Przez życie światłowodem, czyli biznes w centrum danych

Elżbieta Kazibut-Twórz
Zbigniew Szkaradnik, prezes 3S Data Center SA
Zbigniew Szkaradnik, prezes 3S Data Center SA Mat. prasowe 3S Data Center SA
Udostępnij:
Rozmowa z dr. Zbigniewem Szkaradnikiem, prezesem 3S Data Center SA. Rozmawiamy o osobistej karierze, fascynacji branżą IT, która zmienia świat, o naszym miejscu w informatycznym peletonie, o wizerunku Polski globalnej i zaściankowej oraz najnowszym projekcie DeltA.

„Wojtek, co byś powiedział, gdybym ci zaproponował udział w przedsięwzięciu polegającym na położeniu sieci światłowodowej...” - tak na stronie internetowej 3S zaczyna się historia firmy. Co odpowiedział Wojtek?
Sama pani mówi, że „historia się zaczyna”. To było dobrych kilkanaście lat temu. Skoro rozmawiamy dzisiaj, to powiedział „tak”.

Wojtek to nie jest chwyt marketingowy?
Ależ skąd, żaden „chwyt”. Wojtek Apel był moim studentem, poznaliśmy się na politechnice, ale zaprosiłem Wojtka do bliższej współpracy 9 lat po odejściu z uczelni. Wiedziałem, że mój były student zajmuje się usługami dostępu do internetu w niedużej firmie. Wtedy to była spora nowość.

Karierę w biznesie zaczynał pan od IT?
Byłem w takiej spółce, która robiła system automatyki dla elektrowni. No, ale tam jakoś trochę mi „ciasno” było...

Przez 10 lat pracował pan w Instytucie Informatyki Politechniki Śląskiej. Tam też „ciasno” było? I pomyślał pan o biznesie?
Kiedy miałem 20 lat, nie myślałem o biznesie. Mój ojciec też miał wykształcenie techniczne i trochę na zasadzie „rodzicielskich rad”, że „w zawodzie technicznym z głodu nie umrzesz”, wybrałem politechnikę. Najpierw chciałem zajmować się sprzętem, ale już w trakcie studiów widziałem, że oprogramowanie ma większą przyszłość. Skończyłem więc dwa kierunki, miałem też stypendium fundowane, ale po ukończeniu studiów prof. Węgrzyn, szef Instytutu, zaproponował mi, żebym został na uczelni. Zostałem. I poczułem się znakomicie! Ach, jakie to wspaniałe środowisko, łączy ludzi, wszyscy inteligentni, kulturalni, moi dawni wykładowcy mówią do mnie „panie kolego”... Właściwie to raj!

To dlaczego pan ten „raj” opuścił?
Tak mi woda sodowa do głowy uderzyła, że po pierwszych miesiącach pracy poszedłem do profesora i powiedziałem: „Panie profesorze, chcę zrobić doktorat”. A on tak na mnie popatrzył i zapytał: „Panie kolego, a właściwie to jakie pan ma osiągnięcia?”. - Ale ja mam takie szczere chęci - mówię i słyszę: „Spokojnie, niech pan napisze pismo, skrypt jeden, drugi, zrobi parę stanowisk laboratoryjnych”. I tak to się rzeczywiście stało. Minęło kilka lat, zrobiłem ten doktorat i wtedy sobie pomyślałem „co dalej?” Bo na uczelni jest tak - masz znowu kilka lat, żeby zrobić habilitację, a jak będziesz znany, to dostaniesz profesora. No fajnie, ale rzeczywistość skrzeczy. To był początek lat 90., zaczął ruszać biznes i wtedy pomyślałem, że może lepiej w tym być.

Bo z wielkiej nauki trudno wyżyć?
Nie, to też nie tak... Odchodząc do biznesu, miałem poczucie, że zdradzam coś ważnego, wychodzę z teamu, gdzie mi się dobrze pracowało, może zachowuję się jak szczur, który ucieka z tonącego okrętu... A tego nie chciałem, więc przez dobre dwa lata miałem jeszcze na uczelni pół etatu, potem ćwierć etatu, prowadziłem wykłady i dyplomantów. Ale tego nie dało się pogodzić. Bo jeśli się chce osiągnąć sukces, trzeba się całkowicie zaangażować w jedną rzecz. A przynajmniej ja tak muszę, czy mężczyźni w ogóle tak muszą, bo my jesteśmy tacy... jednozadaniowi.

Jak pana słucham, to wyczuwam w panu swoisty „luz”. Poczucie humoru w życiu jest potrzebne. W biznesie też?
Jasne. Ktoś, kto jest pełen zadęcia, może czasem osiąga sukces, ale to jest przypadek albo wyjątek. W biznesie, zależy też w jakim, bo te biznesy są bardzo różne, trzeba zachować zdrowy dystans. Branża IT jest pod tym względem specyficzna. I nie chodzi o to, że jest to branża innowacyjna, bo inne też są - w sensie nowych technologii. Ale IT ma historię, która zaczynała się w Dolinie Krzemowej, historię takich firm jak Intel czy Microsoft, gdzie ludzie tworzyli swoistą subkulturę, mieli dość pokolenia swoich ojców z lat 60., 50. XX wieku, pokolenia „białych kołnierzyków”, garniturów, całej tej hierarchii. Ta branża tworzyła się - i do dziś tworzy się - spontanicznie. Tam struktura była bardzo „płaska”, często open space był miejscem, gdzie szef siedział razem z pracownikami. O tym się nie da zapomnieć, bo nie można zapomnieć, skąd się wyrasta.

Pan nie zapomniał... I poszło „jak po maśle”?
Różnie bywało. Moja droga w biznesie to trochę historia przypadków. Najpierw zacząłem dostawać propozycje od różnych firm i jeśli chodzi o zarobki, to proponowano dwa, trzy razy większe niż na uczelni. Postanowiłem skorzystać. Pierwsza była firma z obcym kapitałem, niemiecka. Zaproponowali mi, że mnie zatrudnią, więc zapytałem, czy może wyślą mnie na parę miesięcy do Niemiec, bo wtedy każdy chciał wyjechać, żeby więcej poznać, czegoś nowego się nauczyć. Oczywiście mnie tam wysłali, byłem w tej firmie może ze dwa lata i trafiłem na swoich kolegów, którzy odchodzili z politechniki, z Polskiej Akademii Nauk. W pewnym momencie powiedzieliśmy: „potrafimy to samo zrobić, więc zostańmy partnerami Siemensa i otwórzmy firmę”.

Mówi pan o 3S Data Center?
Nie, wcześniej byłem jednym z czterech założycieli spółki, z 9 procentami udziałów. Wydawało mi się, że jest super! Pracowałem tam kilka lat. Też było fajnie, tylko że mając parę procent udziałów, właściwie nie wpływałem za bardzo na tę firmę. Zbliżałem się do czterdziestki, więc zadawałem sobie pytanie: „co będę robił za 10 lat?”. Będę w firmie, która po dojściu do pewnej skali dalej „nie pójdzie”? A prócz tego, już wtedy widziałem, że ludzie z mojego pokolenia robią biznesy, więc również zacząłem szukać...

Nie bał się pan ryzyka?
Ryzyko zawsze jest, ale ja lubię inwestować i ciągle poszukiwałem nowych szans na pomnażanie kapitału. Tak się złożyło, że trafili do mnie ludzie z kopalni piasku z propozycją zakupu akcji. Kupiłem, zgromadziłem kilkuprocentowy pakiet i stałem się rozmówcą dla prezesów kopalń, które były tak naprawdę przedsiębiorstwami kolejowo-logistycznymi. Jakoś udało się ich przekonać, żeby pozwolili nam wzdłuż kopalnianych torów wybudować sieć światłowodową. Wierzyłem, że się uda, bo uważałem, że światłowody to przyszłość.

Teraz pan chyba też tak uważa?
Tak, oczywiście, jednak wtedy były inne czasy, mieliśmy jeszcze w Polsce kompleks Zachodu, a tamci przyjeżdżali i mówili: „mamy dla was gotowe rozwiązania, które przystają do waszego rynku. Światłowody na Zachodzie owszem są, ale to droga technologia, radio będzie panaceum na wszystko”. A ja wiedziałem, że nie będzie. I co z tego? Samo przeczucie nie wystarczy, żeby się przebić na rynku.

Ale wam się udało, i to nie tylko „przebić”...
Nam się udało, ale reguły gry w biznesie są zawsze takie same. Dziś wszyscy na przykład zastanawiają się, jak i kiedy wielkie koncerny samochodowe wpuszczą na rynek elektryczną Teslę? No przecież tam są ogromne interesy, ropa naftowa, linie do produkcji silników spalinowych, które się muszą jeszcze 15 czy 20 lat amortyzować. Są więc takie teorie, że w związku z tym sztucznie utrzymuje się wysoką cenę ogniw litowo-jonowych, bo samochód elektryczny sam w sobie taki drogi nie jest...

A wracając do pana firmy... Skąd nazwa 3S?
To jest akronim nazwy Śląskie Sieci Światłowodowe, ale na początku nazywaliśmy się TKP - Telekomunikacja Kopalń Piasku, mieliśmy nawet wizytówki z młotkami górniczymi. Bardzo dobrze nam się ze sobą współpracowało, zresztą do dziś Polska Grupa Górnicza jest jednym z naszych kluczowych klientów.

Z firmy wyrosła Grupa, która wciąż się rozwija, a pan ma wciąż nowe pomysły... Jest pan kreatywną „siłą napędową” Grupy?
Ja bym się tak nie przeceniał... Ale wiem, że gdybym tylko jedno dobrze robił - dobierał dobrych współpracowników, to innych już aż tak doskonale robić wcale nie muszę.

Ludzie w firmie są aż tak ważni?
Najważniejsi. Fakt, że udaje nam się w 3S Data Center rozwijać w tempie około 30 procent rocznie, zawdzięczam w pierwszym rzędzie naszym pracownikom. Jeżeli to czytacie, to bardzo Wam za zaangażowanie dziękuję.

Powiedział pan kiedyś, że od lat odczuwa pan w Polsce prymat polityki nad gospodarką. Przeszkadza to panu?
Kiedy mówimy o politykach, robimy pewną kalkę, wrzucamy wszystkich do „jednego worka”. A to nie tak, nie wszyscy politycy są jednakowi i mogę podać parę przykładów pozytywnych, chociażby byłego prezydenta Katowic Piotra Uszoka, który nam wielokrotnie bardzo pomógł. Mogę też podać przykłady negatywne, tylko po co? Wystarczy stwierdzenie, że negatywnych jest znacznie więcej. A czy mi to przeszkadza? Jeśli nawet mnie osobiście nie bardzo, to przeszkadza gospodarce. I sądzę, że - niestety - się nie zmieni. To kwestia priorytetów, jakie u nas obowiązują.

Priorytety zawsze można zmienić, czyż nie?
Nie zawsze i nie wszystkie. Nie jesteśmy np. Danią, gdzie przedsiębiorca myśli: „ten człowiek z administracji nie będzie przecież szukał na mnie haków, nie widzi we mnie przestępcy, który VAT-u nie chce zapłacić, tylko będzie mi pomagał”. U nas nie ma zaufania między administracją a biznesem i w związku z tym administracja w biznesie prawie nic nie zamawia, prawie nie mamy klientów z tej sfery, a nawet nie bardzo chcemy ich mieć. Czy nie ciekawe jest postanowienie jednego z dużych banków prywatnych, który swego czasu powiedział „nie udzielamy politykom kredytów”? I nie udzielają, nie mają ochoty z politykami współpracować.

Nie boi się pan tak otwarcie o tym mówić?
Nie, ja tworzę biznes i politykom niewiele zawdzięczam. Po co się „naprężać” i udawać? Nam się wydaje, że tworzymy ligę światową, a jesteśmy w niej trzeciorzędnym graczem.

Zostawmy politykę i porozmawiajmy o projekcie DeltA. Po co tłumaczyć przedsiębiorcom, w jaki sposób zmieniają się usługi telekomunikacyjne i data center wykorzystywane w biznesie? Przecież powinni wiedzieć...
A dlaczego powinni? Ja też nie wiem, jakie są np. nowe technologie w produkcji spożywczej. My mówimy o projekcie DeltA, że musimy „ewangelizować”, bo np. rynek niemiecki tych usług jest mniej więcej o dwa rzędy, czyli 100 razy większy od naszego i korzystają z niego wszystkie branże. A u nas? Branża finansowa, bo Komisja Nadzoru Finansowego każe, IT, czyli nasza branża, teraz jeszcze e-commerce, bo internetowy handel szybko się rozwija. Inne branże opornie wchłaniają te nowinki...

Trudno być pionierem, ale ktoś być musi?
Kiedy Jobs chciał przekonać Johna Sculleya z PepsiCo, żeby został prezesem Apple, zapytał: „Czy chcesz przez resztę życia sprzedawać słodzoną wodę, czy wolisz iść ze mną i zmieniać świat?”. Podobnie Ferrari „skaperował” do swojej firmy inżyniera Vittorio Jano, pytając go: „Czy dalej chcesz robić tanie samochody dla ludu, czy najszybsze na świecie? Jeśli tak, to chodź ze mną do Alfy Romeo”. Zawsze jest podobnie - albo masz cel, żeby jeszcze „dopisywać zera do konta”, albo ciekawie przeżyć te lata, które są przed tobą. Projekt DeltA jest dla ludzi, którzy lubią ciekawą wiedzę, podaną w przystępny sposób. A ja uważam, że warto przekonać tych, którzy chodzą boso do tego, że może warto założyć buty.

UOKiK i Inspekcja Handlowa będą monitorować ceny w sklepach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie