MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Fasola i fandzolenie. Felieton Marka Szołtyska, historyka, znawcy Śląska

Katarzyna Wiśniewska-Lewicka
Po śląsku na fasolę mówi się – fazole, fanzole albo fandzole. To, podobnie jak groch, roślina strączkowa i po jej zjedzeniu u większości jedzoków tworzą się w żołądku niechciane gazy. Stąd powiedzenie: Po grochy smoli się po trochu, zaś po fandzolach się fandzoli. To przypadłość znana już z literatury starożytnej. Przykładowo rzymski cesarz Klaudiusz często „puszczał wiatry”. Śląska godka określa to zjawisko jeszcze dosadniej, jako: pierdzenie albo drzistanie.

Skupmy się jednak na fandzoleniu. To wieloznaczne słowo, bo fandzolić znaczy też – gadać głupoty. I tak oto przeszliśmy od fasoli do polityki. Bo polityk z racji swego fachu ma czasami skłonności do fandzolenia bardziej niż zjadacz fasoli. Dostrzega się to nie tylko współcześnie, ale też wrażenie takie odnosili nasi przodkowie. A że listopad to miesiąc, który kojarzy mi się z łuskaniem fasoli i z końcem pierwszej wojny światowej w 1918 roku, to jest okazja do powiedzenia o politycznym fandzoleniu w kontekście tej wojny. Doskonale to wojenne fandzolenie polityków demaskuje niemiecki weteran tej wojny - Erich Maria Remarque w książce – „Na Zachodzie bez zmian”. Ośmiesza tam polityczne mówienie typu – „Niemcy wypowiedziały wojnę Francji”. To głupota – twierdzi – bo czyżby to miało znaczyć, że góra z Niemiec wypowiedziała wojnę górze z Francji, albo niemieckie jezioro zaatakowało francuskie jezioro? Nie – pisze Remarque – to tylko wyrachowani politycy tak mówią, ale w rzeczywistości to oni wypowiedzieli wojnę innym ludziom dla własnych korzyści. Tak jest też dzisiaj. Politycy mają swoje plany dojścia do władzy. Nieważne czy z lewej, prawej czy ze środka. Oni muszą tak fandzolić, żeby namawiać do realizacji swoich planów. A my musimy z tym fandzoleniem żyć. Ale i tak się mamy lepiej niż pokolenie czasów wojny. Bo my tylko musimy płacić na to podatki, a oni maszerowali i cierpieli na frontach tej pierwszej wojny światowej - jak wspomniany Remarque i dwóch moich dziadków – Paweł i Franciszek oraz pradziadek Alojz. A znoszenie tamtejszego wojennego stresu na froncie było o wiele trudniejsze niż denerwowanie się dzisiejszym politycznym fandzoleniem. Wtedy jednak na owej wojnie jeden sposób likwidowania stresu, związany był też z fandzolami i fandzoleniem. Opisał to także Remarque. Otóż kilku żołnierzy podczas przerwy w walkach załatwiło sobie w polowej kuchni pełne wiadro zupy fasolowej. To odstresowanie polegało na tym, że w słoneczny dzień siedzieli na dworze, jedli fasolową zupę, grali w karty i fandzolili. Czy tak samo robili moi dziadkowie na wojnie? Nie wiem. Natomiast pamiętam, jak w listopadowe zimne dni siadali koło pieca i łuskali fandzole, a potem z wielkim apetytem zajadali fasolowe zupy, zwłaszcza z fioletowych fasoli. Ja też lubię te fandzole, zwłaszcza w tak trudnych pofandzolonych czasach.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Ślubowanie olimpijczyków - wywiad Przemysław Zamojski

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni