Stanisław M. Stanuch: Ludzi bardziej interesuje kolejny...

    Stanisław M. Stanuch: Ludzi bardziej interesuje kolejny odcinek „Zniewolonej” niż organizowany w Ministerstwie Sprawiedliwości atak hejterów

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Stanisław Stanuch

    Stanisław Stanuch ©Mat. autora

    - Ludzi bardziej interesuje kolejny odcinek „Zniewolonej”, niż organizowany w Ministerstwie Sprawiedliwości atak hejterów - uważa Stanisław M. Stanuch, analityk twittera, dziennikarz współpracujący m.in. z Pressem. Ze Stanisławem Stanuchem rozmawiamy o internetowych trollach. Pytam go, ile kosztuje stworzenie farmy trolli, jak organizują się takie grupy i czy gdzieś jeszcze na świecie doszło do wycieku podobnej afery jak w Ministerstwie Sprawiedliwości.Stanisław M. Stanuch: Ludzi bardziej interesuje kolejny odcinek „Zniewolonej” niż organizowany w Ministerstwie Sprawiedliwości atak hejterów
    Stanisław Stanuch

    Stanisław Stanuch ©Mat. autora

    Zacznijmy od początku, czyli odpowiedzi na pytanie, kim jest internetowy troll?
    Pojęcie „trolla” powstało jeszcze w czasach, kiedy internet dopiero raczkował. Wtedy do sieci przeniesiono obraz osoby, którą znamy też z życia. Człowieka, który zawsze będzie miał zdanie odrębne od swojego rozmówcy, specjalnie będzie stał w opozycji, żeby wywołać dyskusję itd. Później w internecie troll stał się osobą, która często komentuje coś złośliwie, uprawiając personalne wycieczki do rozmówców.

    Jeśli przełożymy pojęcie trolla do obecnej sytuacji na Twitterze czy Facebooku, to jawi nam się zupełnie inna obraz takiego człowieka. Nastąpiło pomieszanie trolli z hejterami, czyli osobami szerzącymi nienawiść. Nie jestem teraz w stanie odróżnić trolla od hejtera.

    Kiedy mówimy o aferze, która wyciekła z Ministerstwa Sprawiedliwości, to musimy być świadomi, że mieliśmy do czynienia ze zwykłym hejtem. Klasyczny troll byłby wtedy, kiedy osoba trollująca włączyłaby się do jakiejś dyskusji, żeby podgrzać atmosferę i specjalnie podburzyć jedną ze stron. Tutaj mówimy o osobach, które dyskusję wywołują, starają się oczernić. Na screenach z rozmów pomiędzy panią Emilią i wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem widać czysty hejt. Jeśli była to zorganizowana grupa, to raczej grupa hejterów, a nie trolli.

    Kiedy pojęcie trolla i hejtera się zmieszało?
    Wydaje mi się, że rozłam nastąpił dziewięć lat temu w dniu katastrofy smoleńskiej. Wtedy ze zdwojoną siłą zaczęła narastać polaryzacja społeczeństwa. Internautom i nie tylko puściły hamulce. O ile wcześniej panowały pewne zasady etyki, tak wtedy zaczęły kompletnie zanikać.

    Załóżmy, że ktoś na Twitterze skrytykuje 500+ i nagle pojawi się na jego profilu odpowiedź od zupełnie nieznajomej osoby: „Co ty wiesz o biedzie Polaków SB-eckie dziecko?”. To troll czy hejter? Kiedyś powiedzielibyśmy „burak”. Dziś posługujemy się innymi pojęciami, które na tyle się wymieszały, że nie da się ich jednoznacznie sklasyfikować.

    Jak trolle czy hejterzy się ze sobą komunikują?
    Oczywiste jest dla mnie to, że społeczności trolli muszą mieć jakiś kanał komunikacji. Bardzo popularnym sposobem jest tworzenie grup na Facebooku. Jak one powstają? Często zaczyna się od grup publicznych, których członkowie organizują się wokół jakiegoś tematu czy idei. Pojawia się tam jednak pewien problem, ponieważ w takich grupach często znajdują się osoby, których intencje nie są czyste. W ten sposób tworzone są grupy prywatne, w których gromadzą się trolle, organizując swoją działalność. Takich akcji nie organizuje się na forum publicznym. Służą do tego zamknięte grupy, Messenger, Telegram czy Whatsapp.

    Kanał komunikacji to jedno, a jak organizuje się ich działalność?
    Grupy trolli działają trochę jak politycy, którzy codziennie otrzymują przekazy dnia. Trolle też zapewne ustalają, kogo lub co będą danego dnia hejtować. W przypadku afery w Ministerstwie Sprawiedliwości taka grupa po prostu wyciekła na zewnątrz i mogliśmy zobaczyć po części, jak działają trolle.

    Czy farmy trolli, o których często mówimy w mediach naprawdę istnieją?
    Farmy trolli istnieją na pewno, ale takie organizacje mają sens, kiedy działają masowo. Nie mówimy tutaj o grupie kilkunastu czy kilkudziesięciu, tylko kilkuset lub kilku tysięcy osób.

    Sieci społeczne zaczęły sobie radzić z botami, ale programiści znów są o krok przed korporacjami, więc zaczęły powstawać boty jednorazowego użytku. Powstają, działają i znikają. Taki farmy są w stanie wyprodukować miliony botów. Działają jak terroryści, którzy używają jednorazowych kart telefonicznych. To funkcjonuje na takiej samej zasadzie, a źródło bota jest prawie niemożliwe do wykrycia. Farmy produkują miliony takich botów, które w tej samej chwili wypuszczają daną informację lub fake newsa, żeby komuś zaszkodzić.

    Boty robione przez profesjonalistów nie podają już komunikatu w tej samej formie, który powielany jest wiele milionów razy, co łatwo było wykryć. Teraz sztuczna inteligencja potrafi przetworzyć komunikat na miliony sposobów. Jego treść jest różna, ale wydźwięk taki sam.

    Mieliśmy farmę trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości?
    Jeśli chodzi o Ministerstwo Sprawiedliwości, to nie mamy do czynienia z żadną farmą trolli. To zwykła grupa hejterów. Działalność farm idzie w miliony, a używają ich zapewne wszystkie kraje, które rozgrywają w świecie poważne interesy.

    Kiedyś Chińczycy i Hindusi specjalizowali się w tworzeniu spamu. Można było sobie tam wynająć usługę, która polegała na tym, że zamawiający chciał przekazać jakąś informację. Nie chodziło nawet o to, że w tych krajach działali zaawansowani programiści. Jest tam taka masa ludzi, że można było wynająć pięć tysięcy osób, które bez problemu łamały zabezpieczenia poczty elektronicznej. Nie zdziwiłbym się, gdyby ze spamu takie firmy przerzuciły się na boty. Ludzie są do tego konieczni, nigdy nie jest tak, że są to w pełni automaty. Twitter czy Facebook w mig wyłapuje podobne systemy, dlatego potrzebny jest czynnik ludzki.

    Kiedy obserwujemy konta, które mają dużą liczbę obserwujących, to czasem możemy zobaczyć na nich gwałtowny spadek ilości followersów. Mówimy tutaj o nagłym spadku o kilka tysięcy osób. Z czego się to bierze? To efekt działania mechanizmów Twittera czy Facebooka, które usuwają konta botów oraz hejterów. To pokazuje, jak duży jest ten problem.

    Wiemy ile kosztuje stworzenie farmy trolli?
    Nie potrafię określić, ile kosztuje zorganizowanie takiej akcji trollingowo-hejterskiej. Kiedyś można było kupić followersów. Niewykluczone, że teraz można wykupić trolli i hejterów.

    Trolle i hejterzy to już nieodłączna część działalności politycznej?
    Tak, absolutnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy patrzymy na nasz internet, wydaje nam się, że gorzej być nie może. Jestem również na amerykańskim Twitterze i nas ta skala w ogóle nie dotyczy. Tam wyższy jest przede wszystkim poziom technologiczny społeczeństwa, u nas sporo osób nie rozumie jeszcze social mediów.

    Pamiętamy, jak Janusz Korwin-Mikke wygrywał wszystkie rankingi w internecie, ale w wyborach był ostatni. Takie głosowania łatwo zmanipulować, robiąc z nich zwykłą maszynkę do nabijania punktów i tak właśnie robił Korwin. Nie wiem z czego to wynika, ale prawa strona sceny politycznej znacznie lepiej porusza się w sieci i wykorzystuje współczesne nośniki przekazu, niekoniecznie w sposób uczciwy.

    Do 2015 roku Platforma Obywatelska w sieci komunikowała się z użytkownikami w sposób tragiczny, dlatego też przegrała wybory. Dziś jest już nieco lepiej, ale politycy Koalicji Obywatelskiej wciąż mają w tej materii braki.

    Czy na świecie wyciekały wcześniej podobne afery związane z trollami jak ta w Ministerstwie Sprawiedliwości?
    Nigdy nie słyszałem o tym, żeby gdzieś wypłynęła taka afera w sferach rządowych. Bez względu na to, czy minister jest winny czy nie, to kontakty w sieci z kontami anonimowymi są dla takich osób niedopuszczalne ze względów bezpieczeństwa.

    Zawsze powtarzam, że wystarczy spojrzeć na konto twitterowe Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, które nie followuje nawet prywatnego profilu prezydenta Donalda Trumpa. Dlaczego? Ponieważ departament obserwuje tylko oficjalne i sprawdzone konta urzędników i instytucji.

    Pamiętamy, jak na Twitterze prezydent Andrzej Duda wymieniał korespondencję z użytkownikiem o nicku „leśne ruchadło”. Bez wątpienia to troll, który był wymierzony w prezydenta specjalnie. Ten chciał być wtedy nowoczesny i przez własną nieostrożność popełnił błąd. Kiedyś śmiano się z Jarosława Kaczyńskiego, że nie ma konta w banku i nie używa komórki. Pewnie ktoś doradził mu to ze względów bezpieczeństwa. Nagle na takie konto wpływa milion dolarów, a gazety piszą, że Kaczyński wziął łapówkę. Warto się przed takimi sytuacjami zabezpieczyć.

    Kontakty urzędników z kontami anonimowymi są niedopuszczalne. A sterowanie akcją hejterów przez wiceministra sprawiedliwości? Nigdy nie słyszałem o takiej sytuacji w innym kraju.

    Afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości będzie miała realny wpływ na opinię publiczną?
    Polski Twitter ma taki problem, że nie ma zasięgu nawet w części zbliżonego do anglojęzycznej części tego portalu. Załóżmy, że mamy w Polsce milion użytkowników Twittera, to jest to naprawdę niewielka liczba. Musimy jeszcze wziąć pod uwagę, że jedynie pewien procent tej liczby interesuje się polityką. Czy afera w Ministerstwie Sprawiedliwości może mieć jakiś wpływ na wyniki wyborów? Wątpię. Z resztą większość społeczeństwa nie wie nawet kim był wiceminister, którego bezpośrednio dotknęła ta sprawa. Ludzi bardziej interesuje kolejny odcinek „Zniewolonej”, niż organizowany w Ministerstwie Sprawiedliwości atak hejterów.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Zachodnim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    DZ poleca

    Wideo