Palowice, jedna z najpiękniejszych wsi na Śląsku. Zajrzyj tam z nami, poznaj ludzi!

Barbara Kubica-Kasperzec
Barbara Kubica-Kasperzec
Palowice, jedna z najpiękniejszych wsi na Śląsku. Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE
Palowice, jedna z najpiękniejszych wsi na Śląsku. Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE Barbara Kubica-Kasperzec
Udostępnij:
To o takich wsiach jak Palowice Kochanowski pisał swoje wiersze. Tego miejsca, urokliwych lasów i stawów i tych ludzi pełnych pasji nie sposób nie polubić. Nic dziwnego więc, że niedawno małe Palowice, w powiecie rybnickim, w gminie Czerwionka-Leszczyny, otrzymały jedno z wyróżnień w konkursie "Najpiękniejsza Wieś Województwa Śląskiego".

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, pan z Tobą... Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi… Słowa maryjnej modlitwy jak mantrę powtarza siedzący na drewnianej ławce mężczyzna. Na oko ma około 50 lat. Przygarbiony, lekko siwe skronie, choć siwizny bardzo nie widać na krótko obciętych włosach. Głowę ma spuszczona w dół, spogląda martwym spojrzeniem na malutki, złożony z ledwo 10 wyglądających koralików różaniec.

Ławka na której siedzi mężczyzna, to tak naprawdę deska przybita do dwóch kawałków drzewa. Jest ich tu więcej, ławeczki ustawiono w równych rzędach naprzeciw drewnianego krzyża. Kościelne psalmy wygrywają sójki, sroka, kawki, szpaki i sikorki. Z oddali słychać nawet dzięcioła, który pukając co rusz w drzewo, jakby nadawał rytm ptasiej orkiestrze. - Zdrowaś Maryjo, matko Boża… - słychać znowu. - Mam swoją intencję. Ale pozwoli pani… - uśmiecha się blado. - Zdrowia życzę dla pana i wszystkich bliskich - odpowiadam przeczuwając, co może być intencją.

Do leśnej kapliczki przyjechał na rowerze. To ledwo kilka minut drogi od głównej ulicy. Takich jak on, każdego dnia jest tutaj sporo. Przystają przed krzyżem, wznoszą oczy wysoko w niebo i w nieskażonej żadnym hałasem ciszy rozmawiają z Bogiem. W takich miejscach słychać go aż nadto wyraźnie. A potem wsiadają z powrotem na swoje dwa kółka i ruszają w dalszą trasę.

- To mieszkańcy opiekują się tym krzyżem, tym miejscem. Nawet nie wiemy kto to robi. Po prostu zawsze kiedy tutaj przychodzimy jest czysto, chwasty wyplewione, świeże, czyste kwiaty stoją w wazonach, często palą się znicze - mówi mi Agnieszka Ganiek, mieszkanka Palowic, niewielkiej wsi położonej na skraju gminy Czerwionka-Leszczyny.

To niesamowite miejsce. Takie o których Kochanowski pisał „Wsi spokojna, wsi wesoła! Który głos twej chwale zdoła?’. Bo ta senna zazwyczaj wieś jest jakby stworzona do tego, by o niej pisać, nawet wierszem.

Nic dziwnego więc, że właśnie to miejsce - niewielkie Palowice - zdobyły jedno z wyróżnień w organizowanym co roku konkursie na „Najpiękniejszą Wieś Województwa Śląskiego.

Kiedy dokładnie ustawiono krzyż, przed którym dziś modlą się i mieszkańcy i przyjezdni nie wiadomo. Ale wiąże się z nim piękna historia. Krzyż jako wotum dziękczynne ustawili tutaj pracownicy znajdującej się nieopodal w lesie huty Waleska. Ludzie wracali z pracy, gdy dopadła ich straszna nawałnicy. W miejscu ustawienia krzyża padli na kolana i modlili o bezpieczny powrót do domów. I tak też się stało. W roku 1945 postać Chrystusa wiszącą na krzyżu przestrzelono w czasie wojskowej akcji.

- Legenda głosi, że w miejscu gdzie kule przebiły figurę Jezusa zawsze widoczny jest ślad, nawet jeśli postać jest odmalowana, odnowiona, farba szybko odpada, a ślad znów staje się widoczny - mówi nam pani Agnieszka.

To ona, mieszkająca w Palowicach od 6 lat, zdecydowała się nas oprowadzić po urokliwej wsi. Spotykamy się wczesnym rankiem, ledwo godzinę po wschodzie słońca. Kiedy wjeżdżam do wsi, mgły dopiero opadają na rozległe łąki i pola. Palowice budzą się z jesiennego snu. Pod płotem jednego z domów po lewej stronie drogi stoją okazałe dynie, dalej na przystanku młoda dziewczyna, jeszcze wyraźnie zaspana, czeka na autobus. Z oddali słychać ujadanie psa. Z moją przewodniczką spotykamy się przy jednej z głównych tras.

- Bałam się, że nie zdążymy zobaczyć wszystkiego, co warto - uśmiecha się pani Aga. Otaczające z wszystkich stron Palowice lasy, to największa duma tutejszych mieszkańców. W lasach, na ścieżkach, spotkać można żaby, dziki, a nawet wygrzewające się w blaskach jesiennego słońca zaskrońce. Szeroką drogą pożarową zagłębiamy się coraz dalej w las.

- Pokochałam to miejsce od pierwszego wejrzenia. Zresztą w tej wsi nie da się nie zakochać - śmieje się pani Agnieszka. Choć palowiczanką jest od 6 lat, zdążyła już na dobre wrosnąć w lokalną społeczność. Udziela się. I w radzie sołeckiej, ma własną fundację GaSzo, wspiera organizację dożynek, wciela w życie społeczne projekty. - A pochodzę z sąsiedniej wsi - Szczejkowic. Mimo to, nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej - mówi moja przewodniczka.

Pierwszy przystanek robimy po kilku minutach, przy pierwszym ze stawów. Zbiorników wodnych będzie po drodze jeszcze sporo. Nie przez przypadek to miejsce nosi dumną nazwę „pojezierze palowickie”. Nie trzeba wcale jechać na Mazury, by podziwiać tak malownicze krajobrazy. Sosnowe lasy przeglądają się tutaj w licznych stawach hodowlanych, które powstały przed laty w dolinie Jesionki, dopływu Rudy.

- To tak zwana „chata Shreeka” - wskazuje przewodniczka na niewielką drewnianą szopę zbudowaną kawałek od brzegu na jednym ze stawów. Spoglądamy na pomalowane na zielono drzwi domku z nadzieją, że rzeczywiście ujrzymy w nich bajkowego, sympatycznego ogra, który zaprosi nas do siebie na herbatę. Jeszcze do niedawna na groblę przy stawie można było wejść. Stoją tam ławeczki, zachęcające do chwili spoczynku. Dziś ławki są za zbudowaną całkiem niedawno bramą i ogrodzeniem. „Teren monitorowany” ostrzega nas tabliczka na wejściu. I nie ustawił jej Shrek.

- To teren prywatny. Odkąd w internecie zaczęto pokazywać to miejsce, zaroiło się tutaj od turystów. A niestety nie każdy potrafi uszanować cudzą własność, więc właściciel musiał teren zagrodzić - rzuca pani Agnieszka odchodząc.

Kilkaset metrów dalej dostrzegam połyskującą w słońcu tafle kolejnego stawu. To jeden z tych największych - Łanuch. Kilka metrów od brzegu kacza rodzina, obok dumne łabędzie, dalej kolorowe ptaki. Są ich tu dziesiątki, jeśli nie setki. I znów jedyne dźwięki do nas docierają to ich radosny śpiew. Te miejsca chętnie wybierają nowożeńcy na ślubne sesje. Tutaj spotkać można miłośników jazdy konnej. Tu też mieszkańcy uprawiają jogging, a miłośnicy jazdy na rowerze przemierzają kolejne kilometry na dwóch kółkach. I nawet o 7 rano, w środku tygodnia, jest ich tutaj całkiem sporo. Na leśnych duktach mijają się, uśmiechają do siebie, z daleka wołają „dzień dobry”.

- To piękne miejsce. Ja szukam tutaj wytchnienia od codzienności - mówi nam jeden z napotkanych rowerzystów. - Powinna tutaj pani przyjechać jeszcze wcześniej, kiedy słońce wstaje. Widok promieni przebijających się przez drzewa jest wspaniały - dodaje.

W samym środku lasu odnaleźć można zabytek dawnego przemysłu, któremu patronowali zakonnicy Cystersi z niedalekich Rud, czyli Gichtę. Stoi nieopodal stawu o tej samej nazwie. To wyciągowa działającej tutaj w pierwszej połowie XIX wieku huty „Waleska”. Nazwę wzięła od imienia córki właściciela - jednego z najwybitniejszych przedsiębiorców ówczesnych - Franciszka Wincklera. Ostatecznie została zamknięta w 1855 roku. Budowla, która do dziś w dość dobrym stanie zachowała się w lesie powstała w latach 30. XIX wieku i ma ok 15 metrów wysokości, a mury są grube na metr. Choć to nie jest gigant w porównaniu do kościelnych wież na Śląsku czy szybów wyciągowych pobliskich kopalni, to wrażenie robi ogromne. Swego czasu tymi pięknymi terenami jako swoimi chwali się włodarze pobliskich Żor. - Zdjęcie naszej Gichty umieścili w swoich materiałach promocyjnych. Napisaliśmy do nich grzecznie, że Gichta jest przecież nasza - mówią palowiczanie.

Po przejechaniu leśnych duktów swoje kroki kierujemy do centrum Palowic. Tutaj, przy zbiegu dwóch głównych ulic jest piękny park z placem zabaw. A centralnym jego punktem jest dawny dworek. Gmach jest ogrodzony rozpadającą się siatką, są tabliczki wstęp wzbroniony. I zabytek, choć ma sporo uroku, niszczeje. - Serce się kraje obserwując jak budynek z tak bogatą tradycją z dnia na dzień coraz bardziej niszczeje. Wielka szkoda, że inwestycja, która była tu realizowana nie została zakończona. Niestety dworek jest w rękach prywatnych i nie zapowiada się na to, by właściciel w najbliższym czasie dokończył remont - mówi pani Agnieszka.

Jeszcze kilkanaście lat temu w tym miejscu tętniło życie. W dworku działał punkt pocztowy, a w kawiarence na parterze spotykała się młodzież. - To było wspaniałe miejsce. Tam się zawsze spotykaliśmy na kawce, czy herbatce. Brzmiała muzyka, czasem odbywały się potańcówki - wspomina Damian Musiolik. On w Palowicach mieszka od zawsze. Jego żona też. I do obojga jak ulał pasuje stwierdzenie „pozytywnie zakręceni”. W Palowicach takich ludzi zresztą nie brakuje. - W domu, w którym się wychowałem była gospodarka, hodowaliśmy zwierzęta, wiadomo, jak to na wsi - wspomina pan Damian. A na gospodarce robota była od rana do nocy. Kiedy więc tuż po ślubie przeniósł się do domu teściów odetchnął. On stolarz z zawodu i zamiłowania nie musiał już wstawać bladym świtem, by doić krowy. Na placu były tylko kury. - Aż pewnego dnia mąż chyba zatęsknił za tym i zaczął kupować zwierzęta - mówi pani Jolanta Musiolik. Pierwsza kupiona koza przez przypadek wypiła kiedyś wino, każda kolejna ja trochę podrośnie dostaje imię. Jak już w zagrodzie było kilkanaście kóz, to pan Damian kupił pierwszego psa rasy border collie. Miały zaganiać kozy do zagrody z pastwiska. - Ale nie dało się ich tego nauczyć. Coś nam wyraźnie nie „pykło” - śmieją się palowiczanie. - Teraz mamy hodowlę psów, kilkanaście kóz, kilkadziesiąt królików. A kiedy jeszcze kilka lat temu mąż kupił krowę, to pomyślałam, że zwariował. Trzy lata u nas żyła, to dopiero był hard core. Musiałam się nauczyć sery robić, masło swoje, bo co z tym mlekiem mieliśmy robić? - śmieje się pani Jolanta. Rytm dnia w ich domu znów się zmienił. - Wstaje po 4 rano, idę doić kozy. W czasie dnia do zwierzaków też trzeba zajrzeć. Wie pani co, ja tu odpoczywam. Od biznesu, warsztatu, klientów… - mówi palowiczanin. Kiedyś zwierząt w domu było więcej. - Miałem 150 królików. Aż przyszła zaraza i wszystkie padły w ciągu dwóch czy trzech dni. Trudno się było po tym otrząsnąć - mówi. Kilka lat temu pana Damiana można też było spotkać jak szedł na pole w towarzystwie świnki wietnamki. - Świnia szła koło nogi jak pies, przy nodze. To dopiero był widok... - wspomina z uśmiechem mężczyzna. - Tak, a potem było świniobicie i ja tego naszego Portusia, nie byłam w stanie przełknąć - krzywi się jego żona.

Takich jak oni, miłośników zwierząt w Palowicach jest mnóstwo. Tutaj mieszkańcy dokarmiają kota sąsiada zimnym mlekiem i z zainteresowaniem spoglądają na komin znajdujący się przy wiejskim ośrodku zdrowia. Na wiosnę w gnieździe pojawia się bociania rodzina.

- Wiele lat temu zainstalowano kamerkę przy gnieździe, ale jakość obrazu po takim czasie była już fatalna. Postanowiliśmy coś z tym zrobić i tak poprzez Fundację GaSzo ogłosiliśmy zbiórkę publiczną na zakup kamerki oraz napisaliśmy projekt do programu Działaj Lokalnie i otrzymaliśmy dotację. W ramach projektu „Bocianowelove” prowadziliśmy działania dla dzieciaków, wyprodukowaliśmy kolorowanki i grę chińczyka z bocianami w roli głównej - mówi pani Agnieszka. - A przy tym wszystkim znalazł się jeszcze przedsiębiorca, który przelał nam 1900 złotych na nową, wysokiej jakości kamerę, my w ramach projektu dokupiliśmy okablowanie. W działania włączyła się Sołtys i Rada Sołecka Palowic oraz prywatna firma, która zapewniła stałe łącze z internetem. Dzięki naszej współpracy dzisiaj na naszej stronie internetowej możemy podglądać bociany przez cały czas, gdy tylko są z nami. I na przykład w tym roku dowiedzieliśmy się, że nasz bocian to bigamista, bo ma dwie żony i wyrzuca jajka z palowickiego gniazda - uśmiecha się pani Aga.

W sąsiadującej z ośrodkiem zdrowia i bocianim gniazdem restauracji zjeść można swojskie rolady, pyszny rosołek i śląskie desery: szpajze i kopę. Cykliści często tam zaglądają, a to na kawkę, a to na zimne z pianką. Kawałek dalej - największa duma palowiczan - drewniany kościółek, który w 1981 roku przeniesiono tutaj z pobliskich Leszczyn. Jego budowę rozpoczęto w 1594 r., a zakończono budową wieży w 1606 roku. Kiedy w Leszczynach wzniesiono nową, murowaną świątynię, stary drewniany rozebrano i deska po desce przewieziono do Palowic.

- Na nasze potrzeby wystarcza. Proszę spojrzeć jak pięknie wygląda jego otoczenie. Ludzie pomagają, dbają o to miejsce. Jakiś czas temu konserwator zabytków zwrócił uwagę, że powinniśmy zlikwidować thuje obrastające ogrodzenie, dzięki współpracy z ogrodami Kapiasa obejście kościoła zyskało nowe nasadzenia. Parafianie przyszli, pomogli, a potem widywałam ich jak regularnie podlewali rośliny - mówi Agnieszka Ganiek.

Nie przeocz

Wokół kościoła, oraz z każdej innej strony niczym grzyby po deszczu wyrastają nowe domu. Przenoszą się tu rodziny z Świętochłowic, Jastrzębia.

- Kiedyś działki były tutaj dość tanie. Ludzie kupowali więc pięć działek i budowali domy. Kiedy ja zaczynałam budowę jednocześnie budowało się 25 innych domów. Zdarza się i tak, że na jednej działce mieszkają rodzice, obok córka z rodziną, a z drugiej strony syn, który na dodatek ściągnął do nas z jednego z śląskich miast swoich znajomych- śmieje się pani Agnieszka.

Przyjezdni w urokliwej wsi zdążyli się już zadomowić. I co najważniejsze nie przeszkadza im ani skrzeczący o 5 rano kogut, ani „szczęście” zostawione na drodze przez jednego z koni pana Dyrdy. Do tej znanej w Palowicach rodziny od pokoleń należy miejscowa stajnia. Dyrdowie mają w niej 16 przedniej urody koni. Mieszkają tuż przy drodze dojazdowej, od strony Bełku i Czerwionki. Wielu mieszkańcom sąsiednich miast nie trzeba ich przedstawiać.

Miłośnicy konnej jazdy do stajni „Benedyktynka” ściągają tutaj z każdej strony Śląska. O konie pan Benedykt dba wraz z synem, Łukaszem, córką Agnieszką, i w zasadzie z całą rodziną.

- Konie i ta stajnia to moje wielkie hobby, pasja życiowa. To nigdy nie był sposób na zarobek, zresztą stajnie prowadzi się w mojej rodzinie od pokoleń. Ja zostałem na ojcowiźnie, jeden z braci osiedlił się w sąsiedniej wsi i też jest hodowcą - mówi pan Benedykt.

I on i syn sami często dosiadają koni. Nic dziwnego skoro od lat należą do Ochotniczego Szwadronu 3 Pułku Ułanów Śląskich i nawiązują do najlepszych, ułańskich tradycji. To oni, w razie konfliktu, są gotowi służyć ojczyźnie.

Musisz to wiedzieć

Recykling: drugie życie roweru

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie