Jazz jest jak język

Marcin Zasada
Fot. Mat, prasowe
Udostępnij:
Młodzi muzycy mają ten problem, że nie rozumieją własnych emocji - mówi Branford Marsalis, jazzowy wirtuoz

Z Branfordem Marsalisem, jazzowym wirtuozem rozmawia Marcin Zasada

Jak ważne w twojej muzyce są emocje?
To jedyna rzecz, która ma znaczenie. Jeśli muzyk potrafi wyrazić swoje emocje za pomocą wysokich umiejętności technicznych - mamy idealną kombinację. Młodzi muzycy mają ten problem, że nie rozumieją własnych emocji, więc nie są w stanie wyrazić ich za pomocą instrumentu. A czasem trzeba dotykać bolesnych miejsc.

Pytam o emocje, bo żyjemy w czasach, w których muzyka to komercyjny produkt o głębi porównywalnej z uliczną kałużą.
W masowej kulturze zawsze było tak, że obok wiekopomnych dzieł królowały proste, popularne rzeczy. W muzyce klasycznej był Johan Strauss i był Chopin. Ludzie kochali tego pierwszego, bo lubią proste rzeczy. Dziś bardziej ceni się Chopina, bo jego muzyka jest ponadczasowa i lepiej przetrwała próbę czasu. Tak samo będzie za 100 lat z dorobkiem naszej ery. Mam nadzieję, że w 2100 r. ktoś powie: "Marsalis? Ten koleś był naprawdę dobry!".

Kiedyś trzeba było przynajmniej umieć grać lub śpiewać. Dziś to już nie jest warunkiem.
I to jest już przykre. Jeśli dobrze wyglądam, oni zrobią za mnie resztę. To jakiś cyrk. Tyle że coraz mniej mnie to obchodzi, bo pop praktycznie nic już dla mnie nie znaczy. Kocham to, co robię, jestem szczęśliwy, że za to mi płacą i że nikt nie zmusza mnie do wstydliwych kompromisów. Powiem ci jeszcze, że uwielbiam grać w tej części Europy - w Polsce, Czechach, Niemczech, Austrii, na Węgrzech... Tu zawsze powstawała wielka muzyka, pracowali wielcy kompozytorzy. Dlatego np. Polacy rozumieją jazz, w przeciwieństwie do Anglików. Cenią polskich jazzmanów, szczególnie Stańkę, Możdżera...

Krzysztof Komeda?
Facet od "Dziecka Rosemary"? Doskonały. A wracając do Anglików, to powiem, że w Wielkiej Brytanii mało kto pojmuje muzykę instrumentalną, tam ludzie chcieliby, żeby o tych emocjach ktoś im ładnie zaśpiewał (śmiech).

Mówisz, że pop nic już dla ciebie nie znaczy. Co więc zmieniło się od czasu, gdy nagrywałeś ze Stingiem "Englishman in New York"?
Po prostu dorosłem, trochę się zestarzałem i doszedłem do punktu, w którym pewne rzeczy liczą się dla mnie bardzo, a pewne w ogóle. Innymi słowy - gdy miałem 11 lat, grałem na pianinie utwory Eltona Johna. Nauka pierwszego zajęła mi tydzień, piątego - pięć minut. Do dziś uwielbiam Eltona Johna, ale to nie Chopin. Tych dwóch rzeczy nie da się porównać. Joey (Calderazzo, pianista w kwartecie Marsalisa - przyp. red.) powiedział mi ostatnio, że 10 lat temu grałem na saksofonie tak, jakbym czuł, że mogę zmienić świat. A dziś już tego nie widzi. Więc tłumaczę mu, że jestem o tyle lepszym saksofonistą, że wiem, że nie muszę już zmieniać świata. Dziś nie muszę niczego nikomu udowadniać.
Mówisz trochę jak hip-hopowcy, z którymi kiedyś współpracowałeś.
(śmiech). Ale ja mówię to świadom swojej pracy i zdobywanych umiejętności. Skoro wywołałeś temat hip-hopu, odpowiem ci, że ta muzyka coraz mniej mnie porusza. Kocham Guru (raper, z którym Marsalis współpracował przy słynnej płycie "Jazzmatazz"), uwielbiam Public Enemy, ale w ostatnich latach hip-hop zjada swój ogon i traci dawny wyraz. Niestety.

Ty ze swoim kwartetem grasz już dokładnie 10 lat. Ale na twojej nowej płycie "Metamorphosen" trudno znaleźć symptomy twórczego znużenia.
Wszystko dlatego, że znakomicie się rozumiemy. Poznaliśmy się na tyle dobrze, że nie musimy ze sobą rozmawiać, by dobrze się porozumiewać. Poza tym, wszyscy jesteśmy coraz lepszymi muzykami. Dziś lepszymi niż miesiąc temu, a miesiąc temu lepsi niż przed rokiem. To wszystko sprawia, że potrafimy odczytać swoje emocje i dobrze wyrazić je muzyką.

W jednej z recenzji twojego albumu przeczytałem, że "Metamorphosen" to doskonała reklama jazzu dla wszystkich, którzy jeszcze z jazzem nie mieli okazji się zetknąć. Branford Marsalis - ambasador jazzu?
(śmiech). Jazz jest jak język. Trochę musisz się go nauczyć, żeby rozumieć. Ale chodzi nie tyle o umiejętność gry na instrumencie, co czucie muzyki. Czujesz to?
Jasne.
Więc podaj dalej (śmiech).

Wirtuoz saksofonu sopranowego

W niedzielę kwartet Branforda Marsalisa zagrał w Katowicach koncert promujący wydaną w marcu płytę "Metamorphosen".

Muzycy byli znakomicie przyjęci przez śląską publiczność, trzykrotnie bisowali. Gwiazdą wieczoru był oczywiście Marsalis, wirtuoz saksofonu sopranowego, człowiek renesansu współczesnego jazzu. Jego ojciec Ellis Marsalis jest wybitnym pianistą, a muzyką zajmują się również jego trzej bracia (w tym słynny Wynton).

W tym roku Marsalis raz jeszcze zawita do Polski, 22.11 wystąpi w Gdańsku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Zachodni
Dodaj ogłoszenie