Oskarżony żongluje odpowiedzialnością

Joanna Heler
Mikołaj Suchan
Udostępnij:
Markowi Z., byłemu głównemu inżynierowi ds. wentylacji w kopalni Halemba podczas kontynuacji wyjaśnień w gliwickim Sądzie Okręgowym puściły nerwy.

Główny oskarżony w procesie dotyczącym śmierci pod ziemią 23 górników w listopadzie 2006 roku, częściową zmianę wyjaśnień tłumaczył faktem spędzenia trzech miesięcy >w wilgotnym wiezieniu, w jednym ubraniu<. Mówił też o rzekomej propozycji od jednego z policjantów (nie potrafił jednak wskazać nazwiska - dop. red.), by obciążył swoich przełożonych.

Prokurator chce dla Marka Z. do 12 lat więzienia. Zarzuca mu m.in. sprowadzenie katastrofy, niewycofanie górników z zagrożonego rejonu oraz fałszowanie dokumentacji. Wczoraj jednak główny oskarżony stwierdził, że waga zarzutów jest tak duża, jakby to na inżynierze ds. wentylacji opierało się funkcjonowanie całej kopalni. Marek Z. mówił, że prokurator zarzuty oparł obejmując bardzo szeroko zakres jego obowiązków, bez wnikania na czym one polegają. Zanegował też wiarygodność specjalistów z Wyższego Urzędu Górniczego, którzy po wybuchu metanu i pyłu węglowego badała przyczyny tragedii. Oskarżony zakwestionował jej wiarygodność, bo jak podkreślił, to te same osoby wcześniej opiniowały możliwość prowadzenia prac w zagrożonym wybuchem rejonie.

- O przekroczeniu stężenia metanu wiedział zarówno naczelny inżynier Jan J. oraz dyrektor kopalni Kazimierz D. (obaj zasiadają na ławie oskarżonych - dop. red). Terenem tym interesowała się też Kompania Węglowa. Wiem, że dzwonili do dyspozytora metanometrii. Z czymś takim spotkałem się po raz pierwszy. W dniu kiedy doszło do wybuchu, dyspozytor nie informował mnie o przekroczeniach stężeń. Zresztą tego dnia praktycznie przekazałem swoje obowiązki zastępcy, Krystianowi Sitkowi (to jedna z ofiar wybuchu - dop. red.), bo miałem inne obowiązki, poza firmą. Sitek meldował mi o problemach z linią chromatograficzną. Przypuszczałem, że przestała ona funkcjonować na skutek nieszczelności lub zawału. Zresztą podobne problemy zdarzały się wcześniej. Uspokoił mnie, że wszystkiego dopilnuje, a ja mu wierzyłem, bo był doświadczonym pracownikiem. Gdy wychodziłem do domu około godziny 15. dzwoniłem do obsługi chromatografu. Nie wiem kto, ale poinformował mnie, że problem został zażegnany - wyjaśniał oskarżony, nie potrafiąc jednocześnie odpowiedzieć na pytanie sędziny dlaczego nie wiedział i nie reagował na pierwsze pierwsze informacje o przekroczeniu stężenia metanu, skoro zostało ono odnotowane o godz. 14.30.

Marek Z. wyjaśniał także, jak doszło do tego, że w księgach raportowych kilkanaście dni przed wybuchem nie wpisywał informacji dotyczących przepływów powietrza. Po fakcie nakazał uzupełnić te dane swojemu podwładnemu. Jak tłumaczył, zostały one wpisane w innym dokumencie, więc...

- Można mówić tylko o błędzie lub przewinieniu, ale nie przestępstwie. Ja też jestem tylko człowiekiem. Nie jestem też samobójcą. Też chodziłem w zagrożony wybuchem rejon - bronił się Marek Z.

Po głównym inżynierze ds. wentylacji swoje wyjaśnienia ma składać dyrektor kopalni Kazimierz D. Może się to stać już w najbliższy piątek.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie