Marek Szołtysek: Ministrant i Tereska

Marek Szołtysek
Pamiyntom jak za bajtla, czyli kiedy miałem cztery lata, postanowiłem zostać ministrantem. Takim normalnym kościelnym ministrantem. Początkowo rodzina niezbyt się tym przejęła. Wszyscy sądzili, że przejdzie mi to tak szybko, jak wcześniejsza chęć zostania kominiorzym czy indianerym. Ja jednak, jako uparty Ślązok, sprawę potraktowałem poważnie.

Swoje postanowienie rozpocząłem realizować od zorganizowania sobie ubrania. Nawet dzieci wiedzą, że ministranta poznaje się głównie po ubraniu. Zabrałem się do roboty. Najłatwiej poszło mi z komżą, którą udało się wygrzebać w babci szafie. Była to stara koszula po dziadku.

Następnym krokiem było wymarudzenie, aby ktoś mi uszył ministrancki kragiel, czyli kołnierzyk. Oczywiście czerwony. Tego psychicznego napięcia nie wytrzymała ciocia Hela, więc siadła do starej rodzinnej singerki i uszyła. Jednak wobec coraz większego oporu rodziny poszedłem na kompromis. Zrezygnowałem z przerobienia starej czerwonej spódnicy, a całą energię skupiłem na pozyskaniu dzwonka. Bo wiadomo, że ministrant jest w kościele najważniejszy, kiedy dzwoni. Wtedy jest uważnie słuchany i wszyscy mu zazdroszczą tej wyjątkowej zabawy. W tym celu chciałem rozebrać stary budzik albo dzwonek przy drzwiach, ale przypomniałem sobie, że dziadek ma jakiś dzwonek, którym na wiosnę wygania szpoki i inne ptaszyska żerujące na naszej cześni, czyli czereśni. I robota została wykonana.

W tak skompletowanym stroju i z odpowiednio dzwoniącym sprzętem nie rozstawałem się ani na chwilę. Nawet chodziłem tak spać. W ciągu dnia zaś uciekałem w tym ministranckim przebraniu z domu do kolegów. Tak, musiałem uciekać, bo nikt z rodziny nie chciał mnie w tym ubraniu wypuścić poza plac i ogród, bo ponoć było im za mnie wstyd. A jaka była awantura, gdy w tym stroju chciałem iść do sklepu albo do piekarza po żymły, czyli bułki! Cała rodzina marudziła, że to wstyd, że gańba i straszyli, że mnie ukradnie haderlok, czyli człowiek skupujący stare szmaty. Takie problemy miewa się z małymi dziećmi. Ale…

Moja babcia powiedziała kiedyś, że małe dzieci i starzy ludzie są po jednych piniondzach, czyli są podobni. Czy to jest prawda? Jak przyglądam się mojej znajomej Teresce, to myślę, że to jest możliwe! Od kiedy zaczęła słuchać pewnego radia, to święcie uwierzyła, że cały liberalny świat sprzysiągł się przeciwko prawdziwym Polakom i każda rozmowa z nią kończy się kłótnią. A emerytowany Francek stał się na starość śląskim autonomistą, który święcie wierzy, że gdy Śląsk będzie autonomiczny, to potanieją woda, prąd i benzyna. I co z tym fantem zrobić? Nic! Nie należy się zanadto przejmować, bo każdy ma prawo do odrobiny szaleństwa!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie