Stanisław Lenartowicz: Ciężka robota i radość życia

    Stanisław Lenartowicz: Ciężka robota i radość życia

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Był znakomitym filmowcem, twórcą m.in. "Giuseppe w Warszawie". W czwartek zmarł Stanisław Lenartowicz.
    Stanisław Lenartowicz: Ciężka robota i radość życia

    ©Paweł Relikowski

    Znakomity, niezapomniany reżyser filmowy. Na jego obrazach wychowały się powojenne pokolenia kinomanów. Nie tylko cieszył oko widza, ale także ujmował wszystkich współpracowników. Uważnym dostrzeganiem detali, wiedzą o wielu sprawach, ciepłem i otwartością. Życzliwy, spokojny. Twórca filmowy prawdziwie wrocławski, bo tu powstawały jego filmy, mieszkał na Biskupinie i przyjaźnił się z mnóstwem wrocławian. Niezłomny, bezkompromisowy i niezmieniający sądów według obowiązujących trendów.

    Urodził się w 1921 roku w Dzianowie na Wileńszczyźnie. Z rodzinnego domu wyniósł ciepło, tolerancję, życzliwość i serdeczność. Jego ojciec był inżynierem, a matka zajmowała się domem, ogrodem i dziećmi, których pod opieką miała sześcioro: rodzeństwo i dwoje dzieci ciotki, której małżeństwo się rozpadło.
    W czasie II wojny światowej w lotnictwie w Anglii zginął Kazimierz, brat reżysera, zawodowy oficer. Stanisław Lenartowicz walczył w Armii Krajowej, razem z grupą AK-owców został wywieziony na półtora roku do Rosji, gdzie pracowali przy wycince lasu w łagrze. Może tam zyskał twardość, potrzebną do zmagania się z przeciwnościami losu? A tych w życiu filmowca nie brakowało. Po wojnie przyjechał do Wrocławia, związał się z Wytwórnią Filmów Fabularnych właściwie na całe życie. Studia skończył w 1953 roku na Wydziale Reżyserii PWSF w Łodzi, studiował także na Uniwersytecie Wrocławskim. Już sześć lat po skończeniu studiów został dostrzeżony przez miasto, w którym mieszkał później przez całe życie - dostał Nagrodę Wrocławia i Złoty Krzyż Zasługi.

    Na początku filmowego życia realizował filmy oświatowe w Łodzi. Strzałem w dziesiątkę i swego rodzaju pieczęcią na całe życie stał się "Giuseppe w Warszawie" o przygodach włoskiego żołnierza. Kręcona w 1964 roku wojenna komedia nie była łatwa do realizacji w tamtych czasach. Chyba przede wszystkim dlatego, że do roli włoskiego żołnierza reżyser zaangażował prawdziwego Włocha, którego - po wielu trudach - przywiózł z Rzymu. Ale Antonio Cifariello świetnie sprawdził się w filmie wrocławianina.

    Lenartowicz zadebiutował fabularnym filmem "Zimowy zmierzch", nakręconym w 1956 roku według scenariusza Tadeusza Konwickiego, młodszego kolegi z Wileńszczyzny. Debiut reżyserski był świetny, niestety, fatalnie przyjęty przez tych, którzy pociągali za sznurki i i mogli uniemożliwić dalsze życie każdemu filmowi. "Zimowy zmierzch" rozgrywał się w scenerii kresowego miasteczka i był znakiem swoich czasów - nie mógł być pokazywany za granicą, nie podobał się krytykom zależnym od władz, a przede wszystkim nie przyjął go Aleksander Ford. Ale wzbudzał zachwyty nielicznych widzów, którym udało się obejrzeć "prowincjonalną", doskonałą historię. Asystentem Lenartowicza został wtedy Sylwester Chęciński, późniejszy przyjaciel.

    Inny znany film reżysera to "Pigułki dla Aurelii" - swoisty portret ruchu oporu, nakręcony w 1958 roku. Ale ruch oporu Lenartowicz sportretował bez patosu.
    - Byłem zniesmaczony bardzo patetycznymi obrazami, z muzyką pełną jęków, heroicznych motywów. Te filmy fałszowały walkę z okupantem: ciężką, męską robotę. Tak naprawdę nikt nie jęczał, to była brutalna rzeczywistość. A mój obraz był wiarygodny - powiedział mi w 2006 roku, tuż przed wrocławskim debiutem festiwalu "Era Nowe Horyzonty", podczas którego oglądaliśmy retrospektywę jego filmów.

    W peerelowskiej rzeczywistości, bardzo trudnej dla filmowców, potrafił zachować niezależność. I nie stracił jej, kiedy w stanie wojennym do Wytwórni Filmów Fabularnych nie wpuścił go trzymający wartę zomowiec. Stanisław Lenartowicz odszedł z ukochanego zawodu, bo bardziej od robienia filmów kochał wolność.

    Najbardziej wrocławski z jego filmów to niewątpliwie "Zobaczymy się w niedzielę", zrealizowany w 1959 roku obraz (na podstawie własnego scenariusza reżysera) życia mieszkańców Wrocławia - ludzi, którzy po wojnie przyjechali tu z różnych zakątków.

    Bardzo związany z Wrocławiem, lubił także podróże. Napisał "Dziennik podróży" po wyprawie po Europie. Na statkach handlowych opłynął Amerykę i Afrykę. Zamiłowanie do tych peregrynacji wyniósł z filmów, tych morskich: "Cała naprzód", "Martwa fala".

    Choć Stanisław Lenartowicz ostatni swój film nakręcił w 1983 roku (był to obraz pt. "Szkoda twoich łez", powstały z serialu "Strachy" z Izabellą Trojanowską w roli artystki rewiowego teatrzyku), nie stracił kontaktu z filmowym życiem Wrocławia. Przyjaźnił się z Sylwestrem Chęcińskim, był mentorem Waldemara Krzystka.

    Kiedy przed dwoma laty w Wytwórni przy Wystawowej odbierał medal Gloria Artis - odznaczenie za zasługi dla polskiej kultury - dziękując, nie zapomniał o współpracownikach i przyjaciołach z Wytwórni: - To także uznanie dla twórców tu pracujących - mówił.

    Uśmiechnięty, życzył wszystkim satysfakcji z pracy. Od lat na emeryturze, wspierał Dolnośląskie Forum Filmowców. Jacek Parol, mąż jego bratanicy, spotkał reżysera w latach 60. na planie "Czerwone i złote", gdzie grał chłopca z latawcem. Niedawno mówił o Lenartowiczu: - Jest zaprzeczeniem stereotypu starszego człowieka, mającego prawo być niezadowolonym z życia, bo coś mu dolega, nie na wszystko go stać. Jego entuzjazm jest zaraźliwy. Pan Lenartowicz ma w sobie spokój i radość z życia - opowiadał. Smutno, że wrocławskim filmowcom zabrakło jego duchowego, życzliwego wsparcia.
    Małgorzata Matuszewska

    Czytaj treści premium w Dzienniku Zachodnim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    DZ poleca

    Wideo