Spacer z Kodem Alojzego Korzeńca [FILM]

Magda NowackaZaktualizowano 
marzena bugała
Kto zabił Alojzego Korzeńca? Gdzie bawili się sosnowieccy moderniści w roku 1913? Czy Emma, bona w rodzinie Dietlów, istniała naprawdę? Co zostało z budynku przedwojennej, sosnowieckiej redakcji? Razem z prof. Zbigniewem Białasem, autorem powieści o Sosnowcu, której pierwszy tom ukaże się jesienią, śladami fikcyjnych i prawdziwych bohaterów wędruje Magda Nowacka

Pamiętacie "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna? Tłumy czytelników, którzy przyjechali ( i nadal to robią) specjalnie do Paryża, aby zwiedzać miasto, podążając śladami bohaterów tej powieści? Coraz więcej z nas wyrusza w literackie podróże. W Sosnowcu wszystko zaczyna się od kafelka w sieni pewnej kamienicy.

Plejada bogatych fabrykantów, służących, rzemieślników i inteligencji, modernistów i sufrażystek, a wszystko w przededniu wybuchu I wojny światowej. Szabrownicy, przemyt, morderstwo, romanse. Granice między Śląskiem a Zagłębiem, które wtedy wytyczały zabory.

Czy Sosnowiec może być scenerią do miejskiej powieści, historyczno-obyczajowo-sensacyjnej? Profesor Zbigniew Białas, autor książki "Korzeniec", która znajdzie się na półkach księgarskich jesienią, takich wątpliwości już nie ma. Chociaż przyznaje, że gdyby nie spiritus movens, którym okazał się niepozorny kafelek, jego powieść o Sosnowcu nigdy by nie powstała. A pisał ją przez 5 lat.

- To chyba obecnie najsłynniejsza książka w Polsce, która jeszcze nie została wydana - śmieje się Zbigniew Białas.

Wszystko tak naprawdę zaczyna się na Żytniej 16. I inspiracja, i pierwsza scena w książce. Na małym kafelku w podłodze, wyróżniającym się spośród pozostałych, napis: A. Korzeniec. Sosnowice. To tutaj narodził się pomysł książki.

- Nie wierzę w impulsy, natchnienie, tego typu rzeczy. Ale w tym przypadku muszę uznać, że chyba rzeczywiście tak było - mówi Zbigniew Białas. Kamienica z kafelkiem mieści się tuż obok uczelni, gdzie pracuje. Czy szedł wtedy na spacer między zajęciami? Może na obiad? Pogoda piękna, maj.

Kafelek przykuł jego wzrok. Oczami wyobraźni ujrzał glazurnika Alojzego (chciałem mu dać brzydkie imię) Korzeńca, który kładzie kolejne warstwy posadzki. Potem zastanowiła go nazwa Sosnowice. Sprawdził, w jakim okresie tak nazywało się miasto. I już wiedział, że akcja obejmie jeden rok od czerwca 1913 do czerwca 1914. Kończy się wraz z zamachem na cesarza Ferdynanda w Sarajewie.
Powieść ma być przede wszystkim panoramą przedwojennego Sosnowca z tajemniczą śmiercią Alojzego w tle. Jego żona Jadwiga topi smutki w absyncie, pisze sensacyjno-romantyczne opowiadania do gazety "Iskra", ukazującej się w Sosnowcu. Jej redaktor naczelny to Walerian Monsiorowski (jednocześnie wcielający się w detektywa oraz sympatię pani Jadwigi). Mamy więc klasę inteligencką i robotniczą.

Równolegle toczy się wątek, którego bohaterami jest rodzina Dietlów, bogatych fabrykantów. Ich życie widzimy z perspektywy bony Emmy, związanej romansem z oficerem pruskim stacjonującym w Mysłowicach. Poza tym cała plejada bohaterów drugoplanowych. Grupa modernistów, spotykająca się, aby przy alkoholu komentować wydarzenia polityczne, obyczajowe i gospodarcze czy artystyczne w hotelu Wiktoria. Jest też roczny Edward Gierek, młody Władek Szpilman i Janek Kiepura, uczeń Szkoły Realnej.

Autor zaznacza jednak, że postacie te pojawiają się bardziej jako wtapiające się w tamte czasy. Nie odgrywają szczególnej roli, poza dodaniem kolorytu powieści. - To takie moje puszczenie oka do czytelnika - uśmiecha się profesor Białas. - Na pewno w powieści realistyczna i charakterystyczna dla tego okresu jest topografia. Poza ulicą Żytnią, mamy ulicę Krzywą, gdzie mieści się redakcja "Iskry". - Jest oczywiście Pałac i Mauzoleum Dietlów, trójkąt trzech cesarzy, dwustumetrowy, drewniany most, łączący Sosnowiec z Mysłowicami, "świński targ" - wylicza Zbigniew Białas.

Ale to nie wszystko. Każdy gabinet dentystyczny, fryzjer czy sklep z kapustą, opisane w książce, istniały naprawdę. Czy choćby zakład fotograficzny, który mieścił się niedaleko obecnego placu Stulecia.

Przy pracy nad powieścią autor korzystał ze starych gazet, anonsów, książek znanego regionalisty Jana Przemszy-Zielińskiego. Zatrzymujemy się przed stylizowaną tabliczką wspomnianego zakładu fotograficznego. Tablic w mieście jest kilkanaście.

- To pomysł Fundacji Brama Cukermana. Zrobili takie także w Będzinie i Dąbrowie Górniczej - mówię profesorowi. Dochodzimy do ulicy Krzywej 1, zaraz obok komendy policji. To tutaj mieściła się redakcja "Iskry". Na miejscu dawnej kamienicy brzydki biały blok. - Szkoda, że jednak nic z tego budynku nie zostało. Niechby był nawet odrapany, ale w klimacie - wzdychamy za autorem.
Mijamy to miejsce, zmierzając w stronę ulicy Kołłątaja. Zahaczamy o podwórko. O, tu już lepiej. Zaniedbane, ale przynajmniej klimat początku XX wieku można poczuć. Dla kontrastu z zaniedbanym, chociaż niewątpliwie klimatycznym podwórkiem, idziemy do Pałacu Dietla. I tu niespodzianka. Autor przyznaje, że chociaż tak dokładnie go opisał, to tu wcześniej nie był. Jest pod wrażeniem pozytywnych zmian. Sala balowa, pokój fajkowy, jadalnia czy pokój kąpielowy, po 10 latach pracy nowych właścicieli przedstawiają się bajkowo.

- "Korzeniec" będzie nakręcony w tych wnętrzach - pół żartem, pół serio, mówi zachwycony Białas. Zdradza, że w powieści akcja toczy się i w pokoju fajkowym, i właśnie w balowej sali. I tylko ogrodów, takich jak te w powieści, tu już nie ma.

- Dlaczego postanowił pan opisać właśnie ten okres?

- To schyłek pewnej epoki, czas, kiedy to miasto tętniło życiem, kotłował się prawdziwy tygiel kultur. Polacy, Żydzi. Rosjanie. I może stąd odniesienie, które pojawia się wśród recenzentów mojej powieści o efekcie Buddenbrooków. Myślę, że ma ono swoje uzasadnienie, choć pewnie jest zbyt pochlebne - mówi skromnie autor.

O książkach Marka Krajewskiego słyszał, ale przyznaje, że ich nie czytał. Wie, że już są robione porównania jego powieści z powieściami autora "Breslau". - Tylko u niego jest bardziej brutalistyczny wątek sensacyjny. U mnie jest mniej wartka akcja, mniej dekadenccy bohaterowie - próbuje pewnej klasyfikacji Białas. Przyznaje jednak, że gdzieś przełożenie jego wzorców literackich można tu odnaleźć. - Nie chcę, aby to zabrzmiało nieskromnie, ale może w samej konwencji bliżej mi do "Ulissesa" Joyce'a. On jest mistrzem drobiazgowego pisania o mieście i ja też idę w tym kierunku - mówi. Czy to powieść zagłębiowska? Niewątpliwie. Czy widać tu podziały, antagonizmy zagłębiowsko-śląskie? Raczej nie.
- Zapewne, jeśli ktoś bardziej się wczyta, to jakieś przebłyski znajdzie. Ale musimy pamiętać, że wtedy podziały wynikały z czegoś innego. Gliwice i Mysłowice to byli ludzie "z obcego kraju". Niby Polacy, ale z Prus. Czyli różnica zaborów. Ale innego podziału tu nie znajdziemy. Co innego w drugim tomie - autor uchyla rąbka tajemnicy. Tam już te podziały zaczną się bardziej rysować, bo też wkraczamy w kolejną epokę. Przyznaje, że go poniosło. Nagle okazało się, że wątki się rozwijają. I nie sposób zmieścić je na 400 stronach. I zapewne wyjdzie z tego tetralogia. Drugi tom obejmie rok 1918-1919. Głównym bohaterem będzie hrabia Dąbski, którego pokochała i poślubiła znana na całym świecie aktorka filmu niemego Pola Negri. Trzeci to czasy II wojny światowej. Czwarty będzie się kończył w latach 50. Którego z bohaterów lubi najbardziej? Przyznaje, że Waleriana Monsiorowskiego. I zdradza, że może dlatego, że kiedyś chciał być dziennikarzem.

- Trochę się tego boję - przyznaje, kiedy pytam o spodziewany odbiór powieści. - Najbardziej chyba tych najstarszych czytelników. Mogą stwierdzić, że to nie ich Sosnowiec opisałem, że to tak nie było. Chcę podkreślić, aby uniknąć rozczarowań, a jednocześnie zarzutów, że nie pisałem książki specjalnie dla ludzi z Sosnowca, nie miałem tu poczucia jakiejś misji - zaznacza. Potwierdza, że i on zauważył popularność tzw. powieści z kluczem. Takich, przy których mamy od razu chęć sięgnąć po mapę i powędrować szlakiem opisanych miejsc.

- Mamy trend na lokalność, szukanie korzeni. Stąd i gra tytułem - mówi. - Z jednej strony nazwisko, z drugiej korzenie, odwołanie do rodzimej historii. A to dla ludzi, w obecnej dobie globalizmu, staje się coraz ważniejsze - wyjaśnia autor.
Magdalena Nowacka

Kto odnosi korzyści z kryminałów w starych miejskich dekoracjach

Wiedza, że dobrze napisany kryminał retro może stać się strategicznym elementem promocji miasta albo regionu, z trudem dociera do świadomości samorządowych włodarzy nad Wisłą. Choć kryminalna mapa Polski w stylu retro z roku na rok staje się coraz bardziej gęsta, tylko niewiele miast zdecydowało się poważnie zainwestować w literaturę. Najwyraźniej przykład Paryża, do którego od lat walą miliony fanów zafascynowanych "Kodem Leonarda da Vinci" Browna, czy Barcelony, która dzięki powieściom Zafóna czy Mendozy, stała się stolicą europejskiej turystyki, przekonują niewielu rezydentów rodzimych ratuszów.
Są oczywiście wyjątki. Najjaśniejszym punktem na mapie polskich miast, które kryminał retro przekuły w marketingowy sukces, jest od lat Wrocław. Tutaj - bądźmy sprawiedliwi - po prostu nie dało się niczego popsuć, bowiem wybuchła dekadę temu popularność powieści Marka Krajewskiego, automatycznie skazała nadodrzańską metropolię na popularność. Książkowe perypetie komisarza Eberhardta Mocka, który w zaułkach przedwojennego Breslau tropi ślady zbrodni (do dziś ukazało się pięć "wrocławskich" tomów), które rozeszły się po Polsce w kilkuset tysiącach egzemplarzy i nakręciły turystyczną koniunkturę.

Gdy w 2006 roku Krajewski ukończył "Festung Breslau", władze miasta - po raz pierwszy w Polsce - zdecydowały się na szeroką reklamę tej powieści. Nie tylko we Wrocławiu, ale w całym kraju pojawiło się 500 billboardów zapraszających do odwiedzenia Miasta Spotkań. Widniała na nich okładka książki, czarno-białe zdjęcie zrujnowanej al. Słowackiego z widokiem na pl. Dominikański oraz napis "Ostatnie śledztwo Eberhardta Mocka". Niedługo potem powstała ścieżka śladami sławnego policjanta zaczynająca się przy budynku prezydium policji na Podwalu 31/33, a kończąca bieg na pl. Teatralnym, gdzie mieszkał ze swoją drugą żoną. Dodatkowo alternatywne ścieżki pojawiły się na stronie wrocławskiego Urzędu Miasta, uzupełnione o mapę banków, bankomatów, knajp i udogodnień dla niepełnosprawnych.

Można powiedzieć, że urzędnicy nie odkryli Ameryki, wykorzystując po prostu pomysły już dawno sprawdzone w innych turystycznych centrach. Podobne rozwiązania istnieją wszak w Londynie, gdzie maniacy Sherlocka Holmesa maszerują po śladach jego detektywistycznych śledztw, w Pradze, gdzie przesiadują w ulubionych piwiarniach Józefa Szwejka, w Dublinie, gdzie od lat rządzi Leopold Bloom, czy wreszcie w Moskwie rozsławionej przez Michaiła Bułhakowa. Ale faktem jest, że w polskich warunkach była to prawdziwa rewolucja. Jej ciągiem dalszym miało być przeniesienie kryminałów Krajewskiego na srebrny ekran i do telewizji (podjął się tego Patryk Vega), ale ten pomysł zostanie już chyba na zawsze w sferze pobożnych życzeń.
Sukcesu Wrocławiowi pozazdrościło miasto leżące w zupełnie innej części Polski, mianowicie Lublin. Tam też urzędnicy wyczuli korzyści z faktu, że istnieje takie popularne zjawisko jak kryminał retro, i z tego, że ktoś opiewa w nim uroki przedwojennego grodu nad Bystrzycą. Tym kimś jest Marcin Wroński, autor dwóch powieści o przygodach komisarza Zygmunta Maciejewskiego: "Morderstwo pod cenzurą" i "Kino Venus" (w przygotowaniu kolejna "A na imię jej będzie Aniela"). Jesienią 2007 r. Lublin stał się w związku z tym areną niezwykłego happeningu: na Krakowskim Przedmieściu grupa aktorów dała przechodniom show, przenosząc ich w realia przedwojennego miasta. Były rekwizyty, strzelanina i uliczna zabawa. Jednocześnie "Morderstwo..." czytane było w rozgłośniach radiowych, ruszyła ścieżka turystyczna śladami Maciejewskiego, a na stronach Urzędu Miasta zawisły informacje o książkach Wrońskiego.

Oczywiście dużym metropoliom, takim jak Wrocław czy Lublin, jest łatwiej. Bo cóż do zaoferowania ma na przykład Sanok sławiony przez "Złotego wilka", thriller retro w scenerii XIX wieku spod ręki Bartłomieja Rychtera, albo Wejherowo, w którym akcję swej powieści "Pruska zagadka" umieścił Piotr Schmandt? Otóż okazuje się, że można - wejherowscy urzędnicy skorzystali z funduszy europejskich i wyznaczyli malowniczy szlak turystyczny śladami głównego bohatera książki inspektora Ignaza Brauna. Warto wspomnieć o nietypowym posunięciu mera Lwowa, który - usłyszawszy o sukcesie książek Marka Krajewskiego - postanowił skorzystać z jego sławy i zaprosił pisarza nad Pełtew. Jego owocem były powieści "Głowa Minotaura" oraz "Erynie", zapis śledztw komisarza Edwarda Popielskiego tropiącego zło w przedwojennym, jeszcze polskim Lwowie.

Nie każdy jest jednak pisarzem tak fetowanym jak Krajewski. Na przykład Paweł Jaszczuk, który również upodobał sobie Lwów, raczej nie doświadczył zbytniego zainteresowania decydentów. A szkoda: w 2005 roku wydał znakomity tom "Foresta Umbra" (Nagroda Wielkiego Kalibru za najlepszą powieść roku), a teraz "Plan Sary", w którym znów powraca do postaci dziennikarza śledczego Jakuba Sterna. Gdy przejrzy się listę kryminałów retro, które ukazały się w ciągu ostatnich kilku lat, widać, że powstały głównie z bezinteresownej miłości pisarzy do miejskiej historii. Wystarczy wymienić Krzysztofa Maćkowskiego i jego "Raport Badeni" dziejący się w Krakowie czy Konrada T. Lewandowskiego zapraszającego czytelników do przedwojennego Nikiszowca w "Śląskim dziękczynieniu".

Najgorzej pod tym względem prezentuje się Warszawa, gdzie wciąż najwybitniejszą powieścią kryminalną pozostają "Tajemnice Nalewek" Henryka Nagiela, wydane przez Gebethnera i Wolffa w 1911 r. Kilka lat temu przemknęły co prawda przez księgarnie fala powieści o dawnej kryminalnej stolicy (m.in. "Al Capone w Warszawie" Artura Górskiego czy "Magnetyzer" Konrada T. Lewandowskeigo), ale nie wzbudziły szczególnego zainteresowania pracowników biura promocji miasta. Lewandowski jest zresztą dowodem, że nie tak łatwo zmiękczyć urzędnicze serca. Prócz książek o Śląsku i Warszawie ma na koncie rzecz o Łodzi ("Perkalowy dybuk") i Poznaniu ("Elektryczne perły"). I kandydatem do tezy, że na triumf miejskich kryminałów retro przyjdzie nam jeszcze poczekać.
Bożydar Brakoniecki

Wideo

Materiał oryginalny: Spacer z Kodem Alojzego Korzeńca [FILM] - Dziennik Zachodni

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3