Dariusz Miłkowski: Nie znikam, ja się tylko wyprowadzam

Henryka Wach-Malicka
Dariusz Miłkowski, dyrektor Teatru Rozrywki, żegna się z Chorzowem Marzena Bugała-Azarko
Pojawiłem się na Śląsku, niespecjalnie wiele o nim wiedząc, a teraz czuję, że się zwyczajnie zakorzeniłem. Czuję się tu fantastycznie - mówi Dariusz Miłkowski w rozmowie z Henryką Wach-Malicką.

Po 34 latach dyrektorowania Teatrowi Rozrywki, żegna się pan z widzami, z zespołem. I ze Śląskiem, bo o ile wiem, rzeczy już „się pakują” i za chwilę wyjadą razem z panem do Warszawy.
Przemieszkałem w Chorzowie kawał życia… Obrosłem pamiątkami, plakatami, płytami, drobiazgami. Wszystkiego nie zabiorę, taka sentymentalna selekcja to nie jest prosta sprawa. Pojawiłem się na Śląsku, niespecjalnie wiele o nim wiedząc, a teraz czuję, że się zwyczajnie zakorzeniłem. Czuję się tu fantastycznie. Pewnie, że jest mi smutno, nawet bardzo… Ale przecież nie wyjeżdżam na zawsze i nieodwołalnie! Ja się tylko przeprowadzam!

Sopocianin z urodzenia, niedokończony absolwent Wydziału Budowy Maszyn Politechniki Gdańskiej, reżyser po krakowskiej PWST, asystent Konrada Swinarskiego przy „Hamlecie” (przerwanym tragiczną śmiercią artysty) nagle dostaje propozycję objęcia teatru w Chorzowie…
… który nie jest wtedy teatrem w pełnym słowa rozumieniu.

No właśnie, to Teatr Rozrywki „Music-Hall”, czyli zespół artystów, przygotowujących głównie programy dla widowisk telewizyjnych. Zatem montażowe cięcie i flesz - pierwsze wspomnienie z tamtych dni?
Widownia, na której nie ma jeszcze… ani jednego fotela. Naprawdę. I ogromna dziura w ścianie, przygotowana do podłączania kabli z wozu transmisyjnego. W czasie wielkiej przebudowy Teatru Rozrywki w 2006 roku, ja tę dziurę zresztą zostawiłem. Na pamiątkę początków. Może się zresztą kiedyś jeszcze przyda?

Mówi pan o budynku. A skąd wziął pan pomysł na kształt repertuaru? W 1984 roku musical, jako gatunek, praktycznie w Polsce nie istniał. Nie było kasy na zakup licencji poszczególnych tytułów, nie było tradycji, nie było nawet reżyserów, specjalizujących się w tego typu widowiskach.
Obejmując Teatr Rozrywki, bo taką nazwę w końcu przyjęliśmy, miałem 36 lat, sporo ambicji i pewną skłonność do ryzyka. Wiedziałem, że albo pokażę coś, czego dotąd w Polsce na dużą skalę nie było, albo polegnę. Nowość, czytaj: klasyczny musical, była po prostu naszą szansą. Moją i grupy realizatorów, z Marcelem Kochańczykiem na czele, powoli skupiającą się wokół Rozrywki. Proszę pamiętać, że nie było wtedy Teatru Roma, nie było Capitolu, a jedyną sceną, która próbowała coś w tej artystycznej materii robić, był Teatr Muzyczny w Gdyni. Jak wymyśliłem, tak zrobiłem.

I tu w pańską biografię wkrada się Londyn.
Londyn i znów Marcel Kochańczyk, mój przyjaciel z Sopotu, z którym znałem się od szkoły. To on namówił mnie zresztą na studia reżyserskie i to on zachęcił do przyjazdu na wakacyjne saksy do Londynu.

Saksy?
Tak, na zarobek. To nie były czasy, że każdy mógł sobie wsiąść do samolotu i spędzić weekend w Anglii, a funty kupić w kantorze. Trzeba było zdobyć paszport, potem wizę. Jak się je jednak już zdobyło i popracowało na czarno, zarobione tam pieniądze same przeliczały się na złotówki po fantastycznym kursie. Więc i ja, za namową Marcela, postanowiłem podreperować swoje finanse. Wystałem (kilka dni) wizę, wyjechałem do Londynu i nająłem się do pracy na budowie. Taki był początek mojej miłości do… musicalu. Robota na budowie, a potem w knajpie, lekka nie była, za to wszystkie wieczory miałem wolne. A obok kipiał West End, drugie po Broadwayu centrum światowego musicalu. Łaziłem do tych teatrów prawie codziennie, bez wahania wydając ciężko zarobione funty i chłonąc sztukę, której praktycznie nie znałem. To była fascynacja od pierwszego spektaklu. A czasem zdarzały mi się prawdziwe rarytasy, na przykład „Evitę” obejrzałem w tydzień po światowej premierze!

I po latach „Evita” zagościła na scenie Rozrywki, stając się jednym z jej znaków firmowych i ogólnopolskim przebojem. W 1984 roku, w chwili objęcia stanowiska jej dyrektora, pan tego jednak nie mógł jeszcze wiedzieć.
A skąd? Może sobie tylko tak marzyłem, nie pamiętam. W 1984 roku to ja myślałem głównie o tym, jak uchronić „Music-Hall” przed zamknięciem! Telewizja już go nie chciała, Ministerstwo Kultury nie było skore go przejąć, więc przyszłość sceny była kompletnie niejasna. A przecież zainwestowano w przedsięwzięcie mnóstwo pieniędzy! Zainstalowano dobry sprzęt, był ogromny zespół (nawiasem mówiąc, „przyuczany” do zawodu w Koszęcinie), kończono modernizację budynku. Tylko nikt nie miał pomysłu na dalszy rozwój. „To może jednak w ogóle zlikwidować”, rozważano. Mnie rola likwidatora jednak nie pasowała. Choć dziś myślę, że to mógł być podskórny powód mojej nominacji. Młody, niedoświadczony, może położy niewygodną dla wszystkich instytucję i będzie po kłopocie… No, nie położyłem. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć: byłem konsekwentny, uparty, czasem układnie sprytny, czasem bezczelnie zdeterminowany. Przede wszystkim miałem jednak dużo szczęścia. (...)

Sytuacja prawna ustabilizowała się po przejęciu Rozrywki przez władze województwa.
Po drodze były zakręty, generalnie jednak osiągnęliśmy poziom względnego bezpieczeństwa właśnie wtedy.

Zawirowania administracyjne to jedno, kształt teatru - drugie. Pan od razu wiedział, jaki on ma być?
Od początku stawiałem akcent na „teatr”, a dopiero na drugim miejscu na „muzyczny”. Nie zgadzam się z tezą, że musical, czy szerzej - teatr muzyczny właśnie, to widowisko łatwe, bezproblemowe, i w ogóle takie tam fikanie… Pomijam nawet fakt, że fabuła największych tytułów tego gatunku, a wszystkie wystawiliśmy na chorzowskiej scenie, to na ogół potężne dramaty. „Cabaret” naprawdę nie jest operetką, „Skrzypek na dachu” opowiada o exodusie całej społeczności, „Rent” - o narkomanii i HIV, „Billy Elliot” o upadku wielkiego okręgu gospodarczego Wielkiej Brytanii, a „West Side Story” to przecież współczesna wersja „Romea i Julii”. Przewrotność, jeśli można tak sprawę uprościć, musicalu polega tylko na tym, że dzięki muzyce, często przebojowej, łatwiej wchłaniamy dramatyczną treść libretta. Po drugie, zawsze starałem się tak prowadzić zespół, żeby każdy z moich artystów potrafił wykonać maksymalnie wiele zadań. Dlatego w Rozrywce balet świetnie śpiewa, chór tańczy, a soliści nie tylko śpiewają, ale i muszą doskonale podawać teksty dialogów. Musical to widowisko, nie ma sensu prezentować go inaczej. Ale też w widowisku wszystkie trybiki muszą działać bez zgrzytu. Jeśli miałbym więc sobie czegoś pogratulować, to tego, że nasze spektakle mogą imponować rozmachem. Orkiestra, scenografia, choreografia, reżyseria, nawet tzw. efekty specjalne - jedno wypływa z drugiego. Pewnie, że się i potykaliśmy. W końcu na 125 premier, jakieś mają prawo się nie udać. Teatr ma obowiązek eksperymentować, czasem na granicy ryzyka. Choć mam też na liście wystawień eksperymenty zaskakująco udane. Na przykład „Ślady”, autorski spektakl Józefa Szajny.

Oj, pamiętam te uwagi w stylu: Szajna w Rozrywce? Miłek (takie pan ma pseudo u widzów) chyba oszalał. I pamiętam powodzenie spektaklu po premierze.
To moja wielka satysfakcja. Także dlatego, że zaufałem publiczności, a ona mi uwierzyła i doceniła dzieło mistrza Szajny. Podobnie, choć już znacznie spokojniej, było wtedy, gdy zaprosiłem do współpracy, słynących z „niepokorności” artystycznej, Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego. Ich autorski spektakl, z muzyką Jana Suświłły, czyli „Położnice szpitala św. Zofii”, podzielił publiczność na dwa obozy. Jedni byli zachwyceni i oglądali przedstawienie kilka razy. Inni nie kryli oburzenia, twierdząc, że to nudny i wulgarny spektakl. I tak... ma być, tak jest bardzo dobrze! To zresztą przyczynek do uwag bardziej ogólnej natury. Od jakiegoś czasu przychodzą do mnie widzowie, towarzyszący naszemu teatrowi niemal od jego powstania. Przychodzą z pretensjami i pytaniem: „Dlaczego Rozrywka nie jest już taka jak kiedyś - z klasycznym repertuarem, wielkimi przebojami i naszymi ukochanymi gwiazdami? Dlaczego nie gracie już niektórych tytułów, choć ciągle mają powodzenie? Dlaczego nie jest tak, jak było 30 lat temu?”. I ja tę ich tęsknotę rozumiem, ale czasu odwrócić się nie da.

Zmieniło się prawie wszystko: sposoby inscenizacji, muzyczne mody, a nawet źródła finansowania teatru.
To, czym Rozrywka zdobyła Polskę - wprowadzeniem musicalu na krajowe sceny - minęło. Dziś podobnych nam teatrów jest wiele, możemy z nimi konkurować, ale nie jesteśmy jedyni. Wyrosło też pokolenie widzów, dla których wyjazd do Londynu, na premierę nowego tytułu, nie stanowi żadnego problemu. (...) Więc Teatr Rozrywki się zmienia i tak musi być. Nie ma nic gorszego, niż tkwić w jednym miejscu.

A propos ryzyka. To prawda, że fundusze na wystawienie „Evity” zdobył pan, sprzedając teatralną restaurację?
Kocham tę anegdotę i nigdy jej nie prostowałem. Ale chyba na „odchodnym” muszę. Nie sprzedałem, tylko wynająłem. I Teatr Rozrywki dobrze na tej transakcji zarobił. Pomieszczenia wynajęła Pizza Hut, otwierająca swój pierwszy lokal na Śląsku. Zapłacili za rok z góry, starczyło nie tylko na „Evitę”, a w dodatku przysporzyli nam nowych widzów. To też brzmi jak anegdota, ale tym razem jest prawdą. Otóż pizzeria była klimatyzowana, wtedy niezwykła rzadkość, i wkrótce stała się modna wśród okolicznych biznesmenów. Wpadali sobie na lunch, a potem, z rozpędu, kupowali bilet na najbliższy spektakl Rozrywki. Niektórzy do dziś są naszymi stałymi bywalcami.

Dziś w miejscu pizzerii jest wejście główne do przebudowanego gmachu teatru. O tym gigantycznym remoncie mówi pan z równym zaangażowaniem, jak o wielkich tytułach, które wprowadził pan na polskie sceny.
Prócz repertuaru, wspomnień, przyjaciół, kilku wrogów i ogromnej satysfakcji artystycznej, zostawiam więc całkiem namacalny ślad swojego w Rozrywce dyrektorowania. Ale przypominam: ja tylko idę na emeryturę i zmieniam adres. Ja się z wami, drodzy widzowie, nie żegnam na zawsze! Warszawa od Chorzowa nie leży tak daleko. Na pewno pojawię się na widowni, na pierwszej premierze w nowym sezonie.

(Fragmenty rozmowy z Dariuszem Miłkowskim. Wywiad ukazał się na łamach „Dziennika Zachodniego” 18 maja br.)

CAŁA ROZMOWA TUTAJ:
Miłkowski: Nie znikam, ja się tylko wyprowadzam. Artysta to wędrowiec ZDJĘCIA

Dariusz Miłkowski
(rocznik 1947, urodzony w Sopocie, od ponad trzech dekad związany ze Śląskiem). Dyrektor Teatru Rozrywki w Chorzowie od jego powstania, odchodzi na emeryturę. Zostawia nam świetną scenę i mnóstwo pięknych wspomnień. Jeśli instytucja to człowiek, to Teatr Rozrywki w Chorzowie na pewno kojarzyć się będzie zawsze z nazwiskiem Dariusza Miłkowskiego. Kieruje tą sceną nieprzerwanie od 1984 roku.

POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:

Zobacz najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w programie TyDZień

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie