" pół ławki dla swoich znajomych.
O tempora, o mores! Reguły dobrego wychowania są nagminnie łamane. Często bywa, że przychodzimy do kogoś w gościnę. Na centralnym miejscu oczywiście telewizor. Włączony! Nie można się skupić na rozmowie, bo nieustanny szum i migotanie nie pozwalają.

Jak człowiek wyjdzie, też nikt nie zauważy, bo Isaura akurat na ekranie całuje się z Leonciem. Innym razem rozmowa przerywana jest co chwila, bo gospodarz "musi" odebrać telefon komórkowy.
Ja też nie jestem bezgrzeszna: rozmowy przychodzące na "komórkę" są często w danej chwili najważniejsze. Nieelegancko! I tak dalej, i tak dalej - przykłady można mnożyć.
Skoro już jesteśmy przy komórkach, nie od rzeczy będzie wspomnieć o swobodnym tonie niektórych SMS-ów.

Kiedyś już pisałam o luzackim stylu młodych korespondentów, którzy do swych szefów albo wykładowców piszą e-maile rozpoczynając je od słowa "witam" albo "witaj".
Trochę mnie to razi, ale może jestem staromodna i "się nie znam".

W czasach mojej młodości punktem odniesienia była zawsze własna babcia i ewentualnie savoir-vivre Jana Kamyczka z Przekroju.
Teraz dziadkowie mieszkają daleko, a rubryki nie ma. Kamyczek (a właściwie Janina Ipohorska, bo to była niewiasta) pisał swoją wykładnię tego co wypada i tego co nie wypada w latach sześćdziesiątych.
Wtedy, gdy z jednej strony żywe były wspomnienia stalinowskiej władzy starającej się wykorzenić dawny obyczaj, a z drugiej kiełkowała potrzeba jakiegoś skodyfikowania zasad.
Tym bardziej, że siermiężna komuna była bardzo czuła na gesty: nie wolno było trzymać nóg na stole i trzeba było wstawać z miejsca, gdy wchodził nauczyciel do klasy.

Nie wypadało mlaskać, wycierać nosa w rękaw, trzaskać drzwiami i robić głupich min.
Dzisiaj nie ma Kamyczka, ale są poradniki, które radzą jak być asertywnym i jak prezentować się w świecie, aby pokonać konkurentów. Często są to rady dalekie od kurtuazji.
Dostępne podręczniki nie odpowiadają też na wiele pytań.

Jak trzeba się zachować na przykład w stołówce, lub barze szybkiej obsługi, kiedy się do kogoś dosiadamy, lub kończymy posiłek? Czy wchodząc do sklepu trzeba głośno mówić "dzień dobry", a wychodząc "do widzenia"? Co zrobić żeby uniknąć niezręcznych sytuacji, kiedy pośród trzech stojących obok siebie panów jeden pan całuje w rękę, drugi całuje, ale co drugą panią, a trzeci demonstracyjnie zaciska na damskiej ręce obręcz? Jak się wtedy bronić? Czy wielkim grzechem jest zadzwonić do kogoś po 22.00? Jak się ubrać do teatru i czy w ogóle jest to istotne? Czy przed wręczeniem komuś bukietu obierać kwiatki z kokardek, wstążek, złotek, serduszek, błyskotek i celofanu? Czy koniecznie trzeba wyłączyć telefon komórkowy podczas spotkania?

Na te (i wiele innych) pytań na darmo szukalibyśmy odpowiedzi w podręcznikach. Dla Anglików wzorem dobrego zachowania jest zawsze królowa brytyjska.

I nikt z tym nie dyskutuje. Jeśli chodzi o Polaków to nie mamy królowej. A szkoda! Chociaż są inne sprawy wymagające pilniejszego uregulowania. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że w polskiej rzeczywistości należałoby czym prędzej odkurzyć kodeks Boziewicza.

Ten sam, który w 1919 roku regulował zasady pojedynków i ustalał różne poziomy obrazów czci. A także definiował kto tak naprawdę jest osobą honorową.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
marian40

ŚWIĘTA RACJA!!!!!!!!!!

Dodaj ogłoszenie