„Śląsk” wciąż rozwija skrzydła i wzbija się w górę

Teresa Semik
Zbigniew Cierniak, dyrektor „Śląska”, przy ławeczce-pomniku Stanisława Hadyny w Koszęcinie
Zbigniew Cierniak, dyrektor „Śląska”, przy ławeczce-pomniku Stanisława Hadyny w Koszęcinie I. Dorożański
Szukamy artystycznej aktywności także poza naturalną skarbnicą, którą jest dla nas folklor - mówi Zbigniew Cierniak, dyrektor Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny.

Zastanawia się pan czasem, jakby Stanisław Hadyna zareagował na obecne ambicje „Śląska”? Myślę o wspólnych występach zespołu z muzykiem rockowym Arturem Rojkiem, jazzmanem Wojciechem Mazolewskim, raperem Miuoshem.

Sądzę, że nie miałby nic naprzeciwko. Profesor też wyprzedzał epoki, kiedy tworzył Zespół i jego program. Szukamy sposobów, żeby „Śląskiem” bardziej zainteresować młodych odbiorców. Niedawno rozmawiałem z Kamilem Sipowiczem nad upamiętnieniem życia muzycznego Kory. Artystka spotkała się kiedyś ze Stanisławem Hadyną i myślała o takim właśnie wydarzeniu muzycznym.

To śmiałe decyzje programowe, absolutnie ciekawe. Pamiętam jednak, kiedy przed laty próbowano cokolwiek zmieniać w repertuarze „Śląska”, choćby wprawić w ruch chór, to wylała się na zespół fala krytyki. Nie obawia się pan podobnej reakcji?
Zespół nigdy nie odejdzie od żelaznego repertuaru, dla którego powstał, a przynajmniej ja sobie tego nie wyobrażam. Program stworzony przez Stanisława Hadynę i Elwirę Kamińską jest dla nas obowiązujący. Oczywiście, można się ograniczać do jednej aktywności artystycznej, ale można też szukać tej aktywności poza naturalną skarbnicą, którą jest dla nas folklor. Czy może pani sobie wyobrazić, że „Śląsk”, tak mocno zakorzeniony w regionie, nie wpisze się w obchody setnej rocznicy wybuchu pierwszego powstania śląskiego? Stąd nasz udział w szczególnym koncercie, z muzyką Jana A.P. Kaczmarka, zapowiadanym na sierpień na Stadionie Śląskim.

W latach 50. Stanisław Hadyna zaprosił do współpracy Wojciecha Kilara i było to sporym wyzwaniem dla kompozytora, bo wraz z nadejściem awangardy zainteresowanie folklorem stawało się w złym tonie. Dziś twórcy nie mają już takich obaw?

Dostaliśmy nawet zaproszenie, żeby z nowatorskimi widowiskami baletowymi do muzyki Kilara: „Preludium” oraz „Exodus” wystąpić na Manhattanie w Nowym Jorku. Z „Exodusem” wcześniej byliśmy w Wielkiej Brytanii. To była nasza inicjatywa, żeby Kilara pokazać nieco inaczej niż do tej pory, jako tylko muzykę orkiestrową. „Śląsk” dołożył do niej choreografię Michaiła Zubkova. Życzę innym wykonawcom podobnych sukcesów.

Trudne lata dla „Śląska” dawno minęły?

Dawno i to mnie bardzo cieszy. Na scenie spędziłem 20 lat, w zespole pracuję już prawie 30. Raz były lata lepsze, raz gorsze. Dawniej, gdy Zespół wyjeżdżał na koncert, zamkowe pomieszczenia pustoszały. Dziś działa Śląskie Centrum Edukacji Regionalnej. Kiedyś nikt nawet nie myślał o tym, żeby w Koszęcinie prowadzić edukację regionalną, a teraz ta forma naszej pracy cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Kiedyś nie można było wejść na teren parku i pałacu, zajmowanego przez „Śląsk”. Dziś jest udostępniany turystom, spacerowiczom.

Wypiękniał park i pałac w Koszęcinie, bez dwóch zdań to jest zasługą „Śląska”.

Przypomnę, że kiedy ja zaczynałem pracę, przed wejściem do pałacu była portiernia i trzeba było się anonsować. Dziś szeroko otwieramy drzwi przed naszymi gośćmi, ale też promujemy cały region. Jako jedyna instytucja kultury jesteśmy częścią Śląskiej Organizacji Turystycznej.

Jakie było pana pierwsze spotykanie z Hadyną?

W roku 1991 roku zgłosiłem się na przesłuchania do Zespołu „Śląsk”, które odbywały się w Radiu Katowice. Poprosiłem tylko, czy mogę wejść jako jeden z pierwszych, bo tego samego dnia wyjeżdżałem do Włoch z zabrzańskim chórem Rezonans con tutti. Zacząłem śpiewać „Szła dzieweczka do laseczka”. Profesor podniósł na chwilę wzrok znad swojego notatnika i zaprosił mnie do Koszęcina. Było kilkuset chętnych, a przyjęto parę osób, w tym mnie.

Związał się pan z Zespołem w jego najtrudniejszym momencie, w trakcie transformacji ustrojowej, kiedy kulturze żyło się naprawdę ciężko. Nie zrażało to pana?

Nie. Uznałem, że to właśnie chcę robić w życiu, śpiewać, więc nie mogę się poddać. Wierzyłem, że kłopoty są chwilowe. Stanisława Hadynę widziałam wcześniej, bo bywałem w Koszęcinie; moja dziewczyna Joasia już śpiewała w „Śląsku”. Nie wątpiłem, że Profesor nie pozwoli, by jego Zespół nie przetrwał tych trudnych czasów.

Gdy po wymuszonej przerwie Stanisław Hadyna wrócił do „Śląska” w 1990 roku, powiedział, że czuje się, jakby wsiadał do Titanica. Raczej nie był wielkim optymistą.

Ale też nigdy nie poddawał się tak łatwo. Wyminął wszystkie góry lodowe.

Wtedy pojawiły się też głosy, że czas wielkich zespołów już się kończy, że to skansen, który umrze wraz z tamtą epoką.

Byłem trochę przerażony tą dyskusją, bo dopiero zaczynałem wymarzoną pracę. Wydawało mi się to jednak niemożliwe, by ktoś wpadł na tak szalony pomysł i próbował zniszczyć Zespół, zaprzepaścić jego sukces. Na odbudowę potem nie byłoby szans. Wierzyłem, że Profesor wrócił do Koszęcina w najważniejszym momencie dla „Śląska” i nie pozwoli go skrzywdzić. Jego autorytet pomógł nam wyjść z tamtego kryzysu. Zaciskaliśmy pasa, a teraz znów jest kolejka chętnych do Zespołu.

Stanisław Hadyna jeździł po beskidzkich wsiach w poszukiwaniu dziewcząt i chłopców do pierwszego składu Zespołu. Dziś w „Śląsku” jest miejsce dla amatorów?

Praca z absolwentami szkół artystycznych jest łatwiejsza, ale nie zamykamy drogi przed osobami utalentowanymi. Niedawno pracę w chórze rozpoczęła dziewczyna z Żywca, która pięknie śpiewa białym głosem. Nie ukończyła szkoły muzycznej, ale świetnie odnalazła się w Zespole. Profesor musiał sam docierać do wykonawców, bo inne były możliwości. My dziś utrzymujemy kontakt z zespołami amatorskimi i w ten sposób wyłapujemy zdolnych artystów.

Pan też prowadzi Zespół twardą ręką? Myślę o tej żelaznej dyscyplinie obyczajowej, którą wprowadził Stanisław Hadyna na początku istnienia zespołu; przestrzeganie ciszy nocnej, pory nauki i zabawy.
Po powrocie do Zespołu Profesor złagodniał, zrobił się bardziej dobroduszny, choć tak samo wymagający. Nadal „zapominał” o zegarku. Próba trwała tak długo, aż uznał, że można ją zakończyć na tym etapie pracy. Dziś do Zespołu trafiają najczęściej dorośli ludzie, z planami na życie i z nieustającą pasją. Wiedzą, że muszą ciężko pracować, jeśli chcą wytrwać w Zespole. Nie wymagają tak surowego pilnowania. Mogę być bardziej tolerancyjny.

Urszulę Porwoł, niezapomnianą wykonawczynię piosenki „Szła dzieweczka do laseczka”, Profesor instruował przed koncertem: „Cała sala ma się śmiać. Ludzie, stołki, pająk u powały. Wszystkich i wszystko musisz swoją wesołością zarazić”. Jak pan zagrzewa Zespół do występu?

To są uniwersalne słowa. Widz musi odczuwać radość oglądając występ. Nie może odczuć, że artysta ma słabszy dzień, bo ma swoje problemy. Artysta musi na czas występu o nich zapomnieć. Pracujemy nad tym cały czas.

Zespół „Śląsk” powstał, gdy istniało już „Mazowsze”. Dlatego wielu wątpiło, że Hadynie się uda. Ale on się uparł. Prawdą jest też to, że w realizacji tych marzeń pomógł mu ówczesny wojewoda Jerzy Ziętek. Na co dzień Zespół odczuwa jakąś rywalizację „Śląska” z „Mazowszem”?

Nie. Każdy ma swoją publiczność, swoją drogę życiową. Niedawno, porządkując dokumentację, znaleźliśmy dowód świadczący o tym, że „Mazowsze” próbowało wykraść „Śląskowi” Elwirę Kamińską. Było to pod koniec lat 50. „Śląsk” odnosił już pierwsze sukcesy. I wtedy Elwira Kamińska dostała nakaz pracy do Karolina. Zachował się dokument w jej teczce personalnej, z którego wynika, że ma się tam stawić w określonych dniach „w celu stworzenia choreografii”. Pojechała, bo pewnie wyboru nie miała żadnego, i stworzyła krakowiaka. Niewątpliwie „Śląsk” miał szczęście do dwóch wizjonerów: muzycznego i choreograficznego.

Jerzy Wójcik, poprzedni dyrektor artystyczny „Śląska” mówił, że Hadyna zostawił sporo partytur, których nigdy nie włączył do repertuaru. Jest szansa, że pozna je publiczność?

W sporej części pewnie tak. Profesor miał znakomity dar wyczucia, co się nadaje na scenę, a co nie. Od razu kładł do szuflady skomponowany utwór, jeśli coś mu w nim nie pasowało, albo na pierwszej próbie mówił: Schowajcie te nuty, może poćwiczymy później, spróbuję zaaranżować na nowo. Czasami nas to dziwiło, ale mieliśmy zaufanie do jego profesji. Często tworzył jakąś pieśń, wiedząc, kto ma ją zaśpiewać ze względu na barwę głosu, temperament.

Spoglądając w górę, co chciałby pan powiedzieć Stanisławowi Hadynie?

Zespół „Śląsk” wciąż wspaniale rozwija skrzydła i wzbija się w górę. Cieszymy się, że za promocję Polski i Śląska, za sukcesy jesteśmy doceniani i przez władze wojewódzkie, i ministerialne.

Wkrótce ruszą zapisy na szczepienie trzecią dawką

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie