Policjanci z komisariatu w Kobiernicach uratowali ludzi z...

    Policjanci z komisariatu w Kobiernicach uratowali ludzi z pożaru. Mówią, że zrobili to, co do nich należy [WYWIAD]

    Jacek Drost

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Sierżant sztabowy Radosław Dendys i starszy posterunkowy Mateusz Barabasz

    Sierżant sztabowy Radosław Dendys i starszy posterunkowy Mateusz Barabasz ©Fot. Jacek Drost

    Rozmowa ze starszym posterunkowym Mateuszem Barabaszem i sierżantem sztabowym Radosławem Dendysem z Komisariatu Policji w Kobiernicach, którzy uratowali dwie osoby i psa podczas niedawnego pożaru domu na ul. Wesołej w Czańcu.
    Sierżant sztabowy Radosław Dendys i starszy posterunkowy Mateusz Barabasz

    Sierżant sztabowy Radosław Dendys i starszy posterunkowy Mateusz Barabasz ©Fot. Jacek Drost

    Panowie długo służą w policji?

    Mateusz Barabasz: - Ja ponad dwa lata. Pracuję w Komisariacie Policji w Kobiernicach, na posterunku w Kozach. Radosław Dendys: - Służę już siedem lat, wcześniej pracowałem w KMP w Zabrzu. Od jakichś dwóch lat jestem w KP w Kobiernicach, na posterunku w Kozach

    Czy służba w niewielkiej miejscowości ma swoją specyfikę?

    Mateusz Barabasz: - Może sama miejscowość nie jest duża, ale pod komisariat w Kobiernicach podlegają gminy Wilamowice, Kozy i Porąbka.

    Radosław Dendys: - Ilość zdarzeń jest przeróżna, bo tak naprawdę obecnie przez WCPR (Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego - red.), czyli numer 112 wysyłani jesteśmy do różnych zdarzeń. Wypada być po trochu geodetą, lekarzem, znać się na wielu innych rzeczach.

    Co decyduje o sukcesie służby w takiej gminie?

    Mateusz Barabasz: - Znajomość terenu. Ważne, żeby jak najszybciej dotrzeć do miejsca zdarzenia, bo wiadomo, że w wioskach są takie zakamarki, iż bez znajomości terenu czas reakcji mógłby być bardzo długi. Ważne jest także podejście do ludzi, znajomość ludzkiej psychiki. Chodzi o to, żeby nie wzbudzać agresji, lecz starać się na spokojnie rozwiązać problem. Bardzo ważne jest także zaufanie do partnera.

    Radosław Dendys: - Obecnie lepiej rozmawiać z ludźmi w sposób merytoryczny i spokojny. Lepsze są efekty i lepiej ludzie nas postrzegają jako funkcjonariuszy. Dobry funkcjonariusz powinien mieć łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi.

    Jak wyglądała panów służba 22 stycznia, kiedy doszło do pożaru w Czańcu?

    Radosław Dendys: - To był dzień moich urodzin. Kończyliśmy akurat służbę i kiedy chce się normalnie skończyć, to zawsze coś wyskoczy - jak my to mówimy w naszym slangu - przyrobi się.

    Mateusz Barabasz: - Około godziny 12.00 wykonywaliśmy czynności na komisariacie, kiedy wpłynęło zgłoszenie o pożarze budynku jednorodzinnego. Ulica, na której doszło do pożaru, jest nam znana, bo bywaliśmy tam w innych sprawach.

    Radosław Dendys: - Jadąc na miejsce zdarzenia zawsze z partnerem ustalamy, kto będzie za co odpowiedzialny i zastanawiamy się, co możemy zastać. Dojechaliśmy na miejsce w niecałe dwie minuty.

    Mateusz Barabasz: - Już z daleka było widać gęsty dym wydobywający się spod dachu i płomienie. Wjechaliśmy na posesję, drzwi od domu były akurat uchylone, weszliśmy więc do środka i zaczęliśmy penetrować budynek - szukać osób poszkodowanych. Najpierw natrafiliśmy na mężczyznę, który biegał po domu i szukał wyłącznika prądu. Radek wyprowadził go na zewnątrz. Zobaczyliśmy także siedząca na łóżku kobietę, która nie wiedziała co się wokół dzieje.

    Radosław Dendys: - Poziom zadymienia na dole był już dość znaczny. Temperatura także była wysoka. Wyprowadziliśmy ludzi do radiowozu, pieska także, po czym - z racji, że jesteśmy strażakami-ochotnikami - pobiegliśmy z powrotem do domu. Trzeba było sprawdzić czy w środku nie ma jeszcze innych osób. Kiedy okazało się, że nie ma ludzi, to zaczęliśmy gasić ogień.

    Mateusz Barabasz: - Paliło się tak mocno, że w kuchni zaczął odpadać już sufit.

    Radosław Dendys: - Mateusz wziął siekierę i rozebrał trochę sufitu. Użyliśmy także gaśnicy z radiowozu, ale okazała się niewystarczająca, więc znaleźliśmy dwa wiadra i zaczęliśmy walczyć z ogniem.

    Mateusz Barabasz: - Straż była powiadomiona o pożarze, ale miejscowa OSP brała wtedy udział w innym zdarzeniu, dlatego czas ich przyjazdu trochę się opóźnił.

    Radosław Dendys: - Po przyjeździe pierwszego zastępu, czyli OSP Kobiernice, a następnie JRG Andrychów pomogliśmy kolegom rozwinąć linię wężową, a później wycofaliśmy się.

    Czy doświadczenie nabyte w OSP przydało się?

    Mateusz Barabasz: - Zdecydowanie tak. Zresztą my chcemy pracować ze sobą w patrolu, bo popatrzymy na siebie i wiemy, co kto ma robić. Jest także pewność, że nikt nikogo nie zostawi.

    Radosław Dendys: - Warto podkreślić, że duża ilość strażaków-ochotników, ratowników medycznych przechodzi do policji i są osobami bardzo wszechstronnymi.

    Mateusz Barabasz: - W dzisiejszych czasach OSP kładzie duży nacisk na szkolenie. Oswaja strażaków ze sprzętem, zagrożeniami, więc jeśli kilka lat posłuży się w OSP, weźmie udział w kilku akcjach ratowniczych, to wchodząc do takiego budynku nie ma przerażenia, a działa się automatycznie - najpierw ratujemy ludzi, później dobytek i staramy się zminimalizować straty.

    To nie był pierwszy raz, kiedy panowie brali udział w akcji ratowniczej...

    Mateusz Barabasz: - W zeszłym roku byłem na urlopie wypoczynkowym. Wykonywałem drobne prace koło domu i zauważyłem, że dość nisko nad ziemią leci spadolotnia. W pewnym momencie zaczęła spadać coraz niżej i na wysokości około 20-25 metrów skrzydło zwinęło się i spadło na ziemię. Przeskoczyłem przez płot sąsiadów, pobiegłem na miejsce, gdzie spadł paralotniarz. Mężczyzna nie był świadomy, co się dzieje. Trzeba było ocenić stan poszkodowanego. Stwierdziłem, że pan ma niedowład kończyn, uraz kręgosłupa, więc w miarę możliwości unieruchomiłem go, poodcinałem różne niepotrzebne rzeczy, żeby nie ograniczać jego możliwości oddychania i wezwałem ratowników.

    Radosław Dendys: - Ja z kolegą miałem interwencję w Kozach. Mieliśmy zgłoszenie o spalaniu śmieci. Po dojeździe okazało się, że pożarem objęty jest budynek i palą się dwie ściany. Ogień przedostawał się już na poddasze. Widzieliśmy pozostawione obuwie i ewidentnie budynek był zamieszkały. Około 10 minut dobijaliśmy się do budynku, aż wreszcie zakręciliśmy gaz, zaczęliśmy gasić z węża ogrodowego ścianę. Palił się styropian, który ma wysoką temperaturę spalania i jest silnie toksyczny. Pamiętam, że dwie osoby trafiły wówczas do szpitala.

    Panowie czują się bohaterami?

    Radosław Dendys: - Absolutnie nie.

    Mateusz Barabasz: - To nasza praca. Na pewno akcje ratunkowe dają dużo większą satysfakcję niż interwencja pod sklepem z pijaczkami. Jednak po to przyszliśmy do policji, żeby pomagać ludziom.

    Rozmawiał: Jacek Drost


    POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:




    Czy Katowice nadają się do mieszkania? Panel dyskusyjny DZ



    Gala Plebiscytu Sportowiec Roku woj. śląskiego



    Czytaj treści premium w Dzienniku Zachodnim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    DZ poleca

    Wideo