MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Sąd dyrektora Halemby przyparł do muru

Joanna Heler
Kazimierz D., były dyrektor kopalni Halemba zeznawał w piątek w Sądzie Okręgowym w Gliwicach i zmieniał swe wcześniejsze wyjaśnienia.

Przypomnijmy: Kazimierz D. jest jednym z 17 osób oskarżonych o przyczynienie się do wybuchu metanu i pyłu węglowego, w efekcie którego zginęli pracownicy kopalni oraz firmy Mard, likwidujący ścianę wydobywczą. To na nim oraz na głównym inżynierze do spraw wentylacji, Marku Z., ciążą najpoważniejsze zarzuty. Grozi im do 12 lat więzienia.

W piątek były dyrektor Halemby m.in. kwestionował rzetelność protokołów, chociażby z postępowania przygotowawczego. Także tych przez siebie podpisanych. Nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego na pewnym odcinku ściany, mimo innych zapisów w projekcie technicznym, zmieniono sposób wentylacji, choć nie różniły się one pod względem zagrożenia pożarowego.

Przewodnicząca składu sędziowskiego Grażyna Stankiewicz-Chimiak była bardzo dociekliwa. Kazimierz D. przyznał w końcu, iż firma Mard przy likwidacji urządzeń odstawy urobku pracowała już od lipca, choć rejon nie był jej formalnie przekazany. Stało się to dopiero w listopadzie, gdy firma zaczęła rabunek obudowy, co, zdaniem oskarżonego, stwarza więcej niebezpiecznych sytuacji. Na pytanie, kto od lipca odpowiadał za bezpieczeństwo pracowników Kazimierz D. raz mówił, że kopalnia, innym razem, że jednak Mard. Bronił się, że przepisy nie wymagają protokolarnego przekazania.

- Czyli protokolarne przekazanie ma taką samą wartość jak przecięcie wstęgi? - pozwoliła sobie na złośliwość, nie jedyną podczas wczorajszej rozprawy, przewodnicząca składu sędziowskiego.
Emocje wśród bliskich zmarłych górników, przysłuchujących się wyjaśnieniom, wywołało przypomnienie jednej z ekspertyz, w której mówiono, że w kopalni intensywność przewietrzania nie była adekwatna do istniejącego zagrożenia metanowego.

Kazimierz D. bronił się, że kopalniana komisja system uznała za prawidłowy. Pytany, czy można było go zmienić, odparł, że likwidacja urządzeń zaczęła się w piątek, do tragedii doszło we wtorek, więc było za mało dni roboczych na zorganizowanie spotkania. - Tym bardziej, że przekroczenia dopuszczalnych stężeń metanu nie były nagminne - podsumował D.

Były dyrektor był także pytany, czy sprawdzał wiarygodność przekazywanych mu przez dyspozytora informacji. Sąd chciał wiedzieć, czy "na wiarę" przyjmował raporty , że do przekroczeń stężeń metanu przyczynili się sami pracujący pod ziemią ludzie. Stwierdził, że nie. Przyznał też, że nie pytał dyspozytora, czy z zagrożonego rejonu wycofywano załogę. - Było dla mnie oczywiste, że tak - podkreślił.

Piątkowej rozprawie towarzyszyły słowne przepychanki między przewodniczącą składu, a obrońcą Kazimierza D., Krystianem Ślązakiem. Sędzia Stankiewicz-Chimiak podkreśliła, że zachowanie adwokata kwalifikuje się do ukarania grzywną.

Kolejna rozprawa za tydzień. Swoje wyjaśnienia musi jeszcze złożyć 300 świadków.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni