18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Jerzy Pilch: Z Panem Bogiem jestem związany coraz luźniej. To głęboki kryzys religijny

Anna J. DudekZaktualizowano 
Jerzy Pilch: "Zawsze lubiłem być sam. Może wynika    to z tego, że dotknięty jestem pewnego rodzaju skazą pychy?"
Jerzy Pilch: "Zawsze lubiłem być sam. Może wynika to z tego, że dotknięty jestem pewnego rodzaju skazą pychy?" Marek Grotowski/Polskapresse
"Tak, coraz luźniej związany jestem z Panem Bogiem. Ale przecież lutrem jestem takim samym jak dawniej" - Jerzy Pilch wprowadza Annę Dudek w teologiczno-psychologiczne kulisy swojej najnowszej powieści "Wiele demonów".

Dużo gorzkich konstatacji, podanych z ogromnym dystansem, prowincja jak żywa, plus dojrzałe, smutne przemyślenia w dużej mierze dotyczące Boga - to "Wiele demonów" w dużym skrócie. Dobrze?
Szczerze mówiąc, dla autora, jak go pytają, o czym jest jego książka, to straszne przeżycie. Takie pytanie jest łaskawym przetłumaczeniem na polski tezy, że jest to o wszystkim i o niczym albo nie wiadomo o czym, czyli sterta usypanych liter albo zdań. Natomiast ja mam odwrotne spojrzenie, do tej pory uważałem, że o sensie świata powieściowego jest "Tysiąc spokojnych miast", taka dużo mniejsza moja książka. W oparciu, że tak powiem, o własne doświadczenia, autobiograficzne, nieautobiograficzne, wspomnienia, to, pod czego byłem presją w tym czasie, jak to pisałem - bo zawsze jest człowiek pod pewną presją określonych wspomnień, określonych lektur, określonych wydarzeń - zbudowałem taki, a nie inny świat i w obrębie tego świata, który jest po części fikcyjny, po części realistyczny, po części wreszcie symboliczny, dzieją się rzeczy, które z grubsza dzieją się wszędzie.

Jakie?
Ktoś tam przepada bez wieści, ktoś komuś wydaje się podejrzany, ktoś wpada w jakiś stupor seksualny i tak dalej. Nie jest do końca powiedziane, czy to się dzieje w latach 50., czy dużo później.

Czy czyta Pan "Zwiastun Ewangelicki"?
Że czytam, to jest za dużo powiedziane.

Miewa Pan w rękach?
Ostatnio miewałem.

Z potrzeby czy przypadkiem, bo przyszedł pocztą?
Zawsze, jak jestem u matki, to czytam. Pani jest ewangeliczką?

Nie.
To skąd pytanie o "Zwiastun"?

Pan jest lutrem, dużo Pan pisze o lutrach w Polsce, a to oficjalny organ Kościoła ewangelicko-augsburskiego.
Zawsze przeglądam u matki. Tam są różnej skali materiały, matka abonuje regularnie. Zawsze przynajmniej przejrzę. Dostałem nagrodę "Zwiastuna Ewangelickiego" w 150. rocznicę powstania tej gazety. Parę miesięcy temu dostałem nagrodę. Drugim laureatem był Jerzy Buzek. Ja oczywiście nie mogłem się stawić w kościele na wręczeniu, ale oni przyjechali do mnie. Siedzieliśmy tu, wokół tego stołu, i biesiadowaliśmy przy coca-coli. Dostałem dyplom i statuetkę.

Mnie akurat parę razy literatura ocaliła życie. Nie żebym był na froncie i kula trafiła akurat w »Annę Kareninę« na mojej piersi, ale w tym sensie, że w chwilach strasznej trwogi miałem akurat co czytać

To było dla Pana ważne?
To było ważne. Było ważne, bo najtrudniej jest przekonać do siebie swoich. Ja pracowałem u Andrzeja Mleczki jako sprzedawca przez dwa lata, byłem już po studiach i ładnych paru latach pracy na uczelni, to było pod koniec PRL-u. Wtedy już się przyjaźniliśmy. Przynosił niekiedy nowe rysunki i pokazywał mi, wyraźnie ciekawy, czy się udało, czy nie. Ja byłem po tej polonistyce takim początkującym, próbowałem tego i owego, brałem ten rysunek i coś się tam mądrzyłem, coś chwaliłem, coś ganiłem, on słuchał zmordowany, bo nocą pracował, potem składał te rysunki do teczki i mówił: "Najważniejsze, żeby się chłopakom podobało". Więc najważniejsze i najtrudniejsze, żeby się chłopakom ewangelikom podobało. Dla mnie taki rodzaj oficjalnego uznania jest szczególnie ważny, bo moja pozycja w Wiśle była od lat, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna.

Przedtem traktowali Pana jak raroga, obrażali się?
Ja nie jestem taki całkiem jednoznaczny ani w życiu, ani w twórczości. Trudno jest powiedzieć... Kiedyś chodziłem do mojego przyjaciela, mistrza, któremu nosiłem próbki opowiadań młodzieńczych, dziś zapomnianego, a niesłusznie, Kornela Filipowicza, znanego głównie z tego, że pod koniec życia był mężczyzną Wisławy Szymborskiej. Słynny wiersz o kocie "Kot w pustym mieszkaniu" to jest wiersz o znanym mi kocie Filipowicza. On miał do mnie słabość z tego powodu, że on był z Cieszyna, ja z Wisły. Przychodziłem, siadałem u niego za biurkiem, robił kawę, paliliśmy, miał skłonność do pewnego rodzaju powtórzeń, mówił: "Tyś jest ewangelik z Wisły...", a ja mówiłem "Ja jestem ewangelik, ale marny", a on odpowiadał "A ja jestem marny katolik". Mówiliśmy sobie na ty, co było niesłychanie ważne - on 70, ja 30 lat, jeszcze bez książki. Ja jako wzorzec cnót ewangelickich nie bardzo się nadawałem, mogłem budzić - najdelikatniej mówiąc - pewien opór, a nawet, że tak powiem, mogło się to wydać, nie każdy jest zaprawiony z tym, że książkę należy czytać jako fikcję literacką. Wiadomo, że jedna z moich ważniejszych książek jest poświęcona alkoholizmowi, a nie wszystko na ten temat w tej książce wymyśliłem. Jest 50 tys. ewangelików w Polsce, w 40-milionowym kraju, czyli kropla w morzu. Ta garstka marzy o czymś takim, żeby zaistnieć.
Jest Małysz.
Skoki naznaczone protestantyzmem są w nikłym stopniu. No i przychodzi pisarz. I oni by chcieli, żeby ten pisarz pokazał światu, jakimi oni są wzorowymi ludźmi, jak żyją, opisał ich codzienność, ich chodzenie do kościoła. Żeby był porządnym realistą ze skłonnością do gloryfikowania. Nie znoszą innej tonacji poza gloryfikacją. I przychodzę ja, z doświadczeniem alkoholicznym, ze skłonnością do szyderstwa i groteski, z takimi, a nie innymi cechami, które oczywiście mogą tego i owego w sensie wyznaczonej czy wymarzonej roli inżyniera dusz ewangelickich drażnić. Ja się w ogóle do tego nie nadaję, choć o tym piszę. Trochę czasu trwało, żeby ten rodzaj pisarstwa ewangelickiego, został jakoś doceniony.

Zapytał Pan, czy jestem ewangeliczką. To ma znaczenie? W jednym z ostatnich wywiadów powiedział Pan, że życie bez perspektywy religijnej jest właściwie niemożliwe. Współczuje Pan ateistom, ludziom, którym tej perspektywy religijnej być może brak?
Co innego jest wiara w Pana Boga, a co innego jest perspektywa religijna. To jest za duży i za ciężki termin, bo on sugeruje perspektywę pójścia na przykład do nieba, tak to można rozumieć. Mnie chodzi o coś zupełnie innego, o pewne drobne odruchy. Nie mogę mieć do nikogo pretensji, że jest ateuszem, bo sam jestem właściwie w głębokim kryzysie religijnym. Trochę się z tego zwierzam, trochę się nie zwierzam, byłem przez lata człowiekiem głęboko wierzącym, a tu nagle... Jestem oczywiście blisko związany z luterstwem, ale coraz luźniej z Panem Bogiem. To jest możliwe, wbrew pozorom. Może być niewierzący luter. To jest tak intensywny świat, którym nie przestajesz żyć nawet, jak tracisz wiarę w Pana Boga.

To kwestia formacji kulturowej?
Formacji kulturowej, edukacji, nawyków... na przykład inaczej Biblię traktuje człowiek religijny, inaczej ten, co traci wiarę, Biblia staje się książką wyjątkową, ale jedną z wielu książek. To jest dość trudno powiedzieć, bo trzeba by tak powiedzieć: "dopóki ci szło, toś wierzył w Pana Boga, że cię chroni, że dobry. Teraz przyszły cięższe czasy, no to odwrócił Pan ode mnie oblicze swoje". To jest taka teologia pożałowania godna.

A Hiob?
No właśnie.

Jest w "Wielu demonach" piękne zdanie o tym, że spadamy i że gdzieś dopiero w połowie lotu zdajemy sobie sprawę z tego, że powrotu nie ma. Zmierzamy do śmierci. Jest coś później?
Moim zdaniem nie. Bardzo trudno jest przyjąć, nawet ludziom wierzącym, na pewno części, że życie polega na tym, że umierasz i przechodzisz dalej. A nawet - chyba nawet to odnotowałem w książce - że nawet jak nie przechodzisz, to o tym nie wiesz, boś umarł. U nas jest tylko Biblia, ale w Kościele katolickim jest jeszcze tradycja, czyli pisma Ojców Kościoła, wielkich filozofów. Jeden z nich, Tomasz albo Augustyn, rozważał kiedyś taki problem: następuje zmartwychwstanie, zmarli wychodzą z grobów, i teraz jest taki problem, czy ułomni za życia, ci bez jednej nogi, zmartwychwstaną bez tej nogi, czy ona im odrasta? Z bliznami jest zmartwychwstanie czy bez? Wchodzi to trochę w tonację kabaretową, ale jak się to czyta w opasłym tomie, wrażenie jest inne. Czy wszyscy odrodzeni wskakują w nowe skóry? Czesław Miłosz mówił, że teologia to jedno z zajęć godnych prawdziwego mężczyzny, co mi się szalenie podobało. Całe pasma "Wielu demonów" to są rozważania o Bogu, pisane językiem takim, jaki ja zapamiętałem z dzieciństwa w latach 50. w Wiśle, w ortodoksyjnej rodzinie luterskiej. Ten sam Miłosz narzekał, że czasy dzisiejsze to jest erozja wyobraźni religijnej, więc ja wróciłem do tych czasów, kiedy jeszcze erozji wyobraźni religijnej nie było.

W książce jest rozmowa między siostrami Olą i Julą o tym, że nie chcą być trumiankami, czyli spocząć w trumnach, tylko chcą być po śmierci spalone. Pastor, ich ojciec, nigdy na to nie pozwoli. Jest zapis w tradycji luterskiej, który zakazuje kremacji, czy chodzi o zwykły ludzki strach przed byciem zamkniętym w trumnie i zakopanym w ziemi?
Nie wiem, czy jest taki zapis, na pewno nie ma tego w żadnych dawniejszych kwestiach wyznaniowych. Czy jest oficjalne stanowisko mojego Kościoła w sprawie kremacji, tego nie wiem, bo to jest Kościół, który nie lubi zajmować jakiegokolwiek stanowiska w jakiejkolwiek sprawie.
Skąd ta scena? Pan myślał o tym?
No oczywiście, że myślałem. Miałem fazę taką, że na pewno chcę być skremowany i spalony, to się wzięło z kilku lektur dobrze opisujących lęk przed ocknięciem się w trumnie. Jest taka książka Saula Bellowa "Dar Humboldta", jednego z moich ulubionych pisarzy, a ta powieść jest jedną z moich ulubionych powieści XX wieku, dobrze opisująca bardzo przerażający moment. Facet opisuje swój strach przed tym, że budzi się w trumnie. Podstawowy strach. Lepiej się spalić, wtedy jest gwarancja. Tu są pewne lęki wzięte z literatury, to raz. Dwa: ważną postacią w tej książce się pojawiającą, jedną z najważniejszych postaci mojego życia, mistrzem moim i ojca mojego, był biskup Kościoła ewangelickiego Andrzej Wantuła. Był barwnym gawędziarzem. Pamiętam jego opowieść o tym, jak pierwszy raz zetknął się z kremacją i opowiadał o tym, że trudno mu było to zaakceptować. Bo na cmentarzu leży ktoś, przyjaciel, jest tabliczka. To ma nadal wymiar ludzki. A tu nagle on się znalazł w tej części cmentarza, gdzie w ścianie są urny, i tam jest nazwisko. Pamiętam, że biskup nie mógł się z tym pogodzić i raczej był przeciw.

W "Wielu demonach" jest wiele pasji, obsesyjnej miłości, pożądania. Skąd w książce o sacrum tyle profanum? Czy bierze się to stąd, że luteranie swobodniej traktują te sprawy?
Nie, tu bym był oszczędniejszy w łączeniu tego z wymiarem wyznaniowym. Można powiedzieć, że wśród ewangelików istnieje większa otwartość na sprawy seksu, jest wielu ewangelików, którzy wszystko właściwie akceptują - od in vitro zaczynając, a na aborcji kończąc. Jest otwartość, księża mogą mieć żony, a co więcej, mogą się z tymi żonami rozwodzić. To doświadczenie zmysłowe, otwarty Kościół. Jak to w praktyce wygląda, to osobna historia. Kościół katolicki wygląda mi na Kościół represyjny względem seksualizmu, ale tak do końca też nie jest, bo przecież można iść do tej spowiedzi. Nagrzeszysz, wyspowiadasz się i jest oczyszczenie. To jest dobrze skoordynowany system władzy.

Bo ma dużo dywizji?
Jest dobrze skonstruowany, dobrze skoordynowany, liczny i dominujący w świecie. Ksiądz Tischner mawiał, kiedy spał u zakonnic, mawiał, żeby go obudzić, kiedy celibat zniosą. Zniesienie celibatu, otwarcie na zmysłowość, wtedy zniknie problem pedofilii i wszystko się naprostuje.

Cud.
No, musiałby być cud. Świat nie jest rządzony metodą celibatu, a mimo to istnieje na świecie pedofilia. Nie tylko w Kościele, może tam to jest po prostu szczególnie widoczne. Broń Boże, żebym ja bronił księży katolickich. To, co jest w tej sprawie w "Wielu demonach", to "kilka myśli, co nie nowe", jak to u Norwida było.

Na ewangelików bardziej Bóg patrzy czy Szatan?
Bardziej Szatan. Jak się czyta pisma Lutra, przy czym on kazał czytać tylko Biblię, czym samego siebie unieważnił, to wyraźnie widać, że to był dziwny facet... Czy wierzył w Boga, to jest kwestia otwarta, z całą pewnością wierzył w Szatana.

Oni są sobie niezbędni.
Jest ta słynna anegdota, że Luter spotkał Szatana i cisnął w niego kałamarzem. Jest takim bytem czy istotą spersonifikowaną. Bóg i Szatan są sobie niezbędni, tylko że pod piórem Marcina Lutra i całego szeregu ludzi piszących w tej sprawie Pan Bóg wypada blado, atrakcyjny jest Szatan i jego pokusy. Piekło jest o wiele ciekawsze od nieba. Tyle mogłem o tym napisać, ile napisałem.

W takim razie pisanie bierze się ze strachu? Że koniecznie "exegi monumentum", bo jak nie, to nicość.
Można powiedzieć, i ja tak mówię, póki piszesz, żyjesz. Tu zrobię jeszcze dygresję do Kornela Filipowicza. Przynosiłem mu te opowiadania, a on pytał, "Coś mi przyniósł?". Ja odpowiadałem: "Opowiadanie". A on: "Wieleż ma stron?". "Dwanaście". On się zamyślał i mówił: "Piękny rozmiar". Rozmiar "Wielu demonów" jest pewnym dowodem, że autor, póki pisze, żyje, póki jesteś w dziele, istniejesz. Rzeczywiście to słynne pytanie Czesława Miłosza, dziś już bardzo zgrane: "Czym jest literatura, która nie ocala", na mnie robiło pewne wrażenie. W sensie ścisłym myślę, że mnie parę razy literatura ocaliła życie. Nie w tym sensie, że byłem na froncie i kula, która by trafiła w moje serce, nie trafiła, bo akurat miałem w kieszeni na piersi "Annę Kareninę", ale w sensie, że w odpowiednim momencie, który na pewno był momentem strasznym czy tragicznym, miałem, co czytać. Być może gdybym nie miał nic do czytania, toby inaczej się to wszystko - trudniej - ułożyło.
Choroba utrudnia pisanie?
Tak. Bardzo mi utrudnia. Kłopot z rękami. Miałem taki moment, że myślałem, że to już. Są teraz takie specjalne klawiatury dla niepełnosprawnych, z dużymi klawiszami. Zajmuje to pół biurka.

Używa Pan takiej?
Nie, ja używam najnormalniejszej, i będę się jej do oporu trzymał. U mnie problem nie polega na tym, że nie mogę trafić w klawisz, tylko jest to minimalne drżenie nad punktem. Zawsze wtedy, zwłaszcza w momencie stresu, palec drży. Ale spokojnie. Jak mówiła moja była teściowa: "gorzej mieli, a se chwalili".

Z trudem przyszło mi to pytania o chorobę, bo trudno jest rozmawiać o słabości, a choroba jest słabością. Chyba że traktuje ją Pan bardziej jako dar niż dopust.
Dar, dar. Oczywiście, jakbym miał możliwość wyboru, to bardzo serdecznie za ten dar dziękuję. Wolałbym nie mieć takiego daru, to jest jasne, żeby tu nie wpadać w kabotyństwo. Ale jak już jest, a wykonuje się ten zawód, który się wykonuje, to nie należy tego przepuścić, zwłaszcza że jest to - jakby to powiedzieć - nie byle jaka choroba, z pewnymi literackimi też atrakcjami. Ale nie umiem sobie z tym poradzić i nie mam na to języka jak na razie. Obawiam się, że pisząc o chorobie, popełniam stare błędy starych pisarzy, wchodzę w sentymentalizm, ekshibicjonizm, użalanie się nad sobą... Nie znalazłem jeszcze na to metody. Metodą byłoby napisanie o tym fikcji. Monolog faceta, który jest święcie przekonany, że parkinson czy parkinsonizm jest chorobą uleczalną, a na końcu mu się to udaje. Tak jak u zakonnicy wyleczonej przez Jana Pawła II. Pytałem o to lekarza, ale odmówił odpowiedzi. Ta choroba czasami się cofa, bardzo rzadko.

Gdybym miał powiedzieć Bogu, kim chciałbym być, powiedziałbym: »Jerzym Pilchem«. No bo kim? Grassem, który zaprasza do stołu wszystkie byłe żony, albo zdziwaczałym starcem Kunderą?

Wszystko jest w głowie?
Wszystko w głowie.

Kiedy przeczytałam, że Sławomira Mrożka dotknęła afazja, pomyślałam, że to straszne dla każdego, ale dla pisarza, człowieka słowa, w szczególności.
Ale on sobie ładnie poradził z tym. Miał koło siebie właściwą kobietę, nie był sam, tak jak niektórzy.

Brakuje tu kobiety?
I co ja na takie pytania mam odpowiadać? Ogłoszenie matrymonialne? Nie brakuje. Miłosz, tak często przez mnie cytowany, mówił, że poeci liryczni mają zimne serca. To samo dotyczy prozaików. Z jednej strony, jesteś zahartowany w usuwaniu wszystkiego, co przeszkadza w pracy, w podporządkowaniu życia rodzinnego pracy, najważniejsze jest biurko i wokół ciebie musi się świat kręcić. Mnie się właściwie udało do tego doprowadzić, tu, w moim mieszkaniu, osiągnąłem ten stan w jednej części wymarzony. Zawsze lubiłem być sam, 80 proc. alkoholu, jaki wypiłem w życiu, wypiłem sam. Pisanie jest zajęciem samotnym i tak dalej, i tak dalej. Ale z drugiej strony, podam prosty przykład. Przychodzi niedzielne popołudnie. Dawniej więcej łaziłem, teraz z powodu choroby mniej się ruszam, no ale chodzę po gazety, po zakupy, reszta mnie mniej bawi. Do kina nie chodzę, bo samemu pójść do kina przerasta moje możliwości. Dobrze się tu czuję, wśród moich książek, płyt, na ulicy Hożej. Nie znam Warszawy, ale znam ulicę Hożą. Przyległości już słabiej. Kiedyś myślałem, że na Hożej wszystko jest, ale nie mogłem znaleźć żarówek. Później znalazłem żarówki. Ale przychodzi moment taki, kiedy w tych warunkach idealnych - niedziela, która z natury rzeczy jest upiornym dniem - i jest nawet nieźle, bo popracujesz, poczytasz, posłuchasz muzyki, ale jesteś po tygodniu dobrej pracy i latem, jak dzień długi, przychodzi 18 i wiadomo, że nie pójdziesz do klubu ani do znajomych, bo nie znoszę mędzenia, najwyżej przez telefon, bo wtedy można zakończyć. Wiesz, że nie możesz już czytać, bo się nie da. Pisałeś do południa. Mecze obejrzałeś już dwa, już rzygasz tą piłką nożną. Nie chce się wyjść. Wtedy samotność zaczyna mieć ostrze. Zaczyna trochę boleć. I wtedy, jak mówiła pewna moja znajoma, myśli są różne. Ale to trzeba pokonać i raczej nie kapitulować. Trzymać się samotności.
Lubi Pan być sam, ale jednocześnie się samotności boi.
Dokładnie. Może się boję coraz bardziej. Z drugiej strony, moja matka mieszka sama od lat, w Wiśle, w górach, niedługo minie 20 lat. Radzi sobie z samotnością. Ma psy. Ale mnie by kot doprowadził do samobójstwa.

Czytałam, że duże wrażenie zrobiły na Panu "Dzienniki" Iwaszkiewicza. Zaskoczyły. Pisarz, który do końca pisał, pisał dobrze, w "Dziennikach" zawarł dużo goryczy.
Ja go niesłychanie cenię jako pisarza. Wbrew pozorom ja nigdy nie chciałem być pisarzem takim jak Gombrowicz, Mrożek czy Witkacy, ale chciałbym pisać takie opowiadania jak Iwaszkiewicz. W tych "Dziennikach" jest dużo pretensji do całego świata, niesłychany żal i uraz do wszystkich. "Nikt mnie nie kocha, moje córki są obojętne". Nie przyszło mu do głowy, że córki miały tatusia, który różnił się od innych tatusiów, bo posuwał chłopców i to z dzisiejszym bezwstydem. Pogrążanie się w rozpaczy na temat własnej samotności prowadzi nawet bardzo inteligentnych i poznawczo bystrych ludzi do zamącenia. Trzeba by to pociągnąć dalej i zastanowić się, jaki jest mój obraz w ich oczach, ale on chyba sobie nie zadał tego trudu. Ja mu tego nie wypominam.

Pisze Pan w "Wielu Demonach" o rozróżnieniu tajemnicy pozornej od prawdziwej. Kiedy czyta Pan książkę, od razu wyczuwa fałsz?
Tak, na pewno.

Odkłada ją Pan wtedy?
Tak. Dosyć szybko. Czasami jadę 20 stron, ale nie tylko wtedy. Czasami wiem, że książka jest bardzo dobra, i też odkładam.

Dlaczego?
Bo nie jest moja. Inny świat. Był taki pisarz Teodor Parnicki, autor takich dziwnych powieści historyczno-fantastycznych, teraz zapomniany. Ze śmiałym pomysłem, śmiało piszący, z fantastycznym, intensywnym językiem. Wiedziałem, że zaczynam czytać wielkiego pisarza, na europejską miarę, ale nie mojego. To nie było moje. Wybitne, ale innej specjalizacji.

Ma Pan pisarzy, którzy Pana złoszczą, bo są więksi od Pana?
Jestem dotkniętym rzeczywiście pewną skazą pychy. Ja bym nie bardzo chciał być kim innym, muszę powiedzieć. Jakbym miał do wyboru, jakim pisarzem chcę być, tobym chyba powiedział Panu Bogu: takim jak Jerzy Pilch. Mnie literatura strasznie dużo dała, dużo więcej, niż chyba ja dałem literaturze. Nie mam z tym problemu. Być Tomaszem Mannem bardzo przyjemnie, ale on już nie żyje. Jeszcze te parę lat, które ja mam, są fajniejsze. Być znowu Günterem Grassem, to też 90-letni starzec, który w dodatku ma zwyczaj gromadzenia przy wigilii swoich wszystkich byłych żon? Kunderą, który jest zdziwaczałym starcem? Lepiej zaryzykować życie, powtórzyć, żeby być młodym, uzdolnionym poetą, 20-latkiem, który jest bardzo utalentowany, i może będzie wielkim poetą za dwadzieścia lat - to jest niezłe. Jak mówi Zagajewski: "Jestem stary, ale wciąż są starsi ode mnie".

Jerzy Pilch, "Wiele demonów", Wielka Litera, Warszawa 2013, cena: 44,90 zł

polecane: Flesz: otyłość zabija Polaków, problem rośnie i dotyczy nastolatków

Wideo

Materiał oryginalny: Jerzy Pilch: Z Panem Bogiem jestem związany coraz luźniej. To głęboki kryzys religijny - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 37

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
j
ja

nieaktualne info.

zgłoś
B
Beata

Pan Jerzy Pilch jest bardzo mądrym człowiekiem. Życzymy Panu dużo siły.

zgłoś
f
fiu

lecz sie

zgłoś
3

Zarozumialec pomylił pojęcia, jest co najwyżej "luteraninem"!

zgłoś
b
bond 007

Za to twoje G...o W...e i TVN, zmusza cię do myślenia. Tylko o tym jak opluć Polskę i Polaków. Szkoda, że jesteś taki ciemniak i nie dostrzegasz tego.

zgłoś
b
bond 007

Pilch!!! A kiedy ty masz rozmawiać z Bogiem, jak ty 365 dni w roku jesteś nawalony ja 40 tonowa ciężarówka.

zgłoś
777

żeby leming mógł niezależnie myśleć musi się w palikociarni naćpać a do kasi jak elycie smakuje szampan z kawiorem

zgłoś
L
LILI

ZE OSTATNIEGO SAKRAMENTU NIE DOSTANIESZ

zgłoś
v
val

Co do gloryfikacji kościoła przez trolli to jest tak im większa ciemnota tym bardziej dominują klechy bo dają gotowce zamiast niezależnego myślenia

zgłoś
N
Namyśliński

Dobrze się to czyta. Ciekawe. Prawdziwe. Zwyczajne. Bez zadęcia, i na szczęście, bez hamletyzowania. Jedna tylko uwaga. Nie sil się Chłopie, na przyszłość do szczekania na Kośćół, szczególnie na ten w którym nie byłeś, nie jesteś, i raczej nie będziesz. Nie powarkuj na wiarę, w dzisiejszych czasach to domena kupci wojewódzkiej i maciusia. Tak jest.

zgłoś
777

jak śmierć zajrzy w oczy to się z BOGIEM POGODZI a wiara jest nie potrzebno i PEŁowcom dobry glina i PALIwibratorom zły glina.

zgłoś
777

jak śmierć zajrzy w oczy to się z BOGIEM POGODZI a wiara jest niepotrzebno i PEŁowcom dobry glina i PALIwibratorom zły glina

zgłoś
A
Alik

I powrócą prawdziwe wolaki,i będzie raj.

zgłoś
t
teraz

mam nadzieje, ze pisze lepiej niz mowi
bardzo chaotyczne, nieskonczone, niedbale przerwane mysli, a wlasciwie szczatki, skrawki, okruchy
choroba dreczy, nietylko fizyczna, metafizyczna, choroba duszy, grzechy, leki niespolnione nadzieje, uciekajace mijajace zycie
czas nie czeka na nikogo

zgłoś
K
Kamila

Pan Pilch salonowiec odejdzie razem z PO. I oby to nastało jak najszybciej

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3