Michał Rolnicki o spektaklu "What the heil?!" Teatru Śląskiego: Sama historia Mikołaja Beljunga od początku była dla mnie fascynująca

Aleksandra Szatan
Aleksandra Szatan
Michał Rolnicki to odtwórca głównej roli w najnowszym spektaklu Teatru Śląskiego "What the heil?!"
Michał Rolnicki to odtwórca głównej roli w najnowszym spektaklu Teatru Śląskiego "What the heil?!" Przemysław Jendroska
Udostępnij:
Tydzień temu odbyła się premiera nowej produkcji Teatru Śląskiego. Spektakl „What the heil?!”(w reżyserii Bartosza Błaszczyńskiego) opowiada o Węgrze, który całe życie związał ze Śląskiem, a Śląsk o nim zapomniał. Przedstawiona w spektaklu historia jest jedynie miejscami prawdziwa, bo choć Mikołaj Beljung istniał naprawdę, z jego życia pozostało nam zaledwie kilka anegdot i wycinków prasowych. – Przekonały mnie trzy aspekty: rodzaj pracy, reżyser i sam temat. Jestem fanem teatru offowego, laboratoryjnego, trochę warsztatowego, bo tam czuję wolność – mówi Michał Rolnicki, odtwórca głównej roli. Pochodzący z Warszawy aktor, od 15 lat zawodowo związany jest z Teatrem Śląskim.

Rozmowa z Michałem Rolnickim

Czy twoim zdaniem „What the heil?!” to bardziej spektakl o „polskim Jamesie Bondzie” czy o „śląskim Klossie”? Czy tego rodzaju etykietki są w ogóle potrzebne?

Nasz spektakl czerpie zarówno ze świata Jamesa Bonda i Hansa Klossa. Na scenie dzieje się bardzo dużo i szybko, jest kolorowo, wykorzystujemy też sporo gadżetów i to wszystko bardzo kojarzy mi się z Jamesem Bondem. Natomiast świat Hansa Klossa przenosimy w realiach tamtego czasu. Wydarzenia w spektaklu „What the heil?!” rozgrywają się głównie w Polsce. Jest trochę szarości, a nawet mam wrażenie, że mroku, smutku i tęsknoty. Wydaje mi się, że sporo jest tam również takiego polskiego problemu z pamięcią – że pamiętamy za dużo lub za mało i nie wyciągamy wniosków. Podsumowując, świat zewnętrzny bardziej kojarzy mi się ze światem Jamesa Bonda, natomiast elementy wewnętrzne, relacje między bohaterami są ze świata Hansa Klossa. Myślę, że w kontekście tego spektaklu żadne etykiety nie są dobre. Proponuję obejrzeć przedstawienie bez żadnego obciążenia, po prostu przyjść i się nim cieszyć.

O czym jest spektakl „What the heil?!” – o relacjach międzyludzkich, samotności, zapomnieniu?

Przede wszystkim staraliśmy się zrobić spektakl o pamięci i niepamięci, o przemijaniu, a także o dużym smutku. Na podstawie szczątków życiorysowych, do których dotarliśmy, wiemy, że Mikołaj Beljung to człowiek o niebywałej osobowości, bardzo rozległej, a także o wspaniałej wyobraźni i fantazji. Z tego co wiemy, miał liczne dokonania, imał się nieprawdopodobnej liczby zajęć. Jego dokonania można by rozdzielić na przynajmniej 10 życiorysów. A teraz nie upłynęło nawet 50 lat, a w zasadzie on już prawie nie istnieje. Nie pozostały po nim ani rzeczy, ani sprawy, którymi się zajmował. To jest ekstremalny przypadek. W przypadku człowieka żyjącego zwykłym życiem zawsze coś pozostaje w pamięci, a o tym człowieku nie ma prawie nic. To bardzo smutne i stawia nam pytania, jaki jest sens tego co robimy? Co jest ważne? Na czym skupić swoje życie? Mimowolnie takie pytania pojawiały się w trakcie realizowania tego spektaklu. Chyba jednym słowem jest to spektakl o sensie.

Czy uważasz, że Mikołaj Beljung był samotny, mimo tych wszystkich ról, które ogrywał, i przygód, które go spotykały?

Chyba nie mam prawa stawiać takich tez czy był samotny czy nie, ale rzeczywiście pojawiło się podczas realizacji takie przypuszczenie, że Mikołaj Beljung mógł być bardzo samotny w kontekście tego, że kiedy ma się wszystko, to tak naprawdę nie ma się nic. Skoro rzeczywiście miał 20 twarzy, to może właściwie nie miał żadnej? On był w ciągłym ruchu. Cały czas przed kimś uciekał i przede wszystkim cały czas działał. Mam wrażenie, że był wręcz uzależniony od jakiejś adrenaliny i przez to mógł być kompletnie niezrozumiały i obcy. I to mogło rzeczywiście powodować jego samotność.

Brawura, odwaga, poświęcenie… Spotykając się z historiami znanych osób, również z kręgu popkultury i bohaterów, nie zastanawiamy się nad ceną, którą przyszło zapłacić ich najbliższym. O co walczył Mikołaj Beljung i czy osiągnął swój cel?

Trudno mi to oceniać, ponieważ nie chciałbym skrzywdzić go swoją opinią. Wyobraziliśmy sobie, że bohater, który żyje w ten sposób, musi ponieść jakieś konsekwencje, bo przecież muszą istnieć jakieś skutki uboczne takiego życia. I doszliśmy do wniosku, że jest to deficyt relacji rodzinnych. Skupiliśmy się na relacji z córką – postanowiliśmy, że pojawi się w tej relacji konflikt. Sam spektakl podzieliśmy na dwie części. Przez trzy czwarte spektaklu pokazujemy to, co robił sam Beljung i przyznaję, że jest tam duża doza szaleństwa. Ale jest też pozostała część, w której pokazujemy, co wydarzyło się po tym całym szaleństwie jego życia. On walczy o córkę, żeby go dobrze wspominała, a może żeby w ogóle go wspominała; żeby zrozumiała, że to, co on robił dla ludzi, dla świata wokół niej, robił też dla niej samej. A kiedy to zrozumie, aby mogła to docenić i o tym mówić. To nie było jego widzimisię, bo przecież on robił to wszystko dla wyższych celów. O tym się zapomniało. On córce o tym przypomniał, a córka z kolei przypomniała tę historię całemu światu. W kontekście naszego spektaklu Mikołaj osiąga swój cel. Wygrywa.

Co dla ciebie było kluczowym argumentem, by przyjąć rolę w spektaklu „What the heil?!”?

Przekonały mnie trzy aspekty: rodzaj pracy, reżyser i sam temat. Jestem fanem teatru offowego, laboratoryjnego, trochę warsztatowego, bo tam czuję wolność. Praca przy tej realizacji dała mi możliwość poczucia właśnie wolności w pracy. Z samym Bartkiem Błaszczyńskim, reżyserem pracuje po raz kolejny. W relacji aktor – reżyser, pierwszy raz spotkaliśmy się podczas pracy nad spektaklem STAŚ i ZŁA NOGA, który odniósł ogólnopolski sukces. Wydaje mi się, że podobnie myślimy o teatrze. I trzeci powód - sama historia Mikołaja Beljunga od początku była dla mnie fascynująca, a dla aktora możliwość udokumentowania życia człowieka jest zawsze bardzo ciekawym wyzwaniem. Był też oczywiście trudny moment, kiedy pojawiły się duże wątpliwości, ponieważ opowiedzieć o człowieku, o którym przecież niewiele wiemy, to ogromna odpowiedzialność. Liczyliśmy się również z zagrożeniem, że pojawi się ktoś, kto znał Mikołaja i powie: „co wy zrobiliście?!”. To nie było tak. Zresztą w spektaklu córka co chwilę w ten sposób reaguje na grupę rekonstrukcyjną, która stara się przytaczać anegdoty z jego życia. Nie było to łatwe.

Kim jest Mikołaj Beljung w twojej interpretacji? Co było najbardziej fascynujące w tej postaci?

Mikołaj Beljung był człowiekiem o dwudziestu, a może nawet o stu twarzach. Dla aktora to jest fantastyczne wyzwanie, a przypomnę, że nasz spektakl trwa tylko godzinę i pięć minut. Przez ten krótki czas pokazać nie sto, ale kilka twarzy bohatera, jest bardzo kuszące i pasjonujące. Konstrukcja spektaklu jest taka, że jesteśmy grupą, która rekonstruuje Mikołaja Beljunga oraz postaci z jego otoczenia. Ja jako rekonstruktor głównego bohatera podchodzę do tego tak, jakbym podszedł do budowania roli Mikołaja Beljunga. Tu się usprawiedliwię, na początku robię to nieumiejętnie i sztampowo, ponieważ tak to sobie mój rekonstruktor wyobrażał. W miarę upływu spektaklu mój rekonstruktor wchodzi coraz głębiej w tego bohatera, na koniec się nim staje i nie potrafi z niego wyjść. To jest chyba najlepsza recenzja bohatera: że chce się z nim być, nie chce się z niego wychodzić, rozstawać się z nim, tylko chce się, by towarzyszył nam już zawsze.

„What the heil?!” to próba rekonstrukcji życiorysu Mikołaja Beljunga? Na co kładliście największy nacisk?

Trudno mówić o rekonstrukcji życiorysu człowieka, o którym mamy minimalną ilość sprawdzonych informacji. Oczywiście danych szukaliśmy w bardzo wielu miejscach i źródłach, niestety najczęściej bezskutecznie. Sporo szczegółów poznaliśmy dzięki porywającemu reportażowi opublikowanemu w „Trybunie Robotniczej” w 1969 roku – w programie do spektaklu zdecydowaliśmy się zamieścić ten tekst bez skrótów, by przybliżyć widzom nietuzinkową postać Beljunga. Szukaliśmy też kontaktu z jego rodziną, niestety bez efektów. Udało się nam porozmawiać z sąsiadami mieszkającymi na tym samym osiedlu, jednak nie przyniosło to wielu nowych informacji, nie odnaleźliśmy też grobu na katowickim cmentarzu przy Sienkiewicza. Wszystkie tropy nagle się urywają, ale mogę zdradzić, że mamy nadzieję niedługo spotkać się z jednym z piłkarzy, którego trenował Beljung, bo był on przecież także trenerem piłkarskim.

Jak przebiegała praca nad spektaklem? Pandemia zweryfikowała wiele artystycznych planów, także w Teatrze Śląskim.

Udało nam się stworzyć wspaniały zespół. Wielokrotnie dochodziły do mnie głosy, że my się tam po prostu świetnie bawimy. I tak rzeczywiście było – podczas prób intensywnie pracowaliśmy, ale też bawiliśmy się doskonale. Oczywiście zdarzały się zgrzyty, ale takie, które budowały między nami coś nowego. Sam tekst nie miał linii fabularnej, w związku z tym musieliśmy mocno zarysować oś tego spektaklu i wokół niej budować kolorowe zdarzenia. Bartek bardzo odważnie wymyślił, że jesteśmy aktorami, więc po części sobą, czyli ludźmi, którzy odgrywają coś wielowarstwowego. Gdy złożyliśmy to w duchu tego pomysłu, mieliśmy obawy, że historia będzie nieczytelna, bo na scenie dzieje się bardzo dużo, jednak potem okazało się, że gdy odpowiednio ułożyliśmy te klocki, to wszystko poszło gładko.

W zwiastunie wcielasz się w Beljunga, który dowiaduje się, że pamięć o nim nie została zachowana. Jakie emocje to w tobie wzbudziło?

W teaserze okazuje się, że Mikołaj Beljung wstał z grobu, którego nie ma, i próbuje odwiedzić miejsca, które były dla niego bardzo ważne. Jest mowa o restauracji Hungaria na ul. Mariackiej, o Orbisie na ul. Dworcowej czy o Stadionie Śląskim w Chorzowie. Dla mnie prywatnie to było naprawdę wzruszające, ponieważ wyobrażam sobie, że te miejsca były dla Mikołaja bardzo ważne, bo wiązały się z najważniejszymi wydarzeniami w jego życiu. Po blisko 50 latach prawie nie ma śladu po tych miejscach. Kiedy chodziliśmy ścieżkami życia Beljunga, zajrzałem do miejsca, gdzie znajdował się Orbis i zapytałem, czy faktycznie był tam kiedyś Orbis, ale pani nie wiedziała… Kiedy byłem pod stadionem, również nikt nie wiedział, kto był jego pierwszym dyrektorem. To niesamowicie smutne, że po 50 latach nie ma śladu po ludziach i miejscach, które kiedyś były dla nich całym światem. Mam dreszcze, kiedy o tym myślę, ponieważ przekładam to na siebie. Po co? Dla kogo robimy to, co robimy?

Nie przeocz

Tydzień temu odbyła się uroczysta premiera. Jak widzowie odebrali spektakl? Z jakimi głosami najczęściej się spotykałeś?

Publiczność premierowa jest szczególnie wymagającą publicznością, byliśmy tym poddenerwowani, jednak byliśmy też bardzo mile zaskoczeni reakcjami, ponieważ widzowie byli bardzo aktywni. W spektaklu mamy kilka scen z elementami interakcji z publicznością, w których współgramy z widzami. Zawsze jest to wyzwanie, bo nigdy nie wiadomo, czy widz wejdzie w tę naszą zabawę, niektórzy mogą czuć się niezręcznie. Natomiast publiczność premierowa bardzo chętnie weszła w tę zabawę – to nam bardzo pomogło. Pod koniec widzowie okazywali wzruszenie, a to jest dokładnie to, co chciałbym osiągać teatrem. Najważniejsze są dla mnie różnorodne emocje i to, żeby nie ograniczać się tylko do jednej. Kiedy są wszystkie, wtedy jest najpiękniej.

„What the heil?!” to kolejny spektakl Teatru Śląskiego, z którym jesteś związany od 15 lat. Katowice mocno konkurują z Warszawą o serce Michała Rolnickiego? Tu jest twoja zawodowa baza?

Katowice nie mają konkurencji chociaż mój przyjazd tu czasem wiąże się z różnymi wyrzeczeniami. A le wiem, że warto, dlatego trzymam się tego miejsca, tego teatru i tego miasta. Zamierzam robić to dalej. Był moment, kiedy pomyślałem, czy nie warto spróbować czegoś innego. Zastanowiłem się, gdzie to mogło by być i chyba ciągle mogłyby to być Katowice. Jest tu dla mnie jakaś taka baśniowość. Często mroczna, często upiorna, ale jednak baśniowość. Lubię śląską mentalność. Jest tu swoista magiczność i inny rytm. W porównaniu do Warszawy akcenty życia codziennego położone są gdzie indziej. Czuję się tu trochę jak w domu, jest mi tu przytulnie i czuje się tu dobrze.

Jakie masz najbliższe plany teatralne związane z Teatrem Śląskim?

Trzy dni po premierze rozpocząłem mój kolejny projekt. Zaczęliśmy z Agatą Dudą-Gracz próby do spektaklu „Odys i świnie, czyli opowieść mitomana”. Czuję się kosmicznie, to będzie coś totalnie magicznego! To jest coś, co mnie najbardziej ciągnie w tym zawodzie: to, że jest w nim magia, coś irracjonalnego, czasem trochę absurdalnego, nadprzyrodzonego, niedotykalnego i niewidzialnego. To są doznania, które w tym, co robię, mnie najbardziej fascynują. A w spektaklu Dudy-Gracz jest duża szansa właśnie na coś takiego. Premiera „What the heil?!” dopiero się odbyła. Ten spektakl cały czas będzie się jeszcze rozwijał, bo proces twórczy nadal trwa. Jeśli ktoś był raz, to zapraszam za dwa miesiące, to wtedy może być już zupełnie inny spektakl.

Musisz to wiedzieć

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Cannes – festiwal filmu i kreacji

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

e
egszberd
Czyli sami przyznaja, ze totalna fantazja.

Podczas gdy pelno innych tslaskich zw. Bohaterów z tego czasu: Froehlich, Weissler, Respondek,, von Pfeil, Mandrella, Battel, von Matuschka, Pietz itd. last but not least Maria Stromberger.

No, ale oni by znowu mniej pasowali do tej pieknej, upiknionej i uproszczonej oficjalnej polskiej historiografii.
Przejdź na stronę główną Dziennik Zachodni
Dodaj ogłoszenie