Katastrofa śmigłowca Karola Kani. Wciąż nie ma pełnego raportu. Prokuratura przedłużyła śledztwo

Katarzyna Kapusta-Gruchlik
Katarzyna Kapusta-Gruchlik

Wideo

Prawdopodobnie do końca tego roku, nie poznamy pełnego raportu Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych, dotyczącego wypadku śmigłowca pod Studzienicami koło Pszczyny, w którym zginęli biznesmen Karol Kania, oraz jego pilot. Prokuratura powołała biegłego z zakresu informatyki i przedłużyła śledztwo do 23 listopada. - Końcowy raport komisji, będzie dla nas kluczowy - podkreśla prokurator Marta Zawada - Dybek, z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Wciąż nie ma pełnego raportu w sprawie katastrofy śmigłowca Karola Kani

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku możemy nie poznać pełnego raportu Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych, dotyczącego katastrofy śmigłowca w Studzienicach koło Pszczyny, w której zginęli biznesmen Karol Kania oraz jego pilot.
Jak podkreśla prokuratura, raport jest kluczowy dla śledztwa, ponieważ pomoże wyjaśnić, co było przyczyną katastrofy.

- Śledztwo zostało przedłużone do 23 listopada. Powołaliśmy także biegłego z zakresu informatyki, który odczyta informacje z zabezpieczonych nośników, istotnych dla postępowania - mówi prokurator Marta Zawada - Dybek, z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

- Oczywiście dysponujemy wstępnym raportem komisji, która bada przyczyny tej katastrofy. Przesłuchaliśmy kilkunastu świadków, wśród których są zarówno dwie osoby, które przeżyły katastrofę, jak również mieszkańcy. Wyniki sekcji zwłok, która również została dołączona do akt sprawy, wskazują, że zarówno pasażer jak i pilot, ponieśli obrażenia, typowe dla katastrofy lotniczej. Końcowy raport komisji będzie dla nas kluczowy - dodaje prokurator Zawada - Dybek.

Przypominamy. Do katastrofy śmigłowca doszło w nocy z 22 na 23 lutego 2021 r. kilkaset metrów od lądowiska. Teren, na który spadł helikopter Bell 429, był bardzo trudny, podmokły. Gęsta mgła utrudniała widoczność. Wszystko wskazuje na to, że pilot przeleciał 300 metrów za lądowisko, ściął czubki drzew. Tuż po tym śmigłowiec rozbił się, łamiąc na dwie części. Służby miały duży problem z dostaniem się na miejsce. Ratownicy na miejsce katastrofy dotarli pieszo. Jak wynika z ustaleń policji, po katastrofie dwie osoby o własnych siłach opuściły wrak helikoptera. Karol Kania oraz jego pilot zginęli na miejscu.

- W przypadku każdej katastrofy lotniczej nie możemy sobie pozwolić na gdybanie o przyczynach. Wszystko musi zostać bardzo dokładnie zbadane, a to trwa. Pogoda była bardzo niesprzyjająca, pilot jednak był dobrze przeszkolony - tłumaczy Ireneusz Boczkowski, z katowickiego oddziału Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych.

Jeszcze na miejscu katastrofy zabezpieczono rejestratory, a same oględziny wraku trwały całą noc i zakończyły się o 6 rano. Zabezpieczony wrak najpierw trafił na policyjny parking, a następnie został przewieziony do badań, które przeprowadza Państwo Komisja Badań Wypadków Lotniczych.

Ze wstępnego raportu opublikowanego pod koniec marca przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych wynika, że 22 lutego pilot z trzema pasażerami na pokładzie wystartował o godzinie 22.27 z lotniska w pobliżu Opola. Pilot nie składał planu lotu, jak również nie nawiązywał łączności radiowej ze służbami ruchu lotniczego.

Zobacz zdjęcia

- Około godziny 22:28 utracono kontakt radarowy ze śmigłowcem. - Około godziny 22:34 UTC pojawiło się pierwotne echo radarowe z dużym prawdopodobieństwem odpowiadające śmigłowcowi. Było ono nieprzerwanie śledzone przez system radarowydo godziny 22:51 UTC, kiedy kontakt radarowy został ostatecznie utracony. Śmigłowiec mógł znajdować się wtedy w odległości około 10 NM od lądowiska EPPY (Pszczyna) - czytamy w raporcie. Podczas podejścia do lądowania około godz. 23:00 doszło do zderzenia śmigłowca z wysokimi drzewami w lesie, a następnie z ziemią. Pilot był trzeźwy posiadał także ważną licencję pilota zawodowego oraz ważne badania lotniczo-lekarskie. Miał także duże doświadczenie w lotach śmigłowcami, jednak małe doświadczenie w lotach na Bell 429. Śmigłowiec zderzył się z ziemią przednią częścią kadłuba, a następnie opadł na jego lewy bok.

- Zachowane po wypadku elementy układu sterowania poruszały się płynnie, bez zacięć. Pedały orczyka po obu stronach kabiny pomimo deformacji pozostały połączone kinematycznie i dawały się poruszyć, przekazując ruchy na dalsze elementy układu sterowania. Podobnie rzecz miała się w przypadku układu dźwigni i popychaczy umieszczonych pod podłogą kabiny, a idących od przełamanych drążków sterowych. Przekładnia ogonowa, wraz z pozostałym fragmentem wału napędowego wirnika ogonowego zachowały możliwość ruchu a przeprowadzone oględziny wykluczyły możliwość zaistnienia niesprawności tego podzespołu w locie - wynika ze wstępnego raportu PKBWL.

Przednia część kadłuba uległa całkowitemu zniszczeniu. Wewnątrz kadłuba doszło do licznych lokalnych pęknięć i przemieszczeń elementów struktury i wyposażenia. Strefa zmiażdżenia sięgnęła rejonu od przodu kadłuba do pedałów orczyka, które pomimo deformacji pozostały na swoim miejscu. Drążki (zarówno lewy jak i prawy) zostały połamane –najprawdopodobniej na skutek kolizji z ciałami osób zajmujących przednie fotele śmigłowca. Lewy drążek uległ złamaniu w jednym, a prawy w dwóch miejscach, co świadczy o dużej sile uderzenia ciała pilota o drążek. Te wszystkie dane, analizuje Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Eksperci zaznaczają, że proces badania zdarzenia lotniczego nie może być traktowany jako ostatecznie zakończony. Badanie może zostać wznowione w razie ujawnienia nowych informacji lub zastosowania nowych technik badawczych, które mogą mieć wpływ na inne, niż zawarte w raporcie, sformułowanie przyczyn, okoliczności i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa.

O katastrofie helikoptera powiadomił służby świadek zdarzenia, który usłyszał straszliwy huk. Tylko dzięki niemu udało się służbom dotrzeć na miejsce tak szybko. Mężczyzna natychmiast też ruszył z pomocą. Wziął z domu krótkofalówkę i pomagał służbom zlokalizować miejsce katastrofy - mówiła dziennikarzom sierż. sztab. Ewelina Rojczyk, rzeczniczka prasowa Komendy Powiatowej Policji w Pszczynie.

Nie przeocz

Śmigłowiec Bell 429, którym podróżowali tej feralnej nocy, to najbardziej nowoczesny i lekki dwusilnikowy śmigłowiec na świecie. - Zastosowano w nim najnowsze technologie, a także rozwiązania konstrukcyjne, m.in. w budowie głównych podzespołów, na niespotykaną dotąd skalę. Wprowadzono materiały kompozytowe - podaje firma JB Inwestment, która w 2014 roku w imieniu Bell Helikopter, amerykańskiej firmy, podpisała w Polsce pierwsze umowy na sprzedaż tego modelu śmigłowca. Ten którym lecieli, został zarejestrowany 5 stycznia i miał wylatane zaledwie 40 godzin. Mężczyzna, który pilotował śmigłowiec, pracował dla Karola Kani 15 lat. Wcześniej był pilotem wojskowym.

Karol Kania był milionerem, głową rodziny Kaniów, biznesmenów z Pszczyny (w okolicy mieszka jeszcze jedna znana rodzina Kaniów, to byli właściciele zakładów mięsnych ZM Henryk Kania, których zakład upadł w niesławie). Karol Kania był założycielem i właścicielem jednego z największych w Europie producentów podłoża pod uprawę pieczarek, firmy Karol Kania i Synowie, znajdującej się w Piasku koło Pszczyny.

Zobacz koniecznie

Musisz to wiedzieć

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie