Hazard po śląsku

Marek Szołtysek
Dosyć ogólnym określeniem hazard nazywa się wszelkie "gry hazardowe, gry pieniężne, w których o wygranej w mniejszym lub większym stopniu decyduje przypadek".

Przypadek, czyli jak to się mówi na Śląsku, cufal. Zaś samo słowo "hazard" pochodzi z języka arabskiego, gdzie "az-zahr" oznacza kostkę do gry. I pochodzenie tej nazwy jest zadziwiające, bo przecież w krajach arabskich (czy ogólniej mówiąc islamskich) hazard jest zakazany.

Natomiast wśród Ślązoków, podobnie jak między pozostałą częścią ludzkości, hazard bywa popularny. Tutaj poczet śląskich hazardzistów otwiera w XIII wieku książę śląski Bolesław Rogatka, któremu zresztą przypisuje się wszystko co najgorsze.

A ileż to się już nasłuchałem opowieści o szkaciorzach i innych graczach w karty, którzy w jedną noc potrafili przegrać cały majątek.

Uliczne lub chodnikowe gry w pieniądze były niegdyś bardzo popularne

Pewna Ślązoczka zaś opowiadała mi wstrząsającą historię o swoim ojcu, nałogowym hazardziście, który około 1935 roku przegrał w karty nie tylko dom i pole, ale również swoją nastoletnią córkę.
Proponuję jednak zająć się hazardem mniejszego kalibru, do którego zalicza się graczki na pijondze, czyli dziecięce gry w pieniądze. Zabawy te nazywano też graniem w szajby albo graniem w czeskie. Szajby albo szajbki, bo czasami zamiast pieniędzy używano do gry metalowe podkładki do śrub. To była taka odmiana śląskich żetonów. Zaś czeskie, bo na Śląsku dawniej na grosze mówiono czeskie. Zatem 10 groszy to był jedyn czeski i dalej 20 groszy - dwa czeskie, 50 groszy - pięć czeskich albo piątka.
Stąd też wziął się tekst starej śląskiej pieśniczki, w której zwracamy się do szynkarza: "Jeszcze roz za czeski, ze tyj małyj flaszeczki".
Wróćmy jednak do graczek na pijondze, które dzisiaj są prawie zupełnie zapomniane, ale jeszcze w latach 70. i 80. XX wieku powszechnie się w nie grało na podwórkach albo w szkołach na przerwie. Odmian i zasad tych gier było bardzo dużo. W różnych częściach Śląska nazywano je też w roztomajty sposób.

Najogólniej jednak wszystkie śląskie gry w pieniądze podzieliłbym na trzy podstawowe rodzaje: ciepanie, dmuchanie i pinkanie.

CIEPANIE. Drobnymi pieniędzmi się ciepało, czyli rzucało na kilka sposobów. Rzucało się pod mur, na okienny parapet, na blat stołu albo rzucało w pozycji stojącej na ziemię.
Istota jednak była zawsze ta sama, bo chodziło o to, by pieniądz spadł na pieniądz, a wtedy rzucający zabierał obie monety, swoją i współgracza.
I to był ten zysk, a graczy w tej grze było dwóch lub więcej.

DMUCHANIE. Dwaj gracze kładą naprzeciw siebie na stole po monecie. Następnie dmuchając na zmianę w swoje monety przesuwając je tak, by nakryć monetę współgracza. Komu się to uda, ten wygrywa i bierze oba pieniążki.

Bardziej skomplikowane jest PINKANIE, nazywane też cinkaniem, graniem w pinki, graniem w cinkry lub pewnie jeszcze jakoś inaczej, w zależności od części Śląska.
Graczy mogło być dwóch i więcej. Istotą jednak było chwycenie monety kciukiem i palcem wskazującym prawej ręki. Następnie każdy z graczy uderzał monetą w mur, a ona odbijała się i upadała na ziemię. A skuteczność rzucania ustalano poprzez trzy opcje:

DEKER - to przypadek, że moneta nakryła monetę lub spadła koło niej nie dalej jak na odległość kciuka.
SZPANA - monety leżały od siebie nie dalej niż na odległość rozpiętego kciuka i małego palca. Zatem jak ktoś zrobił deker albo przynajmniej szpana, to wygrywał wszystkie pieniądze, które leżały na ziemi.
Kiedy natomiast monety spadły dalej od siebie niż na odległość szpany, to wtedy był FUCZ, czyli grę zaczynano od nowa, bo nikt nic nie wygrał.

Pinkanie pokazuje też niezwykłą wielokulturowość Śląska, bo nazywanie opcji: deker i szpana pochodzi z języka niemieckiego, gdzie "Decke" znaczy przykrycie, a "Spanne" rozpięcie. Natomiast opcja fucz to czechizm, bo w języku czeskim powiedzenie "všecko je fuč" (czytaj wszecko je fucz) znaczy wszystko przepadło.

Wielokulturowa czy wielkopaństwowa była też zawartość kieszeni śląskiego gracza w pieniądze.
Potwierdza to prawdziwe zdarzenie Ślązoka Serafina Filca, nazywanego przez kolegów Jorgiym albo Jurkiem. W czasie okupacji na ulicy Adolfa Hitlera w Rybniku (dzisiaj ulica Miejska) grał on z kolegami w pinki na przedwojenne polskie pieniądze, na stare monety z czasów cysorza Wilusia i na aktualne niemieckie. Wtedy podszedł do niego niemiecki policjant i dał mu sztrofa, czyli mandat za lekceważenie umieszczonego na monetach niemieckiego orła z hakynkrojcym, czyli swastyką. Ale z tego policjanta był borok!
[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ś
Ślązak

A ja zawsze myślałem, że chodzi o... Czeszki, czyli panie narodowości czeskiej. Że po prostu pito ich zdrowie :)

Dodaj ogłoszenie