Kara Mustafa i zwykła kara

Marek Szołtysek
Po polsku mówi się na to - taczka, a po śląsku - kara. W sumie oba słowa są bardzo fajne, bo polska taczka pochodzi od "toczenia jej" przed sobą. Natomiast śląska kara kojarzy się ze śląskimi czasownikami: karycić, karować, czyli jeździć. Mówi się nawet po śląsku, że ktoś wkarycił autym lub wkarowoł autym, czyli wjechał w coś samochodem i zrobił stłuczkę.

Najprawdopodobniej więc śląska kara pochodzi od staropolskiego określenia pojazdu konnego - karety, które to zaś zostało wzięte od łacińskiego: carrus - wóz, czy z włoskiego: carozza - powóz i carretto - wózek ręczny.

Do dzisiaj też wózki na zakupy we włoskich supermarketach nazywają się carrello.

Zatem na tle tych zagranicznych słów śląska kara zaczyna brzmieć bardzo światowo, choć to pojazd mało nobilitujący, choć bardzo praktyczny. Bo jest to taka paka, pojemnik z burtami mający dwa uchwyty na ręce i kółko do toczenia przed sobą. Kara jest do dzisiaj pojazdem niezastąpionym i używanym ciągle na budowach czy przy pracach ziemnych. (Uwaga! Są jeszcze kary bez burt, nazywane "tragacz")

Dawniej w każdym śląskim domostwie była przynajmniej jedna kara. A u mnie było ich kilka, ponieważ gdy byłem mały, mój ojciec budował dom, więc bez kary się nie obeszło podczas przewożenia ziemi czy zawożenia murarzom malty, czyli zaprawy murarskiej.

Byłem więc z karą za pan brat, choćby z tego powodu, że zawsze pod koniec dnia pracy do mnie należało umycie owej kary, aby na niej nie przyschła zaprawa murarska. Ale też obcowanie z tym iście robotniczym pojazdem stało się później źródłem moich pierwszych naukowych sukcesów.

A było to tak. Pewnego dnia w szkole podstawowej na lekcji historii nauczycielka opowiadała o tym, jak to 12 września 1683 roku król polski Jan III Sobieski podczas odsieczy wiedeńskiej pobił pod austriacką stolicą wojska tureckie, dowodzone przez wielkiego wezyra Kara Mustafę. Następnie pod koniec lekcji nauczycielka zrobiła powtórzenie i sprawdzała, ile kto zapamiętał.

I wówczas ja błysnąłem, bo jako jedyny z całej klasy zapamiętałem, że ów turecki wódz nazywał się Kara Mustafa. Nauczycielka mnie pochwaliła, dała piątkę i powiedziała, że mam duże zadatki by zostać historykiem. Zatem pierwsze moje sukcesy naukowe zawdzięczałem kontaktom z robotnikami na budowie domu.

A owego Turka Kara Mustafę skojarzyłem ze znaną mi karą z budowy mojego ojca. Ale przecież liczą się fakty, bo tylko ja dostałem wtedy piątkę. I może właśnie to wydarzenie spowodowało, że trafiłem w końcu na uniwersytet i zdobyłem tytuł magistra. I oto jestem dowodem na związek prac na budowie z tytułami naukowymi. Natomiast gdyby mój ojciec nie tylko budował jeden dom, ale był przedsiębiorcą budowlanym, to miałbym podstawy sięgnąć po tytuł naukowy doktora albo profesora.

*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie