Nie zapominajmy o wojnie. Tragedii są tam tysiące

Przemysław Miśkiewicz
Udostępnij:
Ostatni felieton spełnił moje oczekiwania. Tylko nie wiem, na ile świadomie. Odezwało się do mnie kilkadziesiąt osób na Facebook’u gratulując tekstu. Osoby z obydwu stron sceny politycznej dawały mi lajki i serduszka, komentowały pozytywnie i ewidentnie znajdowały w tekście odzwierciedlenie swoich przemyśleń. Pytanie tylko, na ile było to świadome odczytanie treści. Bo ja uderzałem nie tylko w moich adwersarzy politycznych, ale głównie w piersi moje i mojego obozu.

Tak czy inaczej, czuję się tym tekstem spełniony. Widać, że zapotrzebowanie jest i do tematu jeszcze wrócę. Mam 60 lat i wiem, że świata nie zbawię, ale mogę próbować, chociaż w małej części. I właśnie o tej małej części dzisiejszy felieton.
Wojna na Ukrainie spowszedniała wszystkim. Nawet tym najbardziej zaangażowanym w pomoc. Wszystko staje się rutyną. I to niestety jest normalne. Staram się to przekładać na czasy II Wojny Światowej i okupacji niemieckiej w Polsce. Pewnie na początku było przerażenie, ludzie bali się wychodzić na ulice, a z czasem przyjęto sytuację jako stan ciągły i przyzwyczajano się do niej. Jednak inaczej to wygląda, kiedy popatrzymy na konkretny przypadek człowieka, którego wojna dotknęła osobiście. Który jest młody i z tą wojną praktycznie nie ma nic wspólnego, poza tym, że jest Ukraińcem i znalazł się na terenie działań wojennych.
Zadzwonił telefon, nawet nie pamiętam kiedy to było, ale chyba końcem maja: „Słuchaj, w Tibilisi jest ranny chłopak, ma poważnie uszkodzony kręgosłup, mina zerwała mu rdzeń kręgowy i jedyna szansa żeby chodził, to operacja w Berlinie, trzeba go dostarczyć do Niemiec drogą samolotową. Dasz radę coś wykombinować?”. Prawdę powiedziawszy to nie bardzo wiedziałem co mogę wykombinować, ale jeżeli już „zbawiać świat” to poprzez konkretnego człowieka. Zadzwoniłem zaraz do Magdy, niedawno poznanej dziewczyny, dla której nie ma spraw niemożliwych: „Wrzucam Ci temat, masz namiary, kontaktuj się, działaj”. I się zaczęło. Chłopak w Tbilisi miał na imię Sasza.

Sasza przez dwa miesiące siedział w piwnicy w Mariupolu. Razem z nim była starsza siostra i młodszy brat. Rodzice w ukraińskim wojsku, oni pod opieka sąsiadów. Po wielu dniach w podziemiach nie wytrzymał: 12 - letni chłopak chciał zobaczyć jak wygląda wiosna i popatrzyć na normalne, dzienne światło. Nie było nalotów, artyleria biła kilkanaście kilometrów dalej. Sasza wyszedł na spacer, niestety wiele wskazuje, że ostatni o własnych siłach. Trafił na minę, która rozwaliła mu kręgosłup. Takie przyjęcie rosyjscy wyzwoliciele szykują wyzwalanym.

Gdy go znaleźli, podjęto pierwsze działania - operowano go w Mariupolu, na pozostających pod ciągłym obstrzałem terytoriach. Jasne było, że trzeba szukać pilnie specjalistycznego leczenia - dlatego rodzeństwo pod opieką sąsiadów przeszło przez rosyjski obóz filtracyjny, trafiło do okupowanego Doniecka, gdzie ich ostatecznie przetrzymywano ze względu na to, że rodzice służą w ukraińskiej armii. W donieckim szpitalu Saszę zarażono ciężką odmianą gronkowca, chłopak wszędzie podróżował na leżąco ze względu na uszkodzenia kręgosłupa.

W Rosji przemycanie ludzi stało się bardzo intratnym procederem. Sasza, który nie może chodzić, zostaje - wraz z rodzeństwem - za niemałe pieniądze od dobrych ludzi, przemycony do Gruzji. Kolejny uciekinier z rosyjskiego raju. Trafia do szpitala w Tbilisi: tutaj zapada diagnoza - przerwany rdzeń kręgosłupa. Według lekarzy jest szansa na operację, która umożliwi pionizację, ale potrzeba wykonać bardziej szczegółowe badania, a w Tbilisi jest to niemożliwe. W Europie można tego dokonać w Niemczech, a konkretnie w klinice Charité w Berlinie. Ktoś wykonuje telefon w tej sprawie o mojego kolegi Artura „Gazdy”, on do mnie, ja do Magdy, która wcześniej mówiła mi o możliwościach stworzenia mostu ewakuacyjnego między Ukrainą a Niemcami. I zaczynamy działać. Trzeba ściągnąć Saszę z rodzeństwem oraz z matką, która dostaje urlop z wojska, do Berlina na konsultacje.
Wszystko byłoby proste, ale on nie dość, że nie może tak długiego odcinka jechać samochodem, choćby najlepiej wyposażoną karetką, to nawet w samolocie musi mieć przestrzeń, żeby mógł leżeć. LOT zgadza się zabrać go z Tbilisi do Warszawy jednak z czasem okazuje się, że na tej linii nie kursują samoloty, w których można przewieźć bezpiecznie osobę leżącą. We wszystko włącza się Kancelaria Premiera, oraz ambasady polskie w Gruzji i Armenii. Od samego początku w sprawę pomocy Saszy zaangażowane są ngo-sy z całej Europy: Fundacja Medicover, Polski Zespół Humanitarny, Fundacja Onkologiczna Rakiety, Stowarzyszenie Pokój, German-Polish-Ukrainian Society, wolontariusze i wspaniali, gruzińscy lekarze, którzy rodzeństwo Saszy zabierali do swoich domów, by mieli choć trochę normalności. Okazuje się, że z Erywania latają samoloty, którymi chłopak może być przetransportowany. Udaje się znaleźć transport sanitarny z Tbilisi do Erywania, stamtąd chłopak leci do Warszawy: na Okęciu czeka karetka i wiezie go do Berlina. Wraz z nim docierają matka, rodzeństwo i babcia, która jest raczej po stronie Rosji w tej wojnie, ale wnukowi chce pomóc.

Po przeprowadzeniu badań okazuje się, że operacja jest niemożliwa. Przy obecnym stanie wiedzy lekarskiej nic nie da się zrobić. Dla tego chłopaka to tragedia, dla nas też. W sprawę zaangażowanych było kilkadziesiąt osób, w sprawę ratowania zdrowia jednej z ofiar tej potwornej wojny. Gdyby trzeba było za to płacić to koszty zostały oszacowane na ponad pół miliona. Dzięki bezinteresownej pracy ludzi, którzy poświęcili swój czas, wszystko kosztowało niespełna dziesięć tysięcy. Czy warto było? Oczywiście, że tak. W Talmudzie jest powiedzenie: „Kto ratuje jedno życie - ratuje cały świat”. Może nie ratowaliśmy życia, ale chcieliśmy uratować zdrowie chłopca i wierzę, że to się kiedyś uda.

Nie zapominajmy o wojnie. Takich tragedii są tam tysiące. Wiem, ze to truizm, ale Ukraina walczy również za nas, za nasze wartości, za naszą cywilizację. Walczy z następcami bezbożnego komunizmu. To jest być, albo nie być Polski i Europy. Jeżeli będziemy obojętni przegramy wszyscy. To jest też nasza wojna. To jest wojna każdego z nas. Precz z komuną

Stowarzyszenie Pokolenie od 2014 roku działa na rzecz pokoju w Ukrainie. Od początku rosyjskiej agresji w 2022 roku także realizuje działania humanitarne. Prowadzimy zbiórkę na rzecz pomocy ofiarom wojny:
ING Bank Śląski
Tytuł przelewu: To jest też moja wojna
Numer konta: 46 1050 1214 1000 0023 2833 5191
BLIK na telefon: 662 317 867

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Medycy na wojnie

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Zachodni
Dodaj ogłoszenie