Gliwicka działaczka feministyczna, Małgorzata Tkacz-Janik, w dniu pogrzebu Kory (Olgi Jackowskiej-Sipowicz) w środę, 8 sierpnia 2018 r., parę minut po północy, opublikowała na swoim profilu na Facebooku poruszające wspomnienie o wizycie, jaką złożyła artystce, gdy ta przebywała w Centrum Onkologii w Gliwicach.

PISALIŚMY:
Pogrzeb Kory. Artystka spocznie na Powązkach. Wieloletnia liderka Maanamu przegrała walkę z rakiem

Poniżej publikujemy cały wpis w oryginalnym brzmieniu:

17 maja sms przyszedł późno, odczytałam go dopiero rano. Magda pisała z Warszawy. Kora jest w Gliwicach. Na Onkologii. Kup kwiaty. Pieniądze nie grają roli. Kocha piwonie. Brak jej kwiatów w szpitalu. I czegoś dobrego do jedzenia. Pamiętaj, piwonie i tulipany. Ugotujesz coś?

Jak to zrobić? Jak wejść do pokoju chorej Kory? Czy wolno wnieść naręcza kwiatów? Kupiłam cztery wiadra. Piwonie, tulipany i inne. W czterech, cynowych wiadrach. Olga wybrała kwiaty, a Tulipan wymyślił, że wody dolejemy na miejscu, w pokoju Kory, na szóstym piętrze. W ten sposób było łatwiej. Pomógł mi. Pokonaliśmy parking, potem szliśmy przez gliwicką bladozieloną onkologię, jechaliśmy wielką, metalową windą do przewożenia ludzi na operacje i na zawsze gdzieś tam gdzie jest to gdzie indziej. Ludzie patrzyli oczarowani, kwiaty były jak życie samo w sobie, soczystość, kolory, delikatność i śmierć, bo przecież ucięte kwiaty tak mają. Głupia, przeżegnałam się przed wejściem do pokoju. Wieśniara. Przywitała mnie smukła, szczupła piękność, w niezwykłym stroju mieniącym się od wzorów, haftów i krojów; szarf, chust, szarawarów, zarękawków, faktur i frędzli. Całe pomieszczenie było zresztą jak mikrokosmos sansary; sny, dni, wieczne noce, cierpienie i przebudzenia. Grało światło, była taka świetlistość idąca z nieba przez wielkie niezasłonięte niczym okno, kładły się cienie barw na barwach, jakich chyba nigdy nie widziałam. Kora miała na dłoniach niezwykłe pierścienie, bransoletki i wiele innych ozdób.

- Czekałam na panią.

Była w niej i opalona piękność, i biegnąca z wilkami, i Polka chora na raka w śląskim, gęstym, brudnym powietrzu. Uśmiech kota z Cheshire, zęby świeciły i przyciągały wzrok, były świetne, budziły podziw i respekt. Na nakaslikach leżały obrusy z indyjskich chust a na nich książki, mnóstwo książek. Pięknie się przywitałyśmy, mocny uścisk i serdeczność. Porwała ode mnie pierwszy bukiet i wiadro, aby nalać wody w brodziku, w łazience. Przy drugim, trzecim i kolejnym wiadrze pomogłam. Tak zarządziła. Stanowczo.

- Niech Pani nalewa wody.

Nalewałam. Ustawiałyśmy wiadra. Bukiety. Dwa na podłodze zielony i fioletowo-żółty. Jeden na stole – różowo-pudrowy i ostatni prawie całkiem biały na parapecie. Idealnie wpisały się w tę scenografię przykrywając kwietną tęczą wszelką chwilowość i przezroczystość. Kwiaty ożyły i lśniły kropelkami z prysznica. Kora je układała w idealne formy. Potem wpół leżąc, wpół siedząc na grubej chuście rozrzuconej na szerokim łóżku poplotkowałyśmy trochę o Gliwicach. O punkowej przeszłości miasta, o obecnej gastronomii, bo przecież - nie ma tu co jeść. O tym, że Kora wiele razy w klubach tutejszych występowała i że sporo pamięta. A potem musiałam biec. Spieszyć się na 5. Kongres Kobiet województwa śląskiego w Sosnowcu. Utuliłam Jej dłoń do policzka, co dobrze przyjęła i już się obracałam ku wyjściu, kiedy powiedziała, że życzy mi i kobietom z Kongresu Kobiet mnóstwo siły i że kobiety są wyjątkowe, i że jeśli jeszcze tego nie wiem, to powinnam przeczytać Mariny Abramović „Pokonać mur”.

- Proszę to przeczytać jutro.
- Dobrze.
- Niech pani już idzie, bo się pani spóźni.
- Wpadnę w poniedziałek z czymś pysznym do jedzenia.
- Życzę pani powodzenia – hojnie zaopatrzyła mnie na odchodnym. Jak nas wszystkich. Chyba na zawsze? Muzyką. Szczerością i umiłowaniem piękna. Książek i ludzi. Mimo wiedzy o złu.

Niosę dziś na Powązki ze Śląska kwiaty dla Kory. Piwonie, tulipany i inne.

POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:

Zobacz najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w programie TyDZień