MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Świńska opowieść. Felieton Marka Szołtyska, historyka i znawcy Śląska

Marek Szołtysek
arc
Kilka lat temu pewien chłopak z podpszczyńskiej wsi zaprosił do domu na świniobicie swoją dziewczynę z miasta. Będzie fajna impreza – powiedział. Tak też owego dnia w sobotę, wczesnym rankiem świnię wyprowadzono z chlewika do stodoły, gdzie lokalny masorz, czyli rzeźnik - zwierzaka zabił. A co miał zrobić? Poczekać aż umrze ze starości?

Gdy świnia przestała kwiczeć, to zaproszona dziewczyna prawie zemdlała. Ona myślała, że świniobicie to takie towarzyskie grillowanie wieprzowych kiełbasek. A tu tak po prostu barbarzyńcy wzięli i zabili piękną różową świnkę. Dziewczyna kompletnie nie rozumiała, że świniobicie to wielkie rodzinne święto. Wszyscy się radują, bo przecież za chwilę rzeźnik zrobi świeże krupnioki a z gotowanych podrobów będzie do jedzenia tzw. welflajsz. Zaproszona dziewczyna bardzo się też zdziwiła, że jej chłopak tuż po rozcięciu świni na pół wzdłuż, wydrapał łyżką na patelnię świeży, ciepły jeszcze mózg i poszedł do kuchni zrobić na nim jajecznicę – bo to dla niego było wielkim przysmakiem.

Dziewczyna nie tylko była w jeszcze większym szoku, ale nawet nabrała do swojego chłopaka szczerego obrzydzenia. I właśnie na tym świniobiciu widzieli się ostatni raz. Tak bywa. Ale znam jeszcze inną świńską historię, bo byłem na świniobiciu pod Żorami, gdzie masorz nie jadał mięsa. Tak! Dlatego gdy wszyscy domownicy objadali się gotowanym świńskim ryjem z musztardą, to jego częstowano pączkami i herbatą z cytryną. Tak bywa, ale powiedzmy jeszcze, że od dawien dawna Ślązacy hodowali świnie – i od tych świńskich chlewów pochodzi ponoć nazwa miasta „Gliwice”, co kiedyś miało brzmieć – „Chlewice. Może jest w tym trochę prawdy, bo na północ od Gliwic są Świniowice, a pod Gliwicami jest miejscowość Knurów – bo knur, to samiec świni. Zaraz obok leży też wieś Gierałtowice, pochodząca od nazwy „giera” - samica świni.

W tamtej okolicy jest jeszcze Dębieńsko, gdzie w dębowych lasach świnie karmiono żołędziami. Tylko prawdziwa rewolucja w hodowli świń rozpoczęła się na pruskim wtedy Śląsku pod koniec XVIII wieku, gdy król pruski Fryderyk Wielki nakazał wszystkim pod karą grzywny uprawę kartofli. One się na Śląsku przyjęły, a wystarczyło ich dla Ślązaków i zostało na paszę dla świń, których hodowla bardzo się wtedy powiększyła. Najprawdopodobniej dlatego wieprzowina bardzo się wtedy wśród Ślązoków rozpowszechniła i szybko też spowszedniała. Wówczas zaczęto szukać innego mięsa na wyjątkowe świąteczne obiady – i wybrano wołowinę. Dlatego wołowa rolada króluje na niedzielnym śląskim stole, a nie wieprzowina. Tak. Śląsk jest wieprzowo-wołowy z akcentem na wołową roladę zaś Polska jest bardziej wieprzowo-schabowa. I tak oto nawet taka zwykła świńska opowieść pokazuje odmienności śląskiej kultury.

Nie przeocz

Zobacz także

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Szczyt NATO. Ogromne wsparcie dla Ukrainy

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni