Jesień życia i jego kres - zwyczaje na Śląsku

Magdalena Nowacka
Magdalena Nowacka
Kobieta nad grobem w dniu Wszystkich Świętych, lata 30. XX wieku, Śląsk
Kobieta nad grobem w dniu Wszystkich Świętych, lata 30. XX wieku, Śląsk arc Muzeum Górnośląskie Bytom
Udostępnij:
Jesień życia i kres na Śląsku. Anna Grabińska-Szczęśniak, etnograf z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu, opowiada o starości i obrzędach przy śmierci na dawnym Śląsku.

Jesień życia i kres na Śląsku. Starsi na Śląsku byli zawsze szanowani, a kwestie ich odejścia ze świata traktowane naturalnie

Okres starzenia się i moment śmierci w śląskich rodzinach były i są traktowane bardzo rzeczowo. Kiedyś oczywiste było też uznawanie autorytetu starszych, czyli osób, które ukończyły 50. rok życia. Teraz zaś sam moment uznawania kogoś za osobę starszą znacznie się przesunął.

Starszy ze specjalnymi względami

- Jeszcze do lat pięćdziesiątych XX wieku uważano, że osoby starsze są najmądrzejsze w całej rodzinie - opowiada Anna Grabińska-Szczęśniak, etnograf z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. - Nie patrzyło się na to tak jak dzisiaj, uznając, że mądrą jest osoba z wyższym wykształceniem. Mądrym się było, bo przeżyło się pewien okres, miało się swoje doświadczenia - podkreśla etnograf. Do takich osób udawano się po radę i darzono specjalnymi względami. Zawsze zapraszano je na uroczystości rodzinne i okolicznościowe. Miały też specjalne miejsca przy stole. Najstarsza osoba w rodzinie zaczynała wieczerzę wigilijną modlitwą.

Osoby starsze, przechodząc na emeryturę, a na Śląsku mówiło się wcześniej, że na rentę, zmieniały swoje codzienne obowiązki . - Odchodziła praca zawodowa, ale nie oznaczało to, że nic już nie robią. Mieszkający na terenach wiejskich, opiekowali się dziećmi, udzielali się w kościele, akcjach charytatywnych. Górnicy grali w orkiestrach. Bardzo często spotykało się starsze osoby siedzące na ławeczkach na podwórku przy familoku. O ile takie przesiadywanie na ławeczkach młodych osób było potępiane, o tyle w przypadku seniorów było to wręcz mile widziane - mówi Anna Grabińska-Szczęśniak.

Trumna jako... skrzynia na odzież

Na Śląsku, śmierć , która przychodziła „ze starości” i bez bólu, uważano za normalny proces i podchodzono do tego rzeczowo. Mówiło się o niej na co dzień, nie ukrywano tego przed dziećmi. Często starsze osoby fotografowały się na końcową pamiątkę i robiły sobie zdjęcia, które miały później być na nagrobkach. Większość osób starszych na Śląsku przygotowywało się do opuszczenia tego świata w sposób bardzo praktyczny i rzeczowy. Odkładali co miesiąc pieniądze na pogrzeb i trumnę. Od pewnego wieku starsi mieli też przygotowany strój do trumny. Codziennie starano się też brać udział w mszy świętej, wykupywano miejsca na cmentarzu. I coś, co może wydawać się obecnie szokujące, ale starsi mieli zakupioną wcześniej trumnę. - Trzymano ją zwykle na strychu, używając jako skrzynię na mniej potrzebną odzież, czasem służyła za skrzynię na zboże - mówi Anna Grabińska-Szczęśniak.
Samo zapewnienie sobie „lekkiej śmierci” miało sprawić dobre postępowanie w życiu. O „lekką śmierć” modlono się też do św. Józefa i św. Barbary. Bardzo często było tak, że osoby starsze były w stanie poczuć, że zbliża się kres ich życia. Zdarzało się więc, że kładły się do łóżka w oczekiwaniu na ten moment. Zapewnienie lekkiej śmierci, dla osoby konającej miała zapewnić zapalona gromnica. Miała dawać pocieszenie i spokój, a jej płomień wskazywał drogę do nieba. Taka gromnicę pieczołowicie przechowywała potem rodzina wierząc, że przynosi szczęście całemu domowi.

- W momencie, kiedy ktoś umierał, był zakaz płaczu i lamentów. Uważano, że to utrudniało takiej osobie odejście z tego świata. Należało też usunąć poduszkę wypełnioną pierzem, co też miało utrudniać śmierć. Jeśli to nie pomogło, należało konającego przełożyć na podłogę. Pomóc miała bliskość i twardość ziemi. Trzeba było jeszcze raz zapalić gromnicę - opowiada etnograf. Samą śmierć pokazywano w trzech postaciach. Jako głuchą, z dziurawymi rękami i kulawą. Ta z dziurawymi rękami przychodziła do bogatych, bo bogaci starali się przekupić, co przy dziurawych dłoniach nie było możliwe. Głucha przychodziła po dzieci i nie słyszała lamentu ich matek. Kulawa przychodziła po innych. Po skonaniu otwierano okno, aby dusza zmarłego mogła opuścić dom.

- Trzeba było jednak wyczuć, jak długo ma by ć otwarte okno, bo mogło się zdarzyć, że dusza wróci i wtedy zabierze kogoś innego z domu. Bardzo ważne było, aby zmarłemu nie zapomnieć nałożyć butów do trumny, bo jeśli się tego nie zrobi, to będzie wracał i się dopominał. Było oczywiście całonocne czuwanie. Zamawiało się rzykaczkę lub śpiewaka do intonowania modlitwy - mówi Anna Grabińska-Szczęśniak.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
karlus
Szkoda, że artykuł jest taki "skąpy".
Jednak poruszono w nim ważniejsze fakty z naszej Śląskiej geszichty...
Mój Opa padouł, co Święto Zmarłych ma być radosne - wszak to Święto! Osoba zmarła jest w lepszym świecie, a my swoją pamięcią pozwalamy jej na to lepsze życie!
Dopóki pamiętamy, dopóty istnieje nasza tożsamość... Śląska tożsamość!
Dodaj ogłoszenie