Oczekiwania ekonomistów i obserwatorów globalnej sceny politycznej przed spotkaniem Trump-Juncker w stolicy Stanów Zjednoczonych były niezwykle niskie. Tym bardziej dokonane ustalenia pomiędzy liderami USA i UE należy uznać za pozytywną informację dla obu gospodarek. Warto także podkreślić, że to przede wszystkim Unia zyskała na środowych rozmowach. Dlaczego? - wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Kilka godzin przed rozpoczęciem negocjacji handlowych pomiędzy członkami unijnej i amerykańskiej administracji redakcja „Washington Post”, powołując się na trzy osoby zaznajomione ze sprawą prognozowała, że prezydent Donald Trump planuje wprowadzenie 25-procentowych ceł na import samochodów o wartości 200 mld dolarów rocznie.

Wg danych Departamentu Handlu, Stany Zjednoczone w 2017 r.

sprowadziły z zagranicy samochody osobowe o wartości 191 mld dol (w tym 42 mld z UE). Doniesienia “Washington Post” sugerowały więc, że całość importu aut do USA (w tym z UE) będzie objęta 25-procentową stawką celną. Oznaczałoby to dziesięciokrotny wzrost ceł (obecnie jest to 2,5 proc.) m.in. na niemieckie samochody.

Pozytywne zaskoczenie po wspólnym oświadczeniu

Oczywiście poza medialnymi doniesieniami, obawy o relacje handlowe na linii Waszyngton-Bruksela były poważne ze względu na serię tweetów prezydenta Donalda Trumpa wyrażających niezadowolenie dotyczące obecnych kontaktów handlowych na linii UE-USA oraz doniesienia po ostatnich szczytach G7 oraz G20, gdzie trudności sprawiało nawet sformułowanie lakonicznego komunikatu.

Tym większe było więc zaskoczenie, kiedy wczoraj późnym wieczorem czasu polskiego wspólna konferencja prasowa Jeana-Claude’a Junckera, szefa Komisji Europejskiej i prezydenta Donalda Trumpa zawierała optymistyczne informacje. Dotyczyły one szerszej współpracy gospodarczej, chęci reformy Światowej Organizacji Handlu, czy rozpoczęcia negocjacji nt. redukcji większości obostrzeń celnych oraz pozacelnych.

Ale i sporo gry

Warto jednak zauważyć, że to raczej Juncker, niż Trump może czuć się zwycięzcą. Prezydent USA za swój sukces negocjacyjny odbierał perspektywę znacznego wzrostu eksportu do UE skroplonego gazu (LNG). Ten proces ma już jednak miejsce i nie jest rezultatem rozmów z ostatnich godzin, ale rewolucji energetycznej z ostatnich kilku lat w USA.

Według danych Amerykańskiej Agencji Energetycznej (EIA) eksport LNG z USA wzrósł w ciągu trzech lat czterdziestokrotnie. Tylko na przestrzeni jednego roku (różnica pomiędzy latami 2016 - 2017) eksport do Hiszpanii wzrósł 10-krotnie, a do Portugalii 5 – krotnie. Również Polska zaczęła sprowadzać gaz LNG z USA w 2017 r. Szacunki EIA pokazują także, że potencjał eksportowy terminali LNG w USA ma być 10-krotnie (dziennie na poziomie prawie 10 mld stóp sześciennych) większy pod koniec przyszłego roku, niż miało to miejsce na początku 2016 r.

Podobnie wygląda także poruszona przez liderów kwestia importu soi przez kraje UE. Dane amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (USDA) wskazują, że udział amerykańskiej soi w unijnym imporcie sukcesywnie rośnie. W sezonie 2012/2013 było to ok. 3 miliony ton, a w 2016/2017 już prawie 5 mln ton. Nasiona amerykańskiej soi są więc bardziej konkurencyjna dla Europejczyków, niż te z Brazylii i prawdopodobnie ten trend utrzymałby się niezależnie od środowych deklaracji.

Sukces Unii

Dla Unii najważniejszą kwestią było zapobieżenie nałożenia dodatkowych ceł na samochody osobowe. Ten cel udało się zrealizować ekipie szefa Komisji Europejskiej. Jean-Claude Juncker stwierdził, że „żadne inne cła nie zostaną wprowadzone podczas trwania negocjacji ”.

To kluczowe zdanie ze środowej konferencji. Ono powinno gwarantować utrzymanie bieżących warunków dla europejskiego przemysłu samochodowego w USA. Negocjacje, o których wspominał Juncker będą dotyczyć zmniejszania ceł do zera, likwidacji pozacelnych barier handlowych i rezygnacji z subsydiów dla przemysłu (poza motoryzacją). Negocjacje te mogą jednak trwać latami i mało kto będzie się szeroko o nich rozpisywał. Najważniejszy więc był fakt, że zostały one rozpoczęte, gdyż gwarantują one Unii (na tyle, ile to tylko możliwe w obecnych warunkach) dostęp do amerykańskiego rynku motoryzacyjnego na aktualnych zasadach.

Porażka Chin?

Poza sukcesem Unii, wycofaniem się z niebezpiecznych pomysłów Stanów Zjednoczonych, można było odnieść wrażenie, że pozycja negocjacyjna Chin znacznie się osłabiła. Nie wynika to tylko z rozejmu na linii Bruksela-Waszyngton, ale także z planów obu stron dotyczących reformy Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Prezydent Trump mówił m.in. o zaadresowaniu przez WTO „niesprawiedliwych działań handlowych”, do których zostały zaliczone „kradzież własności intelektualnej, wymuszania transferu technologii, dotacje do przemysłu, zaburzenia kreowane przez państwowe przedsiębiorstwa oraz nadmiar zdolności produkcyjnych”. Choć Chiny w tym kontekście nie zostały bezpośrednio wymienione, to znaczna część zarzutów zwykle jest formułowana w stosunku do Państwa Środka.

W rezultacie można stwierdzić, że Unii udało się zachować pozycję względnie bezstronnego zwolennika wolnego handlu, a także uniknąć szerszej konfrontacji z agresywną strategią negocjacyjną Stanów Zjednoczonych. Biorąc pod uwagę wydarzenia z ostatnich miesięcy można uznać, że Bruksela jest obecnie w najlepszej pozycji, a Pekin prawdopodobnie w najgorszej.