Rozmowa z Marcinem Pilisem. "Tragedia mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej przez kilka dekad była tabu"

Bartłomiej Romanek
Bartłomiej Romanek
fot. Maciej Zienkiewicz
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Rozmowa z Marcinem Pilisem, pisarzem z Myszkowa, autorem "Ciszy w Pogrance". Jego najnowsza powieść porusza trudny temat tragedia mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej i zbiera bardzo pochlebne recenzje.

"Cisza w Pogrance" to po "Łące umarłych" kolejna książka, w której porusza Pan trudne kwestie społeczne i historyczne. Dlaczego zdecydował się Pan na napisanie książki?

O książce poruszającej tematykę wołyńską rozmyślałem już przed kilkoma laty, jednak jakoś nie potrafiłem się za to zabrać. Tymczasem podczas rozmów w wydawnictwie wspomniałem o tamtych planach i z wolna przekonałem się do nich. W polskiej świadomości społecznej tragedia mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej przez kilka dekad była tabu, czymś, o czym nie wolno było mówić. Dziś wolno. Powieściowe ujęcie natomiast pozwala zbliżyć się do tych wydarzeń, nie tylko czytelnikom, ale i autorowi.

Pozwala zastanowić się nad tajemniczą kombinacją moralnych skłonności człowieka, jak to ujął Richard Wrangham. Potrafimy być zarówno podli, jak i szlachetni. Problemem jest dla większości z nas to, że podła i zła osoba potrafi mieć w sobie pierwiastek czegoś dobrego. To nie do pomyślenia. A jednak ludzka natura jest niezmiernie złożona i nie da się jej opisać prostymi formułami, tak jakbyśmy chcieli, żeby udawać, że cokolwiek z tego rozumiemy. Złożoność, a już zwłaszcza złożoność moralna, bywa denerwująca, bo zaburza nam obraz poukładanego świata.

Ale taki obraz jest nieprawdziwy. Musimy się po prostu z tym pogodzić i koniec. Po to też pisze się, ale i czyta książki o takich tragediach, żeby spróbować coś odkryć o samym sobie. Oddać sprawiedliwość temu, co się wydarzyło, i zobaczyć siebie samego na tym tle. W ten właśnie sposób historia powinna nas uczyć życia. W końcu podobno jest jego nauczycielką. Dzieje pokazują jednak, że dość mierną. No chyba że to my jesteśmy miernymi uczniami. Tak, pewnie to drugie jest bliżej prawdy.

Czytając Pana książki, trudno się nie oprzeć wrażeniu, że każdym bohaterem mniej lub bardziej kieruje zło, w najlepszym przypadku złe emocje. Nie lubi Pan ludzi?

Ani jako gatunek, ani jako jednostki nie jesteśmy jednowymiarowi, nie jesteśmy równą płaszczyzną. Złe emocje, jak to pan nazywa, potrafią kierować każdym na którymś etapie życia, mogą się zjawić i równie szybko nas opuścić. W odróżnieniu od podszytego racjonalizmem logicznego umysłu, emocje nie poddają się tak łatwo kontroli.

Jednocześnie stanowią coś niezmiernie pociągającego, czemu ulegamy znacznie łatwiej niż nam się wydaje. Więc tacy też muszą być ci moi bohaterowie, choć nie powiedziałbym, że akurat wszystkimi kierują takie złe emocje. Są i pozytywne postaci. I bardzo je lubię. Lubię moich bohaterów i chyba dzięki temu są prawdziwi. A czy lubię ludzi? Lubię niektórych ludzi, jak zresztą każdy z nas. Gdybym jednak miał odpowiedzieć na pytanie czy lubię ludzi jako występujące na ziemi zbiorowe zjawisko, to przyznam, że nie da się odpowiedzieć. Sam jestem elementem tego zjawiska.

Cząstką w gatunkowej puli. Powiedzieć, że się lubi ludzi to nic nie powiedzieć, to jest stwierdzenie bez treści. Podobnie jak powiedzieć, że się ich nie lubi. To też nic nie znaczy. Już ostatecznie można powiedzieć, że lubi się np. koty, ale tylko dlatego, że koty są odseparowane od naszego, ludzkiego widzenia świata, są istotami tak odmiennymi, że wszystkie wydają się podobne do siebie. Więc możemy tak powiedzieć. Ale o ludziach się nie da. Tak powiedzieć mogłaby tylko jakaś istota ponadludzka, ale nie człowiek.

Pisząc książkę o Wołyniu, musiał Pan wcześniej badać tę problematykę. Inspirował się Pan relacjami świadków czy innymi źródłami historycznymi?

Tak, oczywiście, to co dziś nazywają wszyscy researchem, czego osobiście nie lubię, jest konieczne. O rzezi wołyńskiej czytałem sporo już wiele lat temu, ale przed pisaniem „Pogranki” zgromadziłem sporo tekstów wspomnieniowych, w których zawarte są owe wspomnienia. Ale ważne było również poznanie tła społecznego, zwyczajów, języka, to wszystko, co nie składa się na samą tragedię.

Po raz kolejny (podobnie jak w "Łące Umarłych") prowadzi pan narrację w różnych okresach dziejów. Czemu służył ten zabieg i jak trudno wykorzystać go w powieści?

Ujęcie w długiej perspektywie czasowej poszerza obraz zdarzeń, poza tym mój deterministyczny pogląd na świat skłania mnie do uznania realności każdej z czasowych form, włącznie z zakwestionowaniem idei wolności woli. Nieuchronność tego, co następuje, niemożliwość odwrócenia losu, konieczność zajścia zdarzeń i ich nieruchomy obraz w czasie – to mnie pociąga i zapewne jest ważnym impulsem do budowania w taki sposób różnych historii. I oczywiście rozumiem, że nie każdy musi się z tym zgadzać. To jednak bywa potrzebne do tego, żeby pisać w ten sposób skonstruowane książki. Nie jest to konieczne, ale się przydaje.

Książka ma również wątek miłosny. Jak mogła wyglądać miłość w tak okrutnych czasach i czy była możliwa?

Była, ale w tym przypadku jest podszyta mocno niezwykłością okresu, w którym ma miejsce. Miłość bywa wówczas oazą wolności lub raczej jej pozoru, napędzającym motorem, budzącą się wewnętrzną siłą, która pomaga przeżyć.

"Łąka umarłych" była uważana za ważną książkę o tematyce pojedwabieńskiej. Ma Pan nadzieję, że tak samo będzie w przypadku "Ciszy w Pogrance" i Wołynia?

Trudno rzec, nie wiadomo, jak potoczą się losy „Pogranki”, choć zgodnie z moimi poglądami, to już w zasadzie jest przesądzone. Przekonamy się. Trudno mi się odnieść do tego pytania, ponieważ nie wiem, jak odbiorą powieść czytelnicy. Z pierwszych opinii i recenzji wynika, że odbiór jest dobry, więc kto wie. Książka przeciwstawia historycznym mechanizmom losy kilku osób. Miłość, o której wspominaliśmy, staje się przeciwwagą dla zbiorowej nienawiści. Skrajny nacjonalizm, okrutny i bezmyślny, staje się głównym powodem cierpienia.

Wzniosła idea niesie śmierć. Więc dlaczego jest wzniosła? Jedni muszą wszystko stracić, aby inni mogli wszystko zyskać, taka jest ostateczna konkluzja. To są ważne rzeczy, warto je opisywać, żeby się w tym przejrzeć. Być może ujrzeć samych siebie. Zrobić eksperyment myślowy i odpowiedzieć sobie na pytanie: co bym zrobił? Wydaje mi się, że to są sprawy nieprzemijające, pytania, na które zawsze będziemy odpowiadać i nigdy nie odpowiemy.

Wiem, że pisarze nie lubią oceniać swoich dzieł, ale czy to najlepsza Pana książka?

Dopiero co napisana, więc powiedziałbym, że najbliższa. Nie jestem w stanie powiedzieć, która jest najlepsza, mógłbym jedynie stwierdzić, do której czuję największy sentyment, ale publicznie tego nie stwierdzę, proszę mi wybaczyć.

Jakie ma Pan plany wydawnicze? Kiedy Czytelnicy mogą się spodziewać nowej powieści i jaką tematykę chce Pan w niej poruszyć?

Jeśli wszystko pójdzie tak, jak zostało zaplanowane, wiosną, przełom kwietnia i maja, ukaże się nowa powieść, a będzie – mówiąc najbardziej ogólnie – o miłości. Powieść współczesna. No a później znów zaproszę czytelników do wyprawy w przeszłość.

O książce - opis wydawcy

W ciszy wieczorów łuny nad horyzontem zwiastują niechybną rzeź.

Tego lata cały Wołyń ogarnęła trwoga…

Lipiec 1943 roku. Dwie nastoletnie siostry z Pogranki zakochują się w młodzieńcu z sąsiedniej ukraińskiej wsi Połapy. Chłopak jest członkiem UPA, ale dla uczuć nie stanowi to przeszkody.

Tymczasem ze Wschodu docierają wieści o krwawych atakach na polskie wioski. Polacy będą zmuszeni dokonać wyboru: zostać czy uciekać. Co się stanie, jeśli pogłoski o okrucieństwach okażą się prawdziwe? Czy mieszkańcom obu wsi uda się porozumieć i pośród szalejącej rzezi uratować Pogrankę?

W latach 60. o tragicznych wydarzeniach wciąż pamięta Ołena Taraszuk, mieszkająca w Ukraińskiej SRR…
Zaczyna się XXI wiek, ostatni uciekinierzy z Wołynia i Małopolski Wschodniej odwiedzają rodzinne strony. Tam, gdzie kiedyś stały domy i toczyło się życie, dziś kwitną puste łąki…

Wśród mechanizmów historii pojedyncze losy mieszkańców łączą się w opowieść o miłości, zdradzie i okrucieństwie, o pamięci i poszukiwaniu utraconych korzeni.

Marcin Pilis, autor m.in. „Zemsty kobiet” i „Łąki umarłych”, wraca z nową, poruszającą do głębi powieścią o trudnej polsko-ukraińskiej przeszłości.

„Autor […] pokazuje ten dramat przez los jednostek, nadając mu głębszy psychologiczny sens. Przypomina, że towarzyszyły mu: zaślepienie, okrucieństwo, ale i szaleńcza miłość” (z recenzji Marka A. Koprowskiego, historyka, autora kilkunastu książek o Wołyniu).

Wywiad z Pauliną Gałązką o "Dziewczynach z Dubaju" i "Furiozie"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie