Morderstwo w Gliwicach zszokowało Polskę. Mężczyznę był zapakowany w walizce i wrzucony do Kłodnicy

Katarzyna Kapusta-Gruchlik
Katarzyna Kapusta-Gruchlik

Wideo

Zobacz galerię (5 zdjęć)
Skrępowane sznurkiem ciało, naciągnięty na głowę worek foliowy i walizka, w której upchnięto zwłoki mężczyzny. Ważyły tylko 38 kilogramów. Ta makabryczna zbrodnia zszokowała najpierw mieszkańców Gliwic, a później wstrząsnęła całą Polską.

4 kwietnia 2016 roku mieszkaniec Gliwic spacerując przy ul. Wybrzeże Armii Krajowej, niedaleko Centrum Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, dostrzegł w Kłodnicy walizkę. Od razu zadzwonił na policję. Na miejsce przyjechała ekipa dochodzeniowo-śledcza oraz prokurator. Szybko okazało się, że w walizce są zwłoki starszego mężczyzny. Sprawą zajęli się funkcjonariusze Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Gliwicach oraz Prokuratura Rejonowa Gliwice-Wschód.

Zlecono sekcję zwłok mężczyzny, która miała wyjaśnić jak zginął, jednak jej wstępne wyniki nie dały jednoznacznych odpowiedzi. Funkcjonariusze starali się ustalić tożsamość mężczyzny, a także przebieg wydarzeń.

ZOBACZCIE ZDJĘCIA

- Jeśli chodzi o obrażenia, to biegła ustaliła, że zarówno na przedramionach, jak i na nogach zmarłego znajdują się podbiegnięcia krwawe (siniaki - dop. red.). Ich charakter pozwala przyjąć, że powstały w wyniku działania innej osoby – podkreślała w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim prokurator Joanna Smorczewska z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

- Jeżeli chodzi o inne obrażenia, to mężczyzna miał siedem złamanych żeber po prawej stronie. Natomiast w przypadku samego mechanizmu zgonu biegła nie wykluczyła, że mogło dojść do uduszenia, aczkolwiek nie ma takich jednoznacznych, charakterystycznych objawów – wyliczała Smorczewska.

Zlecono dodatkowe badania histopatologiczne, toksykologiczne, genetyczne (DNA) oraz daktyloskopijne. Prowadzono szeroko zakrojone śledztwo, a funkcjonariusze przyjęli kilka hipotez, które były w toku śledztwa weryfikowane. Jedną z osób, które zajmowały się tą sprawą od początku, był Patryk Drabek. Dziennikarz opisywał ją na łamach Dziennika Zachodniego. Później także z sądowych ław, śledził cały proces.

- To była jedna z bardziej makabrycznych spraw, którą zajmowałem się w pracy dla Dziennika Zachodniego. Już sam fakt, że zwłoki znajdowały się w walizce – trudno było sobie to wyobrazić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze pod uwagę, że może dojść do takiej zbrodni. Sam nie dowierzałem, gdy pojawiły się informacje, że w walizce są zwłoki – wspomina sprawę Patryk Drabek, były dziennikarz śledczy.

- Obserwowałem modelowy system pracy zarówno policjantów z KMP w Gliwicach, jak i gliwickiej prokuratury. Ten temat w skali kraju odbił się bardzo dużym echem. Sprawa była bardzo trudna. W toku śledztwa oczywiście pojawiały się kolejne wątki, które trzeba było sprawdzić. Najpierw ustalenie tożsamości zmarłego, później zatrzymanie podejrzanego. Sam wspólnie z fotoreporterką Marzeną Bugałą, prowadziłem dziennikarskie śledztwo w tej sprawie. Jeździliśmy po Gliwicach i próbowaliśmy odtwarzać losy pana Helmuta. Jednak im dłużej człowiek się zajmował tym tematem, tym bardziej docierało do nas, jak bestialska była to zbrodnia – wspomina Patryk Drabek.

Jak sam przyznaje, pracując przy tej sprawie, często zastanawiał się, do czego człowiek jest w stanie się posunąć. Jaką zbrodnię popełnić. - Takie historie mocno zapadają w pamięć. Nawet po trzech latach od wyroku. Wiele wątków tej sprawy, szczegółów utkwiło mi w głowie.

Był skrajnie wychudzony

Wstępne wyniki sekcji zwłok mężczyzny, pozwoliły ustalić, że zmarł on wskutek działań osób trzecich. Dlatego tak ważne było ustalenie przyczyny i mechanizmu śmierci.

Mężczyzna miał 158 centymetrów wzrostu i szczupłą sylwetkę. Był skrajnie wychudzony. Gdy wyłowiono walizkę z jego ciałem, ważyło ono zaledwie 38 kilogramów. Policjanci, że miał pociągłą, szczupłą twarz, wysokie czoło, siwy zarost na twarzy, siwe, krótkie i rzadkie włosy, duży, garbaty nos oraz duże przylegające uszy. Do tego dochodzi całkowity brak uzębienia, a kolor oczu był niemożliwy do identyfikacji. Mężczyzna miał na sobie szare spodnie dresowe, niebieską koszulkę z krótkim rękawem - w białe, cienkie, poziome pasy na całej powierzchni, czarną koszulkę z długim rękawem marki Reserved (rozmiar S) oraz szare skarpety z czarnym pasem z napisem „Sport”.

Śledczy zdecydowali się opublikować wizerunek zmarłego mężczyzny. Liczyli, że w ten sposób uda się ustalić jego tożsamość. Tak też się stało. Denata rozpoznał m.in. przewodniczący zarządu osiedla Ligota Zabrska, Marcin Ziach.

- Przeglądałem Facebooka i znalazłem materiał na temat zwłok znalezionych w Kłodnicy. Zobaczyłem zdjęcie denata i jestem niemal w stu procentach przekonany, że to on. Dla pewności przesłałem fotografię także innym osobom z Rady Osiedla i również nie mają wątpliwości – podkreślał wówczas w rozmowie z DZ Marcin Ziach.

Topielecem wyłowionym z Kłodnicy okazał się być Helmut K., znany mieszkańcom osiedla jako „Ksena” lub „Gonzo”. Mężczyzna początkowo mieszkał w starym domu. Budynek został jednak wyburzony ze względu na plany dewelopera, który chciał wybudować nowe bloki. Właśnie tak Helmut otrzymał mieszkanie w nowym bloku przy ulicy Pocztowej w Gliwicach. Osoby, które go znały, podkreślały, że wymagał stałej kontroli. Miał emeryturę, ale potrafił w łatwy sposób roztrwonić pieniądze, m.in. na alkohol. Duży wpływ miały na niego osoby trzecie. Bardzo często przebywali u niego koledzy.

Mężczyzna miał trafić do Ośrodka Pomocy Społecznej, w przeddzień był przeprowadzki pana Helmuta odwiedził dzielnicowy oraz pracowniczka OPS. Okazało się jednak, że zniknął… O zabójstwo Helmuta K., prokuratura oskarżyła Jerzego R., który z nim mieszkał.

Morderstwo w Gliwicach zszokowało Polskę. Mężczyznę był zapa...

Miał się opiekować Helmutem

By wyjaśnić, jak mogło dojść do tego wstrząsającego mordu, trzeba cofnąć się do jesieni 2014 roku. Śledczy badający tę sprawę ustalili, że to właśnie wtedy doszło do spotkania, które miało ogromny wpływ na późniejsze, tragiczne losy Helmuta K.
Bezdomny wówczas Jerzy R., którego prokuratura oskarżyła o znęcanie się nad 77-letnim mężczyzną i zamordowanie go, spotkał przy ulicy Piwnej w Gliwicach mężczyznę. To był P. Padła propozycja nie do odrzucenia: pomoc finansowa dla bezdomnego i zameldowanie go w mieszkaniu przy ulicy Klonowej w zamian za współpracę przy wyłudzaniu pieniędzy od operatorów sieci komórkowych. R. zgodził się na taki układ, a później usłyszał jeszcze lepszą ofertę: miał wprowadzić się do mieszkania przy ul. Pocztowej (znajdującego się na zamkniętym osiedlu) i opiekować się 77-letnim Helmutem K. Tak rozpoczęła się gehenna starszego i nieporadnego mężczyzny. Po pierwsze: ze względu na wiek. Po drugie: przez stan zdrowia. Już w 2012 roku, po tym jak doznał udaru mózgu, zapadła decyzja, że zostanie objęty pielęgniarską opieką długoterminową.
Obaj mężczyźni mieszkali przy ulicy Pocztowej do kwietnia 2015 roku. Sąsiedzi, podkreślali, że K. był cichy i spokojny. Drobny, niegroźny pijaczek. Nigdy nikomu nic nie zabrał, a w swoim życiu ciężko i uczciwie pracował. Był stajennym, pracował w piekarni, a także w jednym z gliwickich zakładów. W ostatnich latach trafił jednak na nieodpowiednich ludzi.
Obaj nagle zapadli się pod ziemię. Po interwencji pracowników Ośrodka Pomocy Społecznej w Gliwicach dla Helmuta K. zorganizowano miejsce w Domu Pomocy Społecznej. Sam K. zgodził się na taką przeprowadzkę, lecz ostatecznie trafił do mieszkania przy ulicy Marzanki, a w załatwieniu nowego lokum pomagał oczywiście P., który odegrał kluczową rolę w ukryciu Helmuta K. przed pracownikami OPS-u. W mieszkaniu przy ulicy Marzanki Helmut mieszkał aż do śmierci, a jego nieodłącznym towarzyszem był Jerzy R. Zdaniem prokuratury, to właśnie on pomiędzy 1 a 3 kwietnia nałożył mu na głowę foliowy worek, a następnie zakleił go taśmą klejącą na wysokości ust, uniemożliwiając Helmutowi oddychanie.

Mężczyzna wciąż żył

Jerzy R. nie miał żadnych dochodów, ale akurat o pieniądze nie musiał się martwić. Od lutego 2015 roku emerytura Helmuta K. była przelewana na jego rachunki bankowe, a on sam odbierał pieniądze w placówkach bankowych lub korzystał z bankomatu. Gdy był na zakupach, sięgał po kartę bankomatową. R. zadbał nawet o ubezpieczenie na życie w jednym z banków, a składki były opłacane ze środków znajdujących się wcześniej na koncie Helmuta. Z tego samego źródła pochodziły pieniądze, którymi opłacano rachunki za prąd, gaz oraz czynsz.

- Te okoliczności zostały uwzględnione w prowadzonym śledztwie jako obciążające oskarżonego- przekazała wówczas Joanna Smorczewska, z prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Jerzy, mimo pobieranych pieniędzy nie zadbał o Helmuta, nie przygotowywał mu posiłków i nie karmił go. Ponadto, o jego problemach zdrowotnych nie zawiadamił osób, które mogłyby mu udzielić pomocy. R. spowodował u 77- letniego mężczyzny skrajne wychudzenie, skrajne wyniszczenie organizmu z zanikami narządów wewnętrznych oraz mięśni szkieletowych i przewlekłe zmiany chorobowe narządów. Zdaniem prokuratury w bliżej nieustalonym dniu - w okresie pomiędzy 1 a 3 kwietnia 2016 roku - w mieszkaniu przy ulicy Marzanki w Gliwicach znieważył zwłoki Helmuta K. Włożył je do walizki podróżnej, a następnie 3 kwietnia wieczorem przewiózł ją razem ze zwłokami wózkiem kołowym nad brzeg Kłodnicy (w rejonie ulicy Kujawskiej). Kilka razy przedziurawił walizkę śrubokrętem, a następnie wrzucił ją do rzeki.

Jerzy R. był trzy razy przesłuchiwany w charakterze podejrzanego. Nigdy nie przyznał się do zabójstwa Helmuta. Jednak przedstawił szczegółową i obszerną wersję wydarzeń. Częściowo jego wyjaśnienia zostały uznane za wiarygodne - szczególnie, jeśli chodzi o część dotyczącą zbezczeszczenia zwłok. Jeśli chodzi natomiast o pozostałe wydarzenia przedstawiona przez Jerzego R. nie korelowała ze zgromadzonym w sprawie materiałem dowodowym.

Kluczowa w śledztwie dotyczącym zabójstwa była opinia histopatologiczna, która trafiła do gliwickiej prokuratury. Wnioski są jednoznaczne - Helmut K. żył, gdy morderca pakował go do walizki. Analiza treści akt sprawy, w tym wyniki sądowo-lekarskich oględzin i sekcji zwłok, oraz analiza zakończonego badania histopatologicznego wskazują, że przyczyną zgonu Helmuta K. było gwałtowne uduszenie „w wyniku zatkania górnych dróg oddechowych”. Okoliczności znalezienia zwłok oraz wyniki oględzin potwierdzają, że do uduszenia doszło w chwili, gdy sprawca założył Helmutowi K. na głowę worek i owinął taśmą na wysokości ust. Śledczy już wcześniej wiedzieli, że nie utopił się w Kłodnicy, ponieważ podczas sekcji zwłok okazało się, że w płucach nie ma wody.

Na ciele ofiary znaleziono liczne sińce, które powstały, gdy sprawca uderzał go twardym i tępym narzędziem. Helmut K. prawdopodobnie próbował się bronić, o czym świadczą siniaki na rękach i przedramionach. Z opinii histopatologicznej wynika także, że do złamania żeber Helmuta K. doszło w chwili, gdy 77-letni mężczyzna jeszcze żył.

Jedna z hipotez zakłada, że sprawca chciał domknąć walizkę i być może usiadł na niej, na co wskazywałoby złamanie charakterystycznych żeber - od 2 do 8 w linii środkowej.

- Dla nas to potwierdzenie oględzin zwłok na miejscu zdarzenia oraz podczas sekcji. Wszystko wskazuje na to, że Helmut K. żył zarówno w momencie, gdy miał nałożony na głowę worek i taśmę na ustach, jak i w chwili, gdy wkładano go do walizki - mówiła w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” prokurator Małgorzata Kozicka z Prokuratury Rejonowej Gliwice-Wschód. To właśnie ona prowadziła to śledztwo.

W trakcie procesu, świadkowie, strony sprawy ale także dziennikarze zapoznawali się z materiałem dowodowym, który śledczy zgromadzili w trakcie śledztwa. Podczas kolejnych rozpraw prezentowano zdjęcia, elementy eksperymentów procesowych, wizji lokalnych. Pozornie wszystkie puzzle układały się w całość. Nie zgadzał się jeden element, który zarówno dziennikarzom, jak i śledczym nie dawał spokoju.

- Chyba zabrakło dowodów, by śledczy mogli pociągnąć ten wątek. Przez całe śledztwo ciągle przewijał się jeden człowiek, który był związany zarówno z Helmutem K. i Jerzym R. Odnosiło się takie wrażenie, że jest jakaś osoba, która tym wszystkim sterowała. Weźmy pod uwagę stan zdrowia zarówno pokrzywdzonego, jak i oskarżonego. To byli starsi mężczyźni, schorowani. Trudno sobie wyobrazić, że takie osoby mogły prowadzić nielegalne działania, nie będąc oczywiście w cudzysłowie pod czyjąś „opieką”. W sprawie pojawił się wątek wyłudzania pieniędzy od operatorów sieci komórkowych. Zresztą to w jaki sposób Helmut i Jerzy trafiali do poszczególnych mieszkań na terenie Gliwic, budził pewne podejrzenia. Zabrakło dowodów, konkretnych zeznań świadków. Jerzy R. nie chciał się wypowiadać na ten temat. Być może obawiał się reperkusji i nie chciał przedstawić jak to wyglądało – wspomina Drabek.

Jerzy R. nigdy nie przyznał się do zagłodzenia Helmuta, ani do zabójstwa. Przyznał jedynie, że brał udział w zbezczeszczeniu zwłok. Taka była też linia jego obrony. - Sam obrońca podejrzanego w trakcie procesu wskazywał, że jakieś inne osoby zajmowały się tym procederem, a Jerzy i Helmut byli osobami celowo podstawionymi – zaznacza były dziennikarz.
Z badań toksykologicznych jasno wynika, że Helmut z chwilą, gdy był „pakowany” do walizki, wciąż żył. By zamknąć walizkę, ktoś musiał na niej usiąść… wynika to wprost z opinii biegłych. Ofiara miała połamane żebra. - Takie informacje mrożą krew w żyłach, że ktoś posunął się do czegoś takiego – kończy Patryk Drabek.

Jerzy R. usłyszał wyrok. Jednak nigdy go nie odsiedział. Zmarł w więzieniu, niecały miesiąc od zakończenia procesu.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie