Paweł Kowal: III Rzeczpospolita już nie wróci

Dorota KowalskaZaktualizowano 
Kowal: Część opozycji chce wykorzystać kryzys do nowego rozdania
Kowal: Część opozycji chce wykorzystać kryzys do nowego rozdania Bartek Syta
Fundamentem pomysłu PiS na Polskę jest złożona wyborcom obietnica modernizacyjna. Jeśli ta modernizacja nie nastąpi, dość szybko może się okazać, że społeczeństwo odrzuci ten model rządów. Bez względu na to, czy opozycja będzie silna, czy słaba - mówi Paweł Kowal.

Też Pan uważa, że to koniec pewnej epoki i czarny tydzień dla polskiej demokracji?
Powiedziałem jakieś półtora roku temu, żeby historycy chwycili za pióra, ponieważ to jest koniec III Rzeczypospolitej, która się kończy poprzez fakty dokonane. Dopiero po nich przyjdzie czas na zmianę konstytucji, aby usankcjonować w nowej ustawie zasadniczej zaistniałe już zmiany.

dziennikpolski24.pl

I jak to nowe państwo, Pana zdaniem, będzie wyglądało?
Fundamentem nowego pomysłu jest modernizacja, dzięki niej ludzie mają zaakceptować głębokie ustrojowe zmiany. Na razie mamy tylko obietnicę modernizacji, dlatego najważniejszą osobą w rządzie, na której się trzyma cała konstrukcja budowy nowego państwa, jest wicepremier Mateusz Morawiecki. Przy czym wiemy z historii, że nie zawsze obietnica modernizacji przechodzi w modernizację. Jeśli zdarzy się, że modernizacja nie nastąpi, albo jeśli nastąpi negatywna kumulacja tak zwanych wielkich reform - mam na myśli szpitale i szkoły plus fala podwyżek - może się okazać, że społeczeństwo niezależnie od tego, czy opozycja będzie silniejsza czy słabsza, dość szybko odrzuci nowy model rządzenia. Stąd przyspieszenie zmian o charakterze ustrojowym, tak by zaszły, zanim pojawi się skłonność do buntu. Ale III Rzeczpospolita już nie wróci w tym sensie, że model państwowy rozproszonej władzy nie jest dzisiaj atrakcyjny. I nawet kiedy patrzymy na mekkę liberałów, jaką jest teraz Paryż po zwycięstwie Emmanuela Macrona, to umyka nam fakt, że także on jako prezydent pierwszy raz w V Republice prawie nie powierzył żadnych istotnych funkcji faktycznej opozycji, na przykład w Prezydium Zgromadzenia Narodowego czy jako szefów komisji. Mamy zatem modele koncentracji władzy, czy to w wydaniu amerykańskim Donalda Trumpa, czy to w wydaniu gaullistowsko-macronowskim we Francji, czy to wydaniu neosanacyjnym jak w Polsce. Takie rozumienie władzy będzie modelem, do którego będą się odwoływały także inne środowiska polityczne, które ewentualnie wygrają wybory. Kurczy się liczba państw, w których ten proces nie zachodzi lub się o nim nie mówi. Podsumowując, myślę tak: dzisiaj boleśnie doświadczamy tego, że jako społeczeństwo nie dorobiliśmy się kultury politycznej, jaka występuje w krajach anglosaskich czy w Niemczech, a to właśnie ona powodowałaby, że mimo poważnych różnic politycznych trwają instytucje, że mimo mody na łapanie iluzorycznej władzy przez rząd nie zachodziłyby tak szybkie zmiany. Dzisiaj w Polsce instytucje są ofiarą personalnych gier. To dlatego podobne procesy w USA czy Francji nie zaszkodzą (instytucje przetrwają, a może się wzmocnią), a nas mogą poważnie osłabić. Tego rodzaju procesy w 1939 r. pomagały w urzeczywistnieniu się polskiej tragedii.

Czytaj także: Protest przed Sejmem ws. zmian w sądownictwie [ZDJĘCIA] Demonstracja KOD i Obywateli RP w Warszawie

Właśnie, nie niepokoi Pana to, co rząd robi z sądownictwem?
Rząd obiecuje reformę, inna rzecz - czy jej rzeczywiście dokonuje, trzeba odróżnić zmiany personalne od reform. Są przecież w sądownictwie problemy i zapewne niektóre z rozwiązań naprawczych by się przydały, na przykład wzmocnienie odpowiedzialności dyscyplinarnej. Komentatorzy, mimo dramatycznej sytuacji, powinni oceniać argumenty w tej sprawie, a te są poważne. Jednak rewolucyjna forma zmian oraz nastawienie tylko na zmianę personalną odwraca uwagę od tych elementów. Porozmawiajmy o tym na przykładzie Trybunału Konstytucyjnego, bo tu ta „reforma” jest, wydawałoby się, zakończona. Mówiono ludziom, że Trybunał Konstytucyjny ma za duże uprawnienia, że jest „trzecią izbą parlamentu”, w związku z tym trzeba go zmienić. Mówiono, że nie może mały skład sędziów podejmować ważnych decyzji. Potem grupa sześciorga sędziów wskazała kandydatów na szefa TK. Kompetencje Trybunału nie tylko nie zmalały, ale minimalnie je nawet powiększono - zmieniono tylko sędziów na swoich. W ten sposób siłę instytucji poświęcono i całkowicie ją zdegradowano dla korzystnej dla siebie zmiany personalnej. Z tego można wyciągnąć wniosek, że nie dokonuje się żadna reforma i nie ma tu znaczenia, że ktoś się odwołuje do modelu włoskiego, chińskiego czy jakiegokolwiek innego - chodzi o wprowadzenie zasady, w myśl której, jeśli ktoś wygrywa wybory, to wybiera sobie także sędziów Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego. A to pokazuje, jak słabo tkwimy w kulturze zachodniej, jak mało mamy szacunku do instytucji państwa. Potrafię sobie wyobrazić kogoś, kto mówi: „Uważam, że sędziowie do Sądu Najwyższego powinni być wybierani przez prezydenta, ministra czy marszałka Senatu”. W grę może wchodzić każde z tych rozwiązań. Tylko że my się dzisiaj nie o to spieramy, to jest tylko zasłona dymna tej debaty, my tak naprawdę dyskutujemy o tym, czy po wyborach ustawą można odwołać sędziów. Jeśli przyjmiemy, że tak, to nie powołujmy się na żaden przykład z zachodniej demokracji, bo takowych nie ma. Prawicowi komentatorzy czują, że to jest niebezpieczne na przyszłość, ale zasłaniają się historiami typu, że sędzia w Pszczynie ukradł paczkę kawy. Wyobraźmy sobie debatę o aborcji czy karze śmierci wedle tych reguł. Dzisiaj mamy godzinę prawdy, wiele rzeczy, które wydarzały się przed ostatnie 27 lat, było awansem w tym sensie, że jako społeczeństwo, jako państwo nie do wszystkich standardów zachodnich żeśmy dojrzeli, co zrozumiałe historycznie. Ale to jest problem.

Dzisiaj najpotężniejszą osobą w państwie, oczywiście oprócz prezesa Kaczyńskiego, jest Zbigniew Ziobro. Jest ministrem sprawiedliwości, prokuratorem generalnym, za chwilę będzie obsadzał swoimi sędziami Sąd Najwyższy, sądy okręgowe, Krajową Radę Sądownictwa. Potężna władza, prawda?
To nie jest kwestia personalna, podobnie jak dyskusja o instytucjach sądowniczych nie toczy się tylko na osi rząd - opozycja, trudno uznać takich ludzi jak Michał Królikowski, Adam Strzembosz czy choćby ja za ludzi opozycji. To debata o państwie. Jest kilku ministrów, którzy dysponują znacznie większą władzą w wyniku przesunięć ustrojowych. I potrafię sobie wyobrazić taki ustrój IV Rzeczypospolitej - jeśli będzie IV RP, bo być może ze względu na kłopot z IV RP od razu ogłosimy V RP - ustrój gabinetowy, gdzie władza skupi się w rękach kilku ministrów, ale wtedy trzeba by wzmocnić parlament. Może mieć mniej kompetencji, ale musi poważnie kontrolować władzę wykonawczą, parlament mniejszy, bardziej fit, ale silniejszy. Takie rzeczy trzeba widzieć całościowo. Nasza choroba polega na tym, że tak nie patrzymy. Nie widzę tragedii w tym, że jakiś minister jest silny. Widzę problem w tym, że zmian dokonuje się z dnia na dzień, że nie są one dyskutowane, planowane, że ludzie - głosując - nie wiedzą, co będzie w worku, że widać na sto kilometrów, że chodzi tylko o kwestie personalne. Nikomu, kto logicznie myśli, nie ułoży się to w schemat pod tytułem „to lepiej dla Polski”.

Czytaj także: Andrzej Matusiewicz: w zreformowanym sądzie - wszystko będzie zależeć od ludzi

Nie jest dla Pana problemem, że najważniejsi sędziowie w Polsce będą wybierani przez polityków?
Teoretycznie sędziowie mogą być w jakimś modelu wybierani przez polityków, na przykład przez parlament, tylko nie mogą być odwoływani w wyniku wyborów, a zmiana musi być zapowiedziana z odpowiednim wyprzedzeniem i uszanowaniem obecnego prawa, musi nastąpić w takt odchodzenia w stan spoczynku obecnych sędziów. Przykład amerykański: powołuje ich prezydent za zgodą Senatu, ale nie można ich odwołać. Nawet jeśli polscy sędziowie zostaną w przyszłości wybrani przez prezydenta, ministra, muszą mieć gwarancje, że nie zostaną odwołani. Powtarzam: istotą problemu nie jest to, że minister będzie mianował sędziów. Gdyby to się odbyło w ten sposób, że sędziowie, którzy przeszli w stan spoczynku, zostali zastąpieni sędziami wybranymi przez ministra sprawiedliwości z kolejnego rządu, potem kolejnego rządu, to mielibyśmy model, jaki występuje w różnych krajach. Problem polega na tym, że powstał pomysł, aby odwołać jedną ustawą urzędujących sędziów i z dnia na dzień zmienić reguły gry. Sędziowie pozbawieni są gwarancji, stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa.

Myśli Pan, że to, co się stało w ostatnich dniach, zjednoczy opozycję? Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru mówią, że to moment, kiedy trzeba łączyć siły, partie opozycyjne mają się w przyszłym tygodniu naradzać co dalej.
Obserwowałem reakcje opozycji i w nich najczęściej za dużo było partyjnej kalkulacji, a nie refleksji nad tym, co się dzieje.

Wystąpienie Grzegorza Schetyny było jednak dość emocjonalne.
Tak, Schetynę wyłączyłbym z tej oceny, bo faktycznie myślę, że on jako szef Platformy Obywatelskiej zaczyna odczuwać bardzo dużą odpowiedzialność - jest liderem największej partii opozycyjnej. W rzeczywistości efektywność działania opozycji musi być jako plan minimum oparta na jakiejś miękkiej formie przywództwa Schetyny, ponieważ on obiektywnie dysponuje największymi zasobami. Mam wrażenie, że część, szczególnie mniejszych środowisk opozycyjnych, pozaparlamentarnych chciałaby przy okazji sporu o sądy doprowadzić do nowego rozdania wewnątrz opozycji. Wydaje mi się, że to poczucie, ten instynkt wielu polityków, którzy są ambitni, ale słabsi wyborczo, może być bardzo szkodliwy dla współdziałania opozycji.

Padła na przykład propozycja, aby na czele zjednoczonej opozycji stanął Władysław Frasyniuk.
To jest przykład myślenia, żeby użyć tego kryzysu do nowego rozdania w opozycji, dla mnie to jest zrozumiałe, rozumiem polityczne intencje każdego, kto składa takie propozycje, ale wiem też, że to mechanizm, który teraz nie zadziała. Nigdy na PO nie głosowałem, patrzę z boku: główną siłą opozycji jest Platforma Obywatelska, ta jej siła jest odzwierciedlona w parlamencie, w badaniach opinii publicznej, które są dobre dla PO, jej zasobach organizacyjnych, finansowych - one powodują, że jest najmocniejsza. A przy takiej koncentracji władzy w obozie władzy odpowiedź, aby była efektywna, siłą rzeczy musi być sformułowana przez opozycję, która jest zwartym organizmem, w sensie organizacji i - na ile się da - programu.

Grzegorz Schetyna mówił o wspólnych listach już nawet w wyborach samorządowych, więc wola współpracy jednak jest.
Dzisiaj wciąż opozycja parlamentarna ma instrumenty do politycznej gry: finansowanie, pewne procedury itd. Działanie poprzez mobilizację może pomóc, ale działanie tylko poprzez ulicę na tym etapie opozycji zaszkodzi. Grzegorz Schetyna odpowiada za największy kawałek opozycji. I tak naprawdę wszyscy, którzy będą namawiali do nowego rozdania na opozycji przy okazji sporu z Prawem i Sprawiedliwością, będą osłabiali siłę opozycyjną. Ale ja patrzę na te sprawy z boku, a ktoś wewnątrz inaczej ocenia swoją taktykę.
Nie boi się Pan, że to wszystko zmierza w kierunku konfrontacji? Opozycja i Komitet Obrony Demokracji wychodzą na ulice, Jarosław Kaczyński zapowiada, że nie cofnie się na krok. Nie widać szans porozumienia.
To bardzo dziwne, bo śledzę liderów opinii na prawicy - wystarczy przecież zrobić prosty test, by zadać sobie pytanie, czy byliby gotowi poprzeć takie zmiany cztery, pięć lat temu, gdy rządził ktoś inny. Jeżeli ktoś odpowie na to pytanie uczciwie w swoim sumieniu: „Tak, byłbym gotów takie zmiany poprzeć, gdyby ich dokonała Platforma”, to proszę bardzo. Inaczej mamy do czynienia z masowym wprowadzeniem w błąd prawicowej opinii publicznej, utrzymując, że wszystko jest w porządku. To bardzo niebezpieczne, bo to rodzaj przewrotności, który będzie nowotworem na prawicowym myśleniu o państwie. I druga kwestia: sprawa sądów jest kluczowa dla poczucia bezpieczeństwa obywateli, dla ich pewności sprawiedliwości w konfrontacji z administracją na każdym szczeblu. Pamiętam dramatyczną rozmowę w kijowskim więzieniu z Jurijem Łucenką więzionym za czasów Wiktora Janukowycza. Powiedział mi tak: „Bunt nie rodzi się ze względu na stronniczość prokuratury ani słabość adwokatów. Bunt społeczny rodzi się na gruncie przekonania ludzi, że sąd jest w rękach władzy”. Bardzo się dziwię, że wykształceni ludzie w obozie władzy nie doceniają tego mechanizmu z opóźnionym zapłonem. Teraz wszystkie patologie w sądownictwie, a one, jeśli są, nie zostaną zlikwidowane za jednym głosowaniem, będą obciążały rząd.

Jarosław Kaczyński: Polskie sądownictwo cierpi na upadek moralny, stąd rozmach naszego działania

AIP/x-news

Ryszard Petru wysłał listy do wielu instytucji międzynarodowych: do przewodniczącego Komisji Weneckiej, wiceprzewodniczącego europarlamentu, do ONZ, do amerykańskich senatorów, z prośbą o solidarność i przysłanie do Polski obserwatorów, którzy przyglądaliby się temu, co dzieje się w naszym kraju. Myśli Pan, że jest sens wciągać w to wszystko opinię międzynarodową?
Z punktu widzenia tego, co wielokrotnie robiłem w różnych miejscach na świecie, czyli obserwacji przebiegu wyborów, ta sprawa jest bardzo niebezpieczna, bo w każdym państwie musi istnieć instancja niezależna od rządu, która decyduje ostatecznie o ważności wyborów. Mam z tym problem. Po pierwsze, bardzo krytycznie oceniam to, jak Sąd Najwyższy wywiązywał się z tego zobowiązania. Pamiętam, kiedy ignorował oczywiste nieprawidłowości podczas wyborów w 2011 r. działające na niekorzyść PJN, kierując się logiką, że duzi, czyli PiS i PO, mają rację. Pamiętam, jak sąd nieroztropnie mieszał się w dyskusję o procedurach wyborczych, zanim zostało coś realnie dowiedzione, w 2014 r. podczas wyborów samorządowych, przed raportami z przeliczenia głosów pani prezes podpisywała jakieś polityczne oświadczenia, chociaż to nie było w jej kompetencjach. Mamy czas rachunku sumienia i odpowiedzi sobie na pytanie, czy Sąd Najwyższy się z tego zadania należycie wywiązywał. W moim przekonaniu - nie. Ale to wciąż nie jest argument za tym, żeby zrezygnować z tej instancji, trzeba usprawnić tę funkcję i dodać jej wiarygodności, a nie jeszcze osłabić. Myślę, że główną kwestią tej instancji rozstrzygającej o wyborach jest sprawa pewności obywateli, że przyszłe wybory będą przeprowadzone w sposób niebudzący żadnych wątpliwości. To była siła polskiej demokracji przez ostatnie ponad 20 lat: działy się różne rzeczy, były różne afery, różne dyskusje, ale jedno nie ulegało wątpliwości - nie ulegało wątpliwości, że wybory są pewne. A dzisiaj mamy taką oto sytuację, że należałoby się zastanowić, czy ten tryb zmiany, z którym mamy do czynienia, oznacza, że obecna większość uważa, iż jej nie przeszkadza, że każda kolejna władza będzie mogła przyjść i ustawą odwołać sędziów, ktokolwiek by ich powołał, i powiedzieć, że to dlatego, że zamiast modelu duńskiego wprowadza model kirgiski albo norweski, czy też komuś przyszło do głowy, aby nie oddawać władzy. Nie ma trzeciej możliwości. Powtarzam: to nie jest spór o model Sądu Najwyższego, to jest spór o to, czy po każdych wyborach można odwoływać sędziów, jakkolwiek byliby wcześniej powołani.

Czytaj także: Pikieta pod biurem PiS w Łodzi w obronie niezależnych sądów [ZDJĘCIA FILM]

No właśnie: opozycja podnosi, że chodzi o to, aby w sytuacji ewentualnej przegranej przez PiS Sąd Najwyższy uznał wybory za nieważne, jeszcze inni podnoszą, że PiS sfałszuje wybory. Pan uważa, że jest to możliwe?
Nie dopuszczam tego do siebie. Największym kapitałem Polski jest to, że byliśmy przez ostatnich kilkanaście lat poważnie traktowani na świecie i sami powinniśmy poważnie się traktować. Mam nadzieję, że dotrą do PiS pewne argumenty dotyczące aspektu uznawania legalności wyborów czy działania I prezesa Sądu Najwyższego jako szefa Trybunału Stanu. Zbyt dużo widziałem w ostatnim czasie podczas wyborów na Wschodzie i na Bałkanach, by nie zdawać sobie sprawy z powagi sprawy. Osobiście dotyka mnie, kiedy dyskutujemy w Polsce o możliwości fałszowania wyborów czy bezpodstawnego uznania ich za nieważne przez Sąd Najwyższy. Ale faktycznie, przyznaję, i to mnie najbardziej boli w tych zmianach, że jeśli Sąd Najwyższy będzie miał wciąż kompetencje do uznawania ważności wyborów, to trudno zakładać, że po tego rodzaju przedsięwzięciu, z jakim mamy teraz do czynienia, czyli po wymianie sędziów według kryterium politycznego, można bronić w tym zakresie pewności niezależności sądu. To jest ogromny problem, szalenie niebezpieczna gra. Myślę, że niektórzy naprawdę mają kłopot z kontekstem, niektórzy być może uwierzyli, że w ramach prezydentury Donalda Trumpa nikt na to nie zwróci uwagi. To wszystko ułuda. Także administracja Donalda Trumpa będzie obserwowała zachowywanie twardych standardów demokratycznych, a uznawanie wyborów jest twardym standardem demokracji już od wielu dziesiątek lat, to nie jakiś „wymysł liberałów”. Nie ma takich republikanów w Stanach, którzy by akceptowali jego łamanie. Jeśli porzucimy standardy, z czasem sojusznicy zmienią do nas podejście, potraktują nie jak partnerów, ale tylko kłopot - w tym wypadku strategiczny w relacjach z Rosją, choć od razu nam tego nie powiedzą.

Naprawdę wszyscy politycy Prawa i Sprawiedliwości wierzą w to, co mówią? Powtarzają, że to wszystko dla dobra obywateli, a przecież chodzi o czystki personalne.
Politolodzy badają takie zachowania: w zamkniętych grupach politycznych występuje efekt wzajemnego napędzania się. Obserwuję Twitter, wypowiada się tam wielu polityków, których znam, i widzę ten efekt. W sprawie sądownictwa wielu ulega psychozie grupowej, piszą rzeczy, których by nigdy wcześniej nie powiedzieli. Albo naprawdę wierzą, że trzeba zmienić cały system, bo jakiś sędzia ukradł gdzieś zapalniczkę. Ludzie poddają się takiemu myśleniu, kiedy są w wyizolowanej grupie. Zdarza się, że ludzie nie myślą sami, ale ulegają sugestii, boją się o miejsce na liście w następnych wyborach, więc przyjmują myśli innych jako swoje. To zresztą opisano jako efekt ulegania własnej propagandzie, jako „myślenie grupowe”, które często w systemach skoncentrowanej władzy jest przyczyną końcowej przegranej. Bo ludzie wtedy widzą taki świat, jaki sobie w swojej grupie opowiedzą.

Myśli Pan, że Unia Europejska jakoś zareaguje na to, co się w Polsce dzieje? Dzieje się od dłuższego czasu, ale ten ostatni tydzień i ten, który przed nami, wydają się kluczowe.
Dlatego mówię, że w takich sytuacjach trzeba sobie zadać proste pytanie, którego, mam wrażenie, nie zadają sobie politycy: czy to jest dobre dla Polski, czy złe? To, co się dzieje obecnie, jest dla Polski złe, już nawet ta dyskusja jest zła dla naszego kraju. W kontekście międzynarodowym to będzie działało przeciwko Polsce niezależnie od tego, jakie ktoś ma intencje. Bo nasi przeciwnicy nie śpią i tego użyją.

Czytaj także: Polacy nie chcą, by politycy wybierali sędziów. PiS robi swoje [WIDEO]

A może prezydent Andrzej Duda zawetuje którąś z ustaw - o Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa albo o ustroju sądów powszechnych?
Prezydent jest politykiem, pytanie brzmi więc nie tylko, czy zawetuje, ale też czy politycznie oceni zmiany, czy zagra państwowo, a nie partyjnie, czy zgłosi swoje propozycje, które będą zawierały elementy reformy sądownictwa? A to by oznaczało zmianę paradygmatu, w jakim funkcjonuje, czyli nastawienia na poparcie przez obóz władzy w wyborach za trzy lata.

Wideo

Materiał oryginalny: Paweł Kowal: III Rzeczpospolita już nie wróci - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 10

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

g
gość

gratuluję poziomu wypowiedzi ;)

.R.I.P.

Paweł Kowal proszę nie zapominać ,że obecnie rządzi zagranica ,ulica i opozycja , która wygrywa domagając się weta to je dostaje a prezydent ocalił stołek prezes Sądu Najwyższego to tak miało być ?

  
p
podatnik

Pragnę poinformować byłego posła PiS że PRL bis w dniu 18 lipca 2017r. to bardziej kolonia niewolnicza niż kraj, stworzony przy stole zwanym okrągłym i podczas pijackich libacji w Magdalence pod polityczną mafię, kolesiów, przekrętów, złodziejstwa i niespotykaną arogancję władzy! Bardziej miejsce dla kombinatorów, gdzie zwykły człowiek jest niczym, a przestępców się chroni. Zwykły człowiek nie odczuwa że to "jego kraj", gdzie miliony młodych, zdolnych, wykształconych, kreatywnych ludzi wyjechało za przysłowiowym chlebem? Gdzie przyzwoity człowiek nie ma szans na pracę, bo ją po znajomości dostają kolesie, gdzie na badania czy operację czeka się kilka lat. I na koniec gdzie posłowie zaczynają mówić mądrze dopiero jak przestaną być posłami!

J
J-23

Pawlo Kowal - znany piewca banderyzmu w Polsce

A
Adam

od dziś podpisuj się "bezmózgi antyPolak" świrze

P
Prawdziwy Lwowiak

Pamiętamy

m
myslacy Polak

prawda boli co kaczystowskie platne tanie qurwy ponizej sie sprzedajace?

G
Gość

OTO ZADBAJOM IM WINCY ŁADU I PORZONDKU I DOBROBYTU TYM BARDZIEJ BENDOM DUPAĆ. POmyŁKA dbAĆ.

G
Gość

Rozsądny i łebski CEO uczęszcza na wieczorowe kursy, by zdobyć brakującą mu wiedzę. Żaden z CEO nie zachowuje się non-fair wobec mądrzejszego kolegi CEO, lecz odnosi się do niego z respektem, choćby i tym wymuszonym. Oczywiście, gdyż czarne owce w tym środowisku też się czasami pojawiają.

W moim rozumowaniu, opozycja parlamentarna powinna przesiadywać w Sejmie przy tworzeniu ustaw contra do rządzących. Ale na pewno nie biwakować na ulicach, tworząc burdy, szkalując i deprecjonując wizerunk państwa. I do tego takiego państwa, z którego opozycja bierze kasę na swoją egzystencję.

Rasa leming to obecnie i towar reglamentowany. Drużyna PO i ich rotmistrz Schetyna, niech sami siebie bronią. Do tejże obrony jest całkiem zbytecznym były PiS-wiec. A przede wszystkim też dlatego, iż jest tym byłym, a nie w dalszym ciągu. Jeżeli się należy, np. do football club, wtedy najczęściej dożywotnio.

Moim skromnym zdaniem, jegomość Schetyna, jak ci wciśnięci na siłę w PO na VIP, nie mają pełnych inklinacji na bycie CEO, a tutaj, partyjnym CEO. A przynajmniej nie mają w PO takich fachowców, jakim jest bezapelacyjnie Prezes PiS, jakim jest np. Tow. Miller i inni kwalifikowani z SLD.

Inaczej mówiąc, PO zrobi najlepiej wówczas, także dla samej siebie, jak zniknie z mapy partii. Jej odbyte 8 lat bezładu, plus obecne niemal 2 lata, uwidoczniło wprost jej kwalifikacje. A raczej, brak kwalifikacji do prowadzenia państwa o 38 mln. populacji, i to populacji dobrze czy wyśmienicie wykształconej.

G
Gość

Cytat za Times: Wystąpienie Grzegorza Schetyny było jednak dość emocjonalne.
Odp. Paweł Kowal: (...) Tak, Schetynę wyłączyłbym z tej oceny, bo faktycznie myślę, że on jako szef Platformy Obywatelskiej zaczyna odczuwać bardzo dużą odpowiedzialność - jest liderem największej partii opozycyjnej. W rzeczywistości efektywność działania opozycji musi być jako plan minimum oparta na jakiejś miękkiej formie przywództwa Schetyny, ponieważ on obiektywnie dysponuje największymi zasobami. (...) Nigdy na PO nie głosowałem, patrzę z boku: główną siłą opozycji jest Platforma Obywatelska, ta jej siła jest odzwierciedlona w parlamencie, w badaniach opinii publicznej, które są dobre dla PO, jej zasobach organizacyjnych, finansowych - one powodują, że jest najmocniejsza. (...)

Statement wyborcy: Panie Kowal, zwyczajowa odpowiedzialność nie oznacza chamstwa, nie oznacza teczek paszkwili składanych na obcych dworach, nie oznacza prowokowania akcji pucz-huligańskich, nie oznacza kradzieży majątku i należącego do wszystkich, etc.
Panie Kowal, Pan zapomniał, że ferajna PO władała Polską pełne 8 lat. A zatem, mogła dokonać tego, czego dokonuje PiS. Jednakże, PO miała naprawę państwa za swoim tyłem, natomiast już z przodu napełnienie po brzegi prywatnych kont.
Pan udaje iż nie wie, że wódz PO dał dyla do Brukseli, bo tam płacą setki tys. EUR rocznie. Niech pan weźmie pod uwagę fakt, że PiS przesiedział 8 lat w Sejmie, jako opozycjonista. Jednak ten sam PiS nie buszował po ulicach pośród chuliganów i frustatów, którym odebrano dojnego przyjaciela Skarb Państwa Społeczeństwo i kraj może się też obyć bez partii opozycyjnej z gatunku PO. Ostatecznie, wybory są co cztery lata, a nie tylko jedne na dożywocie danej partii. I to wyborca stanowi o tym, jak ma dalej wybrać.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3