Jolanta Kleser: rzuciła pracę dla „MasterChefa”. Dziś gotuje w telewizji

Katarzyna PachelskaZaktualizowano 
Jolanta Kleser Kornelia Stec/Profifoto.pl
Jolanta Kleser - mysłowiczanka, właścicielka Pracowni Smaku w Katowicach, gwiazda „Pytania na śniadanie” w TVP oraz nowej reklamy ING, autorka dwóch książek.

Dziś jest pani właścicielką świetnie prosperującej Pracowni Smaku Jolanta Kleser w Katowicach. Jednak przez wiele lat pracowała pani na etacie. Co panią skłoniło do rzucenia etatu na rzecz własnej działalności?
Telewizja! (śmiech). Tak naprawdę to telewizja nigdy mnie nie ruszała. To pasja była tym czynnikiem zapalnym. Chciałam się sprawdzić, usłyszeć od autorytetów, czy mam do tego dryg. Gdy oglądałam pierwszą edycję show „MasterChef”, siedziałam wmurowana w fotel z zachwytu. Stwierdziłam, że muszę być w drugiej edycji, bo uwielbiam gotować, jestem mistrzynią rodzinnych uroczystości! Nie brałam urlopu w pracy, by nazbierać go tyle, żeby móc wziąć udział w programie, gdybym przeszła przez castingi. Gdy dostałam się do setki wybranych kandydatów, najpierw wybłagałam „wolne” u męża, bo mamy troje dzieci, wtedy najmłodsze miało 3 lata. Później poprosiłam o urlop w pracy. Szczerze napisałam, że proszę maksymalnie o 6 tygodni urlopu, bo idę do „MasterChefa”. Byłam wtedy przedstawicielem medycznym dziewiąty rok z rzędu w jednej firmie i 18. rok w ogóle w tej branży. Przeżyłam rozpacz, gdy odmówiono mi urlopu. Zadzwoniłam do męża, a on z powagą mówi: To co? Rzucaj robotę! Byłam w takim amoku, że od razu napisałam rezygnację z pracy i wysłałam je. Gdybym usiadła i pomyślała przez chwilę, jak typowy Koziorożec, to bym pewnie inaczej zdecydowała. Ale to był impuls, to były emocje. Byłam rozżalona, wściekła. Przyznam szczerze, że jeszcze nie miałam chwili zwątpienia i ani razu nie żałowałam tej decyzji.

I w takim nastroju pojechała pani do telewizji, by walczyć o finał „MasterChefa”?
Tak, i z perspektywą, że jak się nie dostanę do finału, to zostaję z niczym, bez pracy. Na szczęście dostałam się do finałowej czternastki i powalczyłam do 8. odcinka. Nie wygrałam kasy w „Master-Chefie”, ale wygrałam nowe życie. Od tego czasu żyję moją pasją, gotuję, karmię, teraz już szkolę. To jest niesamowite, że z dnia na dzień można z jednej zawodowej „nogi” przestąpić na drugą. To wcale nie jest takie trudne.

Wróciła pani z telewizji, za chwilę była emisja „MasterChefa”, stała się pani znana...
Po 18 latach pracy w korporacji, gdzie co rano mówią ci, co masz robić, i to robisz, masz takie nawyki, że trzy miesiące zajęło mi, by „odtajeć”. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz zadzwoni telefon, że coś jeszcze jest do zrobienia, że jakiejś tabeli nie wypełniłam. Taka jest praca przedstawiciela medycznego, ciągle jest w ruchu, cały czas się coś dzieje. Do takiej pracy trzeba podchodzić kreatywnie. Gdy jej nie ma - jest sporo czasu i energii do zagospodarowania.

Czy jakieś doświadczenia z zawodu przedstawiciela medycznego okazały się przydatne w branży gastronomicznej?
Tak, jak najbardziej. Przez 18 lat pracowałam z ludźmi i dziś mogę stwierdzić z pewnością 100-procentową, że umiem się dogadać z każdym i załatwić każdą sprawę. Dziękuję więc za wszystko, co dostałam w poprzedniej firmie. Miałam też olbrzymie wsparcie w mężu i rodzinie. W pojedynkę znacznie trudniej jest coś osiągnąć. Chociaż pamiętam mój pierwszy duży catering, na 300 osób, taki „ąę”, elegancki, wszystko w finger foodach, po 7 finger foodów razy 300. Plus live cooking. To było duże wyzwanie. Dopiero po fakcie teściowa mi powiedziała, że teść rwał włosy z głowy, bo nie wierzył, że to ogarnę. A wyszło - jak zwykle - idealnie. Ja byłam wtedy w swoim żywiole, nareszcie niezamknięta w kuchni...

No właśnie, wróćmy do pierwszych miesięcy czy lat po uczestnictwie w „MasterChefie”. Czy od razu udało się pani znaleźć pomysł na siebie i wystartować z impetem?
To samo ruszyło. Nie miałam wyjścia, bo szybko zaczęły do mnie, jeszcze jako osoby prywatnej, spływać zamówienia. Założyłam firmę, na początku działałam w wynajętej kuchni, spadły na mnie problemy logistyczne, ale trzeba było sobie jakoś radzić, bo nie miałam funduszy na rozwój firmy. Przez pierwsze trzy lata moja firma funkcjonowała bez nazwy, bez strony internetowej, bez cennika, bez wizytówek. Mimo tego, stworzyłam taką prężną firmę cateringową, że pracowałam dzień w dzień. Zlecenia były nie tylko pojedyncze, jak obsługa uroczystości rodzinnych, co zresztą uwielbiam robić. Wypytuję o szczegóły, o okazję, wymyślam niebanalne menu, bo ja się w roladę i kluski nie bawię. Lubię też imprezy firmowe, bo tu mogę poszaleć. Wymyśliłam kanapki z własnoręcznie robionych past i z nich słynę. Np. pieczona papryka, bataty i masło orzechowe. Ludzie wyjadają te pasty łyżeczkami, zamiast smarować nimi chleb, który też sama piekę, i dobierać dodatki. Moja kreatywność i świeże podejście do tematu sprawiły, że nie potrzebowałam rzeczy, które są elementarne, gdy się zakłada firmę, np. nazwa albo strona www. Tak naprawdę nie miałam na to czasu. To działało na zasadzie marketingu szeptanego, mój numer telefonu ludzie sobie przekazywali nawzajem, zadowoleni z moich dań. Po „MasterChefie” dostałam skrzydeł, że ja, jako amator, bo nie skończyłam żadnej szkoły gastronomicznej, mogę gotować dla ludzi, i to może być moja praca zawodowa.

Jak wpadła pani na pomysł stworzenia studia kulinarnego?
Przez 3 lata prowadzenia firmy cateringowej brakowało mi kontaktu z ludźmi, byłam zamknięta w kuchni. Kiedyś objaśniałam, przez pryzmat moich przepisów, zaproszonym do domu koleżankom, jak się obsługuje jakieś urządzenie do gotowania. One były zachwycone moją „prezentacją”, a ja pomyślałam, że zamiast zakładać restaurację, na co zbierałam pieniądze, otworzę Pracownię Smaku, że to będzie dla mnie, mamy trójki dzieci, bezpieczniejsze. To idealne rozwiązanie, łączę w nim gotowanie dla innych oraz zarażanie pasją do gotowania podczas moich warsztatów kulinarnych. Dosłownie każdy po takich spotkaniach wychodzi już „odmieniony” kulinarnie.

To od razu miało być miejsce, gdzie są organizowane warsztaty, gdzie można też sobie zrobić imprezę z pani cateringiem, no i showroom ze sprzętem w jednym?
Ja jestem strasznie kreatywna i lubię na wyrost zadbać o wszystko. Tworząc to miejsce, nie chciałam się skupić tylko na warsztatach. Chciałam, żeby tu była też cząstka mojej wymarzonej restauracji. Dlatego też organizujemy uroczystości rodzinne, takie jak komunia czy chrzciny. 18 lat pracy jako przedstawiciel handlowy nie da się jednak tak łatwo wyrugować z człowieka. I pomyślałam, że skoro ja smażę na jakiejś wspaniałej patelni, a przetestowałam ich sporo, i opowiadam o niej na warsztatach, to jest też impuls do sprzedaży. Nie dlatego, że ja chcę na tym zarabiać, tylko w ten sposób skraca się droga potencjalnych klientów do zakupu przedmiotu, który potrzebują i który mogą u mnie przetestować. Dlatego u mnie jest sklepik z różnymi produktami, np. przyprawami, oliwą hiszpańską czy płatkami kolorowej soli hiszpańskiej. Jesteśmy też największym na Śląsku showroomem firmy Smeg. U mnie średnio dziennie przewija się 20 osób, ale to są dokładnie te osoby, które interesują się takim sprzętem. Mogą na żywo przekonać się, jak on pracuje i nie muszą kupować kota w worku.

Czy teraz firmy już same się do pani zgłaszają z propozycją dystrybucji w Pracowni produktów?
Tak, teraz już mam wiele takich propozycji współpracy. Ja decyduję, czy to jest spójne z Pracownią, czy pasuje, czy jest to dobry produkt. Np. zawsze miałam problem z deskami do krojenia. Pojawiła się firma, która robi deski z kamienia. Doceniam ludzi, którzy mają wizję i są pełni pasji. Dostałam od nich na test deski i teraz tylko takich używam w Pracowni. Gdy opowiadałam o desce w „Pytaniu na śniadanie”, to ta firma od razu zanotowała peak sprzedaży. Magia telewizji.

Jak to się stało, że gotuje pani w „Pytaniu na śniadanie”?
Wydawnictwo Zwierciadło wydało moją pierwszą książkę, o domowych lodach, i miałam w tym programie o niej opowiedzieć. Jednorazowo. Przyjechałam tam z książką, zaczęłam o niej opowiadać, robić lody i chyba się spodobałam. Zaproponowali mi stałą współpracę. Wstaję teraz co tydzień o 3 nad ranem, ładuję zakupy, wsiadam w auto i jadę do Warszawy. I tam od 7 jest malowanie, ubieranie, a od 8 do 11 trwa program. To są takie emocje! Po programie karmię całą ekipę i tak naprawdę najbardziej lubię ten moment. Patrzę, jak zajadają się moimi daniami. Po to gotuję, aby uszczęśliwiać innych. Uważam, że to, co dajesz, zawsze do ciebie wróci.

Wróćmy na chwilę do początków Pracowni Smaku. Czy długo szukała pani lokalu na nią?
Bardzo długo. Taka działalność jest specyficzna, bo potrzebuje dużo ujęć prądu, wody i gazu, i to w różnych miejscach. Pięknie zrobione miejsca oglądałam, ale musiałabym pruć wszystko, żeby zrobić 10 ujęć wody i gazu. W sumie zdecydowałam się na miejsce w oficynie przy ul. Kościuszki w Katowicach, bo było w ruinie i mogłam tu zrobić wszystko, co chciałam. Na szczęście mój mąż jest budowlańcem, więc to on odpowiadał za realizację moich pomysłów. On nawet zrobił, na ostatnią chwilę, bo zawodowy stolarz zawiódł, najpiękniejszy mebel w Pracowni - wielki stół. Remont i urządzanie lokalu trwały rok. Zależało mi, żeby wystrój był loftowo-industrialny, ale też ciepły, kobiecy. Ta atmosfera udziela się od progu, a potem jeszcze ja „atakuję”, witam się, pokazuję, gdzie co jest. Kluczem do sukcesu tego miejsca jest to, że ja wszystkich traktuję jak swoich znajomych, którzy odwiedzają mnie w domu. Nie wyobrażam sobie, żeby tu ktoś wszedł niezauważony.

Pracownia Smaku istnieje 2,5 roku. Organizuje pani tu mnóstwo warsztatów kulinarnych. Czy na nich najlepiej się zarabia?
Warsztaty cieszą się rzeczywiście tak wielkim powodzeniem, że kiedy jakiś nagle wypada, to czuję ulgę (śmiech). Zawsze to jeden dzień w miesiącu wolny od pracy. Nie lubię kopiować innych, wymyślam więc sporo oryginalnych zajęć, np. w zeszłym roku Akademię „Szybko, zdrowo, sezonowo”, bo uważam, że nasze największe problemy to brak czasu na gotowanie. Sięgamy po gotowce i inne „trujące” składniki, bo nie mamy kiedy się tego nauczyć. Akademia zrobiła furorę i będziemy ją kontynuować. Oczywiście organizujemy też warsztaty z sushi czy owoców morza, ale doszłam do wniosku, że ludzie potrzebują też, żeby im pokazać, że można gotować łatwo, szybko i przyjemnie. Rozpoczynamy też cykl moich warsztatów „Idealne przyjęcie”, nie tylko o kuchni, ale też o nakrywaniu, serwowaniu. W sumie u nas wszystkie warsztaty dobrze się sprzedają, szczególnie moje (śmiech). Zapraszamy różne osobistości życia kulinarnego, kucharzy, blogerów, autorów książek. Kucharz, jak lekarz, uczy się do końca życia, jeśli chce się rozwijać. Ja też zawsze się czegoś nowego od nich dowiem. Warsztaty to rzeczywiście nasze główne źródło utrzymania w Pracowni, ale nie tylko te otwarte. Głównie to zamknięte warsztaty, które organizujemy dla firm, np. w formie spotkań integracyjnych. Organizujemy też imprezy rodzinne ze wspólnym gotowaniem i te są sporym hitem Pracowni Smaku. Największym sukcesem jest dla mnie to, że żaden klient nie wyszedł stąd niezadowolony.

Czy przez ten czas coś w organizacji firmy panią zaskoczyło pozytywnie albo negatywnie?
Cały czas uczę się być bizneswoman, szefową. Przez 18 lat pracy na etacie pracowałam jako podwładna. Teraz, oprócz tego, że tworzę markę, uczę innych, to jeszcze muszę zadbać o ludzi, którzy są tu zatrudnieni. Na początku robiłam wszystko sama, ale już po miesiącu stwierdziłam, że nie dam tak rady, i poszukałam ludzi do pracy. Raz czy dwa zawiodłam się na pracowniku, ale w sumie spotykam samych wspaniałych ludzi. U mnie panuje rodzinna atmosfera, nie ma rygoru czy odbijania karty. Staram się znaleźć zalety danej osoby i je wykorzystać, a nie zmieniać ją na siłę. Moją zaletą jest to, że lubię ludzi i tata mnie tak wyszkolił, że akceptuję każdego i z każdym się dogadam. Ostatnio organizowałam imprezę urodzinową, której zleceniodawczyni uprzedziła mnie, że na przyjęciu będą ludzie na poziomie, profesorowie. Powiedziałam jej oczywiście, że zrobię, co w mojej mocy, żeby wyszło idealnie, ale wcale nie potraktowałam jej lepiej niż innych klientów. Bo ja do wszystkiego i do wszystkich podchodzę z taką samą pasją. Impreza się skończyła i ci profesorowie mnie wycałowali, wzięli wizytówki, bo chcą u mnie zrobić przyjęcie. W ciągu prawie 3 lat prowadzenia Pracowni tylko raz trafiłam na klientów, którzy do dzisiaj mi nie zapłacili, wykorzystując moje dobre serce. To bardzo przykre doświadczenie, ale każde uczy, takie też.

Jest dziś pani w sumie influencerką. Gotuje pani w telewizji, wydała pani już dwie książki i wystąpiła ostatnio w reklamie banku. Jolanta Kleser to już marka.
Rzeczywiście, jak się nad tym zastanowić, to już wypracowałam sobie własną markę. To stało się naturalnie, bo nie miałam nigdy ciśnienia na „szkło” czy karierę. Zawsze ważniejsze od tego było po prostu gotowanie. Takie szczere, z dobrych składników, podane z miłością. Na pewno nie chcę mieć 10 Pracowni Smaku w całej Polsce, bo lubię wszystkiego dopilnować osobiście. Ani do telewizji, ani do reklamy się nie wpraszałam, to ludzie mnie polecili. Ktoś mnie zapamiętał jako osobę energiczną, z pasją i polecił bankowi ING. Spodobałam się i zostałam zaangażowana jako ja, Jolanta Kleser z Pracowni Smaku, a nie jakaś bezimienna osoba, do kampanii reklamowej w telewizji, radiu, na stronie internetowej banku, moją podobizną są nawet oklejone witryny oddziałów banku. Dla mnie to wielkie wyróżnienie. Pojawiła się już następna propozycja reklamy. Najpierw oczywiście przetestowałam ten produkt. To dla mnie bardzo ważne, chcę polecać rzeczy, które sama bym kupiła. Zaczynam już zarabiać na swoim nazwisku i dziękuję tym doradcom, którzy przekonali mnie do firmowania swoim nazwiskiem Pracowni Smaku. Mam jeszcze kilka marzeń, np. podróże kulinarne i własny program kulinarny w telewizji.

Rozmawiała: Katarzyna Pachelska

Jolanta Naklicka-Kleser
Pochodzi z Katowic, mieszka w Mysłowicach. Uczestniczka 2. edycji programu „MasterChef”, w którym zasłynęła z hiszpańskiej paelli. Od prawie 6 lat w branży kulinarnej, najpierw przez 3 lata prowadziła firmę cateringową, a od2,5 roku jest właścicielką Pracowni Smaku Jolanta Kleser w Katowicach. Napisała dwie książki kulinarne - „Lodovo, czyli domowe, zdrowe lody, zimne desery i smoothie” i „Zdrowe przetwory”. Gotuje w „Pytaniu na śniadanie”. Mama trójki dzieci.

Wpisz miejscowość i sprawdź wyniki wyborów

POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:

Wybory samorządowe 2018: Jak wyglądała kampania wyborcza

Jak głosowaliśmy w wyborach samorządowych: Incydenty + wydarzenia

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3