GKS Jastrzębie - GKS Katowice 0:1

Rafał Musioł
Katowiczanie (żółto-czarne stroje) wygrali w Jastrzębiu i zapewnili sobie utrzymanie w I lidze bez gry w barażach
Katowiczanie (żółto-czarne stroje) wygrali w Jastrzębiu i zapewnili sobie utrzymanie w I lidze bez gry w barażach fot. marzena bugała
Przed meczem GKS Jastrzębie z GKS Katowice jedno nie ulegało wątpliwości - nikt nie wierzył w to, że Stal Stalowa Wola przegra u siebie z Wisłą Płock, co mogłoby stanowić szansę na uniknięcie baraży przez oba śląskie zespoły.

W praktyce oznaczało to, że gospodarzom do szczęścia wystarczy remis, natomiast goście muszą zgarnąć całą pulę. I właśnie to drugie rozstrzygnięcie stało się faktem - drużyna Adama Nawałki na pewno w przyszłym sezonie będzie występować w I lidze, natomiast jastrzębianie będą szukać swojej ostatniej szansy w dodatkowych meczach, a swojego rywala poznają w sobotę tuż po godzinie 10.

Barażowe odbędą się w przyszłym tygodniu: we wtorek na boisku drugoligowca, a w piątek w Jastrzębiu.

Już w pierwszych sekundach spotkania na trybunach zaczęło wrzeć, najpoważniejszym incydentem było jednak zdemolowanie przenośnej toalety ustawionej w sektorze gości (nadwyżka ich fanów też ostatecznie mecz zobaczyła), więc największym zmartwieniem gospodarzy okazał się stracony przez nich gol. Dośrodkowanie w pole karne przedłużył głową Grzegorz Goncerz, a Grażvydas Mikulenas wepchnął piłkę do siatki już niemal z linii bramkowej!

- Osiągnęliśmy cel, dokonaliśmy prawie niemożliwego, utrzymaliśmy się w I lidze. Tak mieliśmy dziś grać, nacisnąć ich i szybko strzelić gola. Jesteśmy szczęśliwi - mówił Litwin, dodając, że wiele wskazuje na jego powrót do ojczyzny.

To wydarzenie było odpowiednikiem dźwięku gongu w walkach bokserskich. Obie drużyny poszły na otwartą wymianę ciosów korzystając z faktu, że defensywy nie stanowiły ich najmocniejszej strony. Dzięki temu pod obiema bramkami dochodziło do licznych spięć.

Najdogodniejszą sytuację do wyrównania miał Krzysztof Kukulski, ale w 44 minucie przestrzelił tuż sprzed linii 16 metrów. W 49 minucie osiągnięcie to przebił natomiast Jarosław Wieczorek nie trafiając z bliska do pustej bramki! Do trzech razy sztuka? Prawie, bo w 59 minucie piłka wylądowała w siatce za plecami Jacka Gorczycy, ale sędzia słusznie trafienia nie uznał zauważając faul na katowickim bramkarzu.

- Wiśniewski mnie celowo walnął pięścią w skroń - opowiadał golkiper.

Zauważalna już przewaga gospodarzy wyraźnie irytowała szalejącego przy linii bocznej Adama Nawałkę, który wpuścił na boisko bohatera pierwszych wiosennych spotkań GieKSy, Bartosza Iwana, a ten niemal od razu przeprowadził kilka akcji ofensywnych, nie zakończonych jednak strzałem. Gospodarze nie pozostawali dłużni i widowisko mogło być przednie, ale piłkarzy z rytmu wybijali niestety kibice obu stron, rzucający z sektorów petardy, race i świece dymne.

Nadal jednak zdarzały się perełki, jak chociażby strzał z rzutu wolnego Witolda Wawrzyczka w 76 minucie, po którym piłka wylądowała na górnej siatce bramki Gorczycy czy niecelne uderzenie Iwana z... 5 metrów dwie minuty poźniej.

W miarę upływu czasu katowiczanie - nie bacząc na szalikowców gospodarzy, którzy szturmowali płot odgradzający strefę buforową i wyrzucenie przez sędziego na trybuny asystenta Wyrobka Jarosława Matusiaka - coraz częściej spoglądali już na umieszczony nad wejściem do szatni zegar i w końcu się doczekali ostatniego gwizdka arbitra, oznaczającego dla nich zachowanie pierwszoligowego bytu.

W ten sposób dokonali wiosną prawdziwego cudu... A Jastrzębianie? Ich ambicja nagrodzona nie została i zespół Jerzego Wyrobka był w piątek nie tylko biedny z racji opóźnień w wypłatach, ale i nieszczęśliwy z powodu porażki. W barażach na pewno jednak nie będzie stał na straconej pozycji.

- Graliśmy, jakby na naszych plecach były dwa wagony węgla. Ale co tu się dziwić, jak my na treningach mamy jakiegoś chodzonego. To trzeba przyjść i zobaczyć, bo szkoda słów, żeby to opisywać. I gramy ciągle tą samą jedenastką, bez defensywnych rozgrywających, jakbyśmy byli jakimiś kreatorami wielkiej gry - zżymał się Jacek Wiśniewski. - A nasz prezes pewnie leży nawalony na działce i nawet tu nie przyjechał, on by nawet stada baranów nie potrafił prowadzić, a co dopiero klubu - dorzucił kilka minut później wkurzony Wiśnia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie