Przyczajona kobra, ciężki czołg

Rafał Musioł, Klagenfurt
Biało-czerwona szachownica była wczoraj wszechobecna.

Biało-czerwona szachownica była wczoraj wszechobecna. Ulicami Klagenfurtu mknęły konwoje ubranych w takie kombinezony motocyklistów, z okien samochodów wyrzucano kratkowane czapeczki i opaski na ręce, a w knajpkach na starym mieście serwowano rakiję.

Na tle tego szalonego chorwackiego żywiołu fani Niemców potwierdzali stereotypową opinię o braku spontaniczności, choć znaleźli się i tacy, którzy odważnie zaśpiewali dość długą pieśń dedykowaną Lukasowi Podolskiemu. Gliwiczanin wystąpił bowiem w reprezentacji Niemiec po raz 50., a w dodatku strzelił dla niej swoją bramkę numer 28. Ale jubileusz wypadł tak kiepsko, że jeśli dostał z tej okazji zegarek, to z pewnością schowa go do głębokiej szuflady.

Jeden z chorwackich dziennikarzy opowiadał tuż przed pierwszym gwizdkiem belgijskiego sędziego Franka De Bleeckere, że ich zespół najbardziej bał się inauguracyjnego spotkania z Austrią.

- Chorwacja przeważnie źle zaczyna turnieje, więc nawet, gdy strzeliliśmy w Wiedniu pierwszego gola, to piłkarzom do końca trzęsły się nogi. Na szczęście utrzymali te trzy punkty i wyraźnie stali się spokojniejsi. Trener Slaven Bilić powiedział im, że teraz mają dwie piłki meczowe, tak jak Goran Ivanisević w finale Wimbledonu w 2001 roku. Wystarczy wygrać jedną z nich i najlepiej zróbmy to od razu. Chłopcom to się spodobało? opowiadał nasz kolega z Zagrzebia.

Zanim rozpoczął się mecz, niezwykłą demonstrację siły przeprowadziła austriacka policja. Nad stadionem pojawiło się kilka jej helikopterów, które na przemian bądź wisiały na różnych wysokościach, bądź też prezentowały powietrzny balet, mijając się z ogłuszającym łopotem wirników. Przez moment zdezorientowani obserwatorzy tych popisów zastanawiali się, czy nie oznacza to stanu podwyższonego alarmu, ale w przeciwieństwie do pierwszych spotkań niemieckiego mundialu, ani poczucie zagrożenia, ani skrupulatne kontrole w bramach obiektów, na Euro nie są przesadnie odczuwalne.

Bilić i Löw mają wyraźnie wyklarowane podstawowe jedenastki. W porównaniu do składów z pierwszej rundy spotkań nastąpiła tylko jedna zmiana - Ivan Rakitić zastąpił Mladena Petricia. Roszada ta była jednak wymuszona: napastnikowi Borussii Dortmund odnowiła się kontuzja, która wyeliminowała go z gry w ostatnich pięciu kolejkach Bundesligi.

Podobieństwa do inauguracyjnych występów obu drużyn w mistrzostwach były zresztą nie tylko personalne, ale również taktyczne. Niemcy liczyli na milimetrowy błąd obrońców - albo sędziego - i balansowali na granicy spalonego, natomiast Chorwaci przyjęli styl przyczajonej kobry: odstraszali napastników i czekali na możliwość błyskawicznego ukąszenia przeciwnika.

Oba pomysły na grę zostały dobitnie skonfrontowane pomiędzy 22 i 24 minutą. Najpierw Mario Gomez zdobył gola będąc na spalonym, ale sędzia czujnie to wychwycił, a chwilę później Danijel Pranjić dośrodkował do Darijo Srny, ten był szybszy niż masywny Marcell Jansen i Jens Lehmann mógł tylko z wściekłością spojrzeć, jak selekcjoner Chorwatów z radości skacze na barana stojącemu najbliżej współpracownikowi.

Rozdrażnieni Niemcy do natychmiastowego odrabiania strat ruszyli z gracją wojsk pancernych, natomiast ekipa z Bałkanów poruszała się z lekkością kawalerii. W efekcie mecz stał się świetnym widowiskiem - tylko w pierwszej połowie oddano jedenaście strzałów - w którym najwięcej do roboty mieli bramkarze. Szczególnie wielki entuzjazm na trybunach wzbudziła interwencja Lehmanna po strzale Niko Kranjćara: nawet sam golkiper, powszechnie uważany za najsłabszy punkt zespołu, bił sobie brawo. Do bicia, ale bocznego arbitra, rzucał się też Bilić, który w okolicach ławki rezerwowych szalał niczym na scenie rockowej podczas koncertów swojego zespołu Rawbau, a sądząc po minach słuchaczy jego teksty też musiały być dość mocne. Najmocniejsze było jednak rozstrzygające mecz trafienie Ivicy Olicia, który posłał piłkę do siatki, gdy leżący już Lehmann z dziwną miną trzymał w rękach słupek swojej bramki. Potem była jeszcze co prawda wystrzelona przez Podolskiego torpeda oraz ułożona przez sędziego szachownica z zasłużonej czerwonej kartki dla Bastiana Schweinsteigera oraz żółtych dla awanturujących się po tym wydarzeniu piłkarzy obu stron. I wreszcie sekundy później drugie zwycięstwo Chorwatów na tych mistrzostwach stało się faktem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie