Puste schroniska górskie ledwo wiążą koniec z końcem. Jak w czasie pandemii COVID-19 radzą sobię gospodarze w Beskidach?

Patryk Osadnik
Patryk Osadnik

Wideo

Zobacz galerię (51 zdjęć)
Obostrzenia związane z pandemią COVID-19 sprawiły, że schroniska górskie w Beskidach przez blisko dwa miesiące pozostawały puste. Gospodarze, ledwo wiążąc koniec z końcem, próbowali różnych sposobów, żeby przetrwać. Dokładali pieniędzy z własnych oszczędności, wyłączyli ogrzewanie, uruchomili sprzedaż na wynos, a nawet zaczęli sprzedawać wirtualną szarlotkę. Jak wygląda sytuacja schronisk w czasie zarazy?

Schroniska w Beskidach przechodzą kryzys. Turystów brak, a gospodarze muszą dokładać do ich funkcjonowania

- Jest bardzo ciężko, ponieważ utraciliśmy zupełnie płynność finansową, a biznes musieliśmy właściwie zamknąć z dnia na dzień - mówi Grzegorz Janowski, gospodarz Bacówki PTTK na Krawcowym Wierchu. Izolacja związana z pandemią COVID-19 sprawiła, że praktycznie wszystkie schroniska w Beskidach ledwo wiążą koniec z końcem.

- Mamy takie założenie, że przez trzy weekendy, kiedy ruch turystyczny jest największy, zarabiamy na koszty utrzymania schroniska, a tak naprawdę dopiero czwarty weekend przynosi pieniądze, które jako gospodarze możemy uznać za nasz wypracowany zysk - podkreśla Jakub Szupieńko, gospodarz Schroniska PTTK na Hali Lipowskiej.

Puste schroniska górskie ledwo wiążą koniec z końcem. Jak w ...

Problem leży w tym, że działalność schronisk i bacówek została zawieszona na blisko dwa miesiące. W tym czasie nie przynosiły one żadnego zysku, mały tego, nie zarabiały nawet na swoje utrzymanie. Gospodarze w wielu przypadkach musieli sięgnąć do własnej kieszeni, żeby tylko przetrwać. W Schronisku na Soszowie wyłączyli nawet ogrzewanie, co pozwoliło im oszczędzić kilka groszy.

- Pomimo buńczucznych zapowiedzi ze strony rządu, nie mamy w tej chwili żadnej pomocy, kompletnie żadnej pomocy ze strony państwa. A jednak musimy utrzymywać pracowników. Płacimy im pensje, a oni dla bezpieczeństwa zostają w domach - dodaje Janowski.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że hotele i miejsca noclegowe będą mogły wznowić działalność od 4 maja. Oczywiście ze sporymi ograniczeniami, które są związane z zachowaniem bezpieczeństwa epidemiologicznego. To kolejny cios dla górskich schronisk, które każdego roku w majówkę przeżywały oblężenie, a miejsce noclegowe zaczynały rezerwować jeszcze w ubiegłym roku.

- Normalnie o tej porze przychodzi tutaj wiele wycieczek szkolny. Z racji tego, że szkoły i schroniska są pozamykane, to tych wycieczek nie ma. Nie ma ich już drugi rok z rzędu, bo w zeszłym roku był strajk nauczycieli. Liczyliśmy, że wrócą one jesienią, ale nie wróciły. Później była bardzo słaba zima, kiedy zwykle zarabiamy z racji bliskości wyciągu narciarskiego. A teraz pandemia, która po prostu nas dobija - wyjaśnia Paweł Płonka, gospodarz Schroniska na Soszowie.

Aby przetrwać, na Soszowie zaczęli sprzedawać wirtualną szarlotkę. Zebrali ponad 18 tysięcy złotych

Majówka dla schronisk jest już stracona. Gospodarza musieli wcześniej pozbyć się części zgromadzonych zapasów, które najzwyczajniej w świecie zdążyły się przeterminować, a turyści, nawet jeśli przyjdą, to nie będą mogli w schroniskach spać, ani nawet skorzystać z ław czy stołów.

Niektórzy zdecydowali się za to sprzedawać jedzenie na wynos, aby choć trochę odbić sobie poniesione straty. Na Krawculi zaczęli już tydzień przed weekendem majowym.

- Z sanepidu dostałem informację, że sprzedaż na wynos jest dozwolona. Z sugestią, żeby zabezpieczyć przed zajmowaniem miejsc przy bacówce i tak też się stało. Ruch jest minimalny, ale można powiedzieć, że coś się dzieje. Zobaczymy, czy w tym wymiarze da się przetrwać ten ciężki okres - mówi gospodarz.

Do tego pomysłu nie są przekonani w Schronisku na Hali Lipowskiej. - Prawda jest taka, że część turystów opakowania po jedzeniu zostawi w lesie, wyrzuci w krzaki. Nie chcę przykładać do tego ręki dla paru groszy - uważa Szupieńko.

W majówkę posiłki turystom będą za to wydawane na Soszowie, co ważne - w biodegradowalnych pojemnikach. Z resztą tam już wcześniej wpadli na pomysł, jak zminimalizować straty związane z pandemią COVID-19.

- Nie siedzimy w miejscu, staramy się coś robić, nie załamujemy rąk. Stworzyliśmy wirtualną szarlotkę, dzięki której jakoś jesteśmy w stanie funkcjonować - przyznaje Płonka.

Wirtualną szarlotkę można kupić na portalu Zrzutka.pl. Każdy, kto zdecyduje się na taką formę wsparcia schroniska, otrzyma mailem kupon, który później będzie mógł wymienić na prawdziwą szarlotkę. Jest to część akcji, jaką Schronisko Soszów prowadzi na Facebooku, gdzie można wziąć udział w konkursach, ale też kupić górskie koszulki, kominy czy nerki.

W sumie do 30 kwietnia, wirtualna szarlotka przyniosła ponad 18 tysięcy złotych. To kwota, która przy zaciskaniu pasa pozwoli funkcjonować schronisku przez niecały miesiąc. Zbiórka potrwa jeszcze 31 dni. - To nie jest bańka, która pęknie i nagle wszystko wróci do normy, a my będziemy obsługiwać kilkuset turystów w każdy weekend. Musimy zrobić wszystko, żeby przetrwać ten trudny okres - ocenia gospodarz schroniska.

- Jestem świadomy, że izolacja w pewnym stopniu jest potrzebna. Żałuję tylko, że ponoszę sto procent kosztów tej izolacji - dodaje Janowski.

Obejrzyj dokładnie

Schroniska są puste, ale nic tutaj nie straszy. Na Krawculi izolację przeszła cała rodzina. Zbudowali nawet piec do pizzy

Na Hali Lipowskiej ostatnie tygodnie wykorzystano na przeprowadzeni drobnych remontów. Jesienią przeszły je pokoje i łazienki, teraz przyszedł czas na kuchnię. - Liczymy na to, że po otwarciu turyści będą nas jednak tłumnie odwiedzać i nie będzie już czasu na remonty - przyznaje Szupieńko.

Za to na Krawcowym Wierchu czas izolacji społecznej przeszła cała rodzina gospodarza. Dzieci mogły uczyć się zdalnie, choć internet nie jest tutaj najlepszy, a później korzystać z uroków mieszkania w chałupie na środku górskiej hali, w samym środku Beskidów.

- Jeżeli chodzi o taki aspekt rodzinny, to tę kwarantannę zapamiętam jako naprawdę fajny okres. Dużo przebywaliśmy razem, graliśmy w piłkę, zbudowaliśmy piec do pizzy... ale powiedzmy sobie szczerze, że jest to zabawne przez tydzień, później trzeba zacząć zarabiać - mówi Janowski.

- Zdarzało się nam być w schronisku samotnie lub we dwie osoby. Nie boimy się więc trzeszczących belek, okien i skrzypiących drzwi. Może jakieś duch przodków są tutaj z nami, nie wiadomo. To są góry, miejsce wyjątkowe. Bywa ciekawie, ale raczej nie strasznie - wyjaśnia gospodarz z Hali Lipowskiej.

Zobacz koniecznie

Bądź na bieżąco i obserwuj

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

f
fak dem

Ceny z kosmosu, wielki mi "biznes", na pewno tam już nie wrócę, mogę chodzić po górach, ale omijam już te schroniska, bo z tym, co było kiedyś już nie ma nic wspólnego, kiedyś można było za darmo dostać wrzątek, teraz za wszystko kasują jak za zboże..... takiego wała!

G
Gość

Tak samo waliłeś pan, Panie redaktorze Twaróg rok temu w ZNP - że przez swój politykierski strajk uniemożliwiało wycieczki i zarobek hotelarzom?

Nie? No. nie mogę uwierzyć...

Zapisz się Pan do tej partii, którą tak jawnie tu popierasz i nie udawaj dziennikarza.

Wszysttkim nam będzie lżej.

Dodaj ogłoszenie