Premiera w Teatrze Śląskim: „Pod presją” w reżyserii Mai Kleczewskiej. Coś więcej niż dobry teatr ZDJĘCIA

Henryka Wach-Malicka
Spektakl „Pod presją” w reżyserii Mai Kleczewskiej można oglądać w Teatrze Śląskim w Katowicach od piątku. Najbliższe spektakle 27 marca oraz 18 i 19 kwietnia
Spektakl „Pod presją” w reżyserii Mai Kleczewskiej można oglądać w Teatrze Śląskim w Katowicach od piątku. Najbliższe spektakle 27 marca oraz 18 i 19 kwietnia Mat. prasowe
Spektakl „Pod presją” w reżyserii Mai Kleczewskiej to w mojej ocenie jedna z najważniejszych premier Teatru Śląskiego ostatnich lat. Precyzyjna reżyseria, przejmująca (a jednocześnie ponadjednostkowa) analiza udręki psychicznej bohaterki, niezwyczajna forma spektaklu i wielka rola Sandry Korzeniak…

A przede wszystkim zero łopatologii, choć za drzwiami teatru właśnie zakończyła się manifestacja „Czarnego Piątku” i łatwo można było do niej nawiązać… Kleczewska nie bawi się jednak w proste analogie. Jej spektakl jest zresztą o czymś innym, o czymś bardziej groźnym. O skorupie stereotypu kobiecości, który zniewala całe społeczeństwa, w tym także same kobiety. Wiele z nich, od dzieciństwa tresowanych w byciu posłusznymi córkami, uczennicami, oddanymi żonami, synowymi i matkami, nie radzi sobie potem w wypełnianiu tych ról. A przede wszystkim nie radzi sobie ze spełnianiem oczekiwań otoczenia.

I to jest przypadek Mabel, bohaterki „Pod presją”. W jej domu nie ma przemocy, nikt jej nie bije i nie obraża. Wręcz odwrotnie - wszyscy ją kochają, wszyscy chcą pomóc, ze sceny leją się słowa troski. Tylko że nikt jej nie rozumie; nawet ona sama siebie! Więc miota się między sprzecznymi komunikatami, wysyłanymi z każdej strony, i brnie w zakłamywanie własnych potrzeb. Ma być miła dla kolegów męża, więc uśmiecha się; aż do parodii. Ma kochać dzieci, więc je kocha; aż do paniki, gdy wychodzą z domu. Ma szanować ojca, więc szanuje, choć wspomnienie jego pieszczot to (prawdopodobnie) największa trauma, jaką przeżyła. I płaci za to. Najpierw poniżeniem, potem niezrozumieniem, w końcu nerwowym załamaniem.

Maja Kleczewska - także współautorka, wraz z Łukaszem Chotkowskim, scenariusza scenicznego (na motywach filmu Johna Cassavetesa) - nie waha się momentami przed mocnymi emocjonalnie obrazami degradacji osobowości bohaterki. Jednocześnie cały spektakl zachwyca subtelnością w dozowaniu tego okrucieństwa. Mnóstwo tu półcieni, niedomówień, pola do własnej interpretacji każdego widza. Przede wszystkim dzięki kreacji Sandry Korzeniak, aktorki o niesamowitej wrażliwości, sile wyrazu i prawdzie, która emanuje nie tylko z zachowania czy grymasu twarzy, ale nawet z dłoni, których spazmatyczne ruchy znaczą więcej niż krzyk.

Może jednak nie każdy niuans tej roli dotarłby do nas, gdyby nie pomysł na sprzęgnięcie w spektaklu języka teatru i filmu. Ten zabieg to coś więcej niż popularne od jakiegoś czasu projekcje video na scenie. To ważny, wręcz kluczowy, element interpretacji, wykorzystany w stu procentach, także dzięki ekspresyjnym kadrom Kacpra Fertacza. Publiczności zrazu trudno się przyzwyczaić do tej podwójnej optyki, bo obraz rzeczywistej akcji na scenie nie zawsze nakłada się na projekcję emitowaną nad sceną. Po chwili doceniamy jednak pomysł, bo to on uchyla drzwi do pogruchotanego psychicznie wnętrza bohaterki. Zwłaszcza gdy Mabel na scenie zachowuje się wręcz apatycznie, by w tym samym momencie, na ekranie, pędzić przez mieszkanie w ataku panicznego lęku.

Rozedrganie osaczonej przez rzeczywistość kobiety, kontrastuje reżyserka z bezradnością otoczenia. Aktorzy, grający jej bliskich, tonują reakcje swoich postaci, nierozumiejących przecież tak naprawdę i do końca tego, co się dzieje. Ich rola w drodze do nieszczęścia Mabel nie zawsze jest zresztą oczywista, kilka prawd zawisa w powietrzu bez dosadnego dookreślenia...

Szczególnie mocno uderza w widza jednak Piotr Bułka w roli Nicka, męża bohaterki. Buduje swoją rolę oszczędnie, uważnie dozując środki ekspresji, a jednocześnie tak, że chwilami trudno Nickowi nie współczuć w jego bezsile. To on niesie jednak podskórne przesłanie spektaklu, które w grubym uproszczeniu mogłoby brzmieć tak: milczenie kobiet nie oznacza, że wyrażają zgodę na świat, w którym nikt nie chce ich słyszeć.

POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:

TYDZIEŃ Magazyn informacyjny reporterów Dziennika Zachodniego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie