Urszula Dudziak: Blisko mi do tej dwuletniej Urszuli ze Straconki [SPACER Z URSZULĄ DUDZIAK]

Ola Szatan
Urszula Dudziak: Straconka była dla mnie metafizyczną klapą bezpieczeństwa. Bardzo często wracałam myślami do tego miejsca. Kojarzyło mi się z małą Urszulką - ufną, niewinną, bezpieczną... I to uczucie w trudnych życiowych momentach bardzo mi pomagało. Na zdjęciu Urszula na tarasie domu kuzyna
Urszula Dudziak: Straconka była dla mnie metafizyczną klapą bezpieczeństwa. Bardzo często wracałam myślami do tego miejsca. Kojarzyło mi się z małą Urszulką - ufną, niewinną, bezpieczną... I to uczucie w trudnych życiowych momentach bardzo mi pomagało. Na zdjęciu Urszula na tarasie domu kuzyna Arkadiusz Gola
Wyjechałam ze Straconki, by wylądować w Nowym Jorku - mówi Ula Dudziak, wokalistka jazzowa. W Nowym Jorku mieszkała 30 lat, w Straconce dwa. Wróciła specjalnie, by wybrać się na spacer w rodzinne strony z reporterką Dziennika Zachodniego

W wydanej trzy lata temu książce "Wyśpiewam wam wszystko" zabrała nas w podróż po swoim dotychczasowym życiu, gdzie pretekstem do poszczególnych opowieści były towarzyszące jej piosenki. Bobby McFerrin, znakomity artysta, który był jedną z osób rekomendujących biografię, powiedział wówczas: "Ula jest zabawna, dowcipna, pomysłowa, radosna i mam ogromny szacunek dla niej i dla jej sztuki. Dziękuję Ci za muzykę, Urszulo!".

Pozytywną energią Urszula Dudziak mogłaby obdzielić przynajmniej pół wojska. Często w rozjazdach, nie narzeka na brak zajęć. Tym bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że pod koniec marca, podczas swej wizyty w Bielsku-Białej, znajdzie dla nas chwilę czasu, by wspólnie udać się tam, gdzie wszystko się zaczęło. Do Straconki.

Straconka była oazą spokoju

Spotykamy się w jednym z bielskich hoteli, gdzie wokalistka się zatrzymała.

- Dobrze jest zatrzymać się czasem w takim miejscu, gdzie są twarde, skrzypiące łóżka. To jak z tramwajami. Rzadko nimi jeżdżę, ale jeśli już się zdarzy, to zwykle spotkam jakiegoś pana, który spyta: "Pani Dudziak w tramwaju?", a ja mu na to:
"No tak. Inaczej nie spotkałabym pana" - uśmiecha się Urszula Dudziak.

Przyznaje, że nieczęsto bywa w tej okolicy. Wspomina występy z grupą Carrantuohill, charytatywne koncerty czy Bielską Zadymkę Jazzową. - Byłam na niej raz, ale dawno - mówi.

Dlaczego tylko raz? - Nie mam pojęcia, to trzeba organizatorów spytać. Może Bielsko się na mnie obraziło, bo dostałam honorowe obywatelstwo Zielonej Góry, gdzie się wychowałam, i Gubina, gdzie mieszkałam. Ale urodziłam się tutaj. To są moje rodzinne strony - podkreśla.

Pogoda na spacer udała nam się wyśmienicie. Piękne słońce, dzięki któremu krajobraz prezentuje się jeszcze bardziej okazale. - Mówmy sobie po imieniu - proponuje Ula i bardzo szybko skraca dystans.

Wsiadamy do samochodu i jedziemy na spotkanie z Wiesiem, kuzynem Uli. Pięć kilometrów, jakie mamy do pokonania, by trafić do jego domu w Straconce, spędzamy na rozmowie o korzeniach.

- Moja rodzina od strony mamusi była bardzo liczna. Tam było czternaścioro dzieci i - niestety - już nikt nie żyje. Rodzili się w latach 1910, 1911, 1912. Mama urodziła w Straconce, a tatuś pochodził z Lipnika, wsi obok. Czyli tak właściwie spotykali się "przez miedzę" - wspomina.
Ze Straconki Ula wyjechała, jak miała 2 lata. - Przeprowadziliśmy się na ziemie zachodnie tuż po wojnie. Z tego wczesnego okresu w Straconce nic nie pamiętam. Ale przyjeżdżaliśmy tu często do babci na wakacje - zaczyna opowieść.

- Po wyjeździe w Straconce byłam w latach 50. A potem kolejna wizyta miała miejsce dopiero po trzech dekadach. Miałam opory, by tam pojechać. Ostrzegano mnie: "Ula, to już nie jest ta Straconka, co kiedyś, czyli ta oaza urokliwej natury, spokoju. Jest za to dzielnica willowa". Dlatego bałam się trochę, że nagle stracę ten mój obrazek. Bo tak, jak napisałam w książce, Straconka to była dla mnie taka metafizyczna klapa bezpieczeństwa. Bardzo często wracałam myślami do tego miejsca. Kojarzyło mi się z małą Urszulką, ufną, niewinną, bezpieczną... I to uczucie w trudnych życiowych momentach bardzo mi pomagało - dodaje.

Przyjeżdżając do babci, bywała też w Bielsku. - Mieszkała tam moja ostatnia ciocia, czyli siostra mamy, Renia Zima. Była inżynierem i kochała góry. Dla mnie przykład kobiety, która wiecznie była młoda. Dopiero w pewnym momencie błyskawicznie się postarzała i odeszła - podkreśla.

- To już wiem, po kim masz tę aktywność - mówię Uli. - Chyba tak - przyznaje i od razu zaczyna opowiadać o wujku (czyli mężu Reni), który był muzykiem. - Grał świetnie na skrzypcach. Cała rodzina była muzykalna. Mój tatuś grał na gitarze. Mama śpiewała, ale ona z kolei słuchu nie miała. I tatuś się wstydził za mamę w kościele. Bo darła się na całe gardło, fałszując niemiłosiernie. Zatykał wtedy uszy i tylko mówił: Gołąbeczku, ciszej trochę - dodaje z uśmiechem.

Zbliżamy się do ulicy Wspólnej. Tu mieszka Wiesiu. Niezwykle pogodny człowiek z siwym afro na głowie, które przypomina fryzurę Hendriksa.

- Mordo jedna, chodź tu - Wiesiek próbuje spacyfikować swojego psa, który już na początku daje nam sygnał, że pokłady jego energii są nieskończone. Labrador wabi się Buster. - Od Bustera Keatona. Tylko że on był spokojny i zrównoważony, a mój pies to wariat. Ale lubi jazz - od razu dorzuca Wiesiu. Co ciekawe, Buster uspokaja się dopiero, gdy mówi się do niego po angielsku.

Która to jest Łysa Góra? - Ula pyta kuzyna. - Łysa Góra była dla mnie jak Himalaje. Jak byłam mała, zastanawiałam się, co jest po drugiej stronie. Może jakieś miasto, lepszy świat - tłumaczy nam.

W salonie, na jednej ze ścian, wiszą zdjęcia. - To są moi rodzice, tam jest cała rodzinka, dziadkowie. A to są moje wnuczki - Wiesiu wskazuje na poszczególne ramki.

Przy kawie jest czas na przejrzenie całej sterty archiwalnych zdjęć. Wśród nich jest zdjęcie rodzinnego domu, na tle którego Ula sfotografowała się w 1964 roku. - Urodziłam się na pierwszym piętrze - podkreśla. I sięga po kolejną fotografię, tym razem z rodzicami i bratem, Leszkiem.

- A to prawda, że Straconka miała kiedyś godło złożone z czaszki i dwóch piszczeli? - Ula pyta Wiesia. I kontynuuje opowieść:
- Tutaj podobno, nie wiem ile setek lat temu, przywozili straceńców. I stąd ta nazwa. W szkole dzieci też mnie tak prześladowały. Mówiły: "A ty ze Straconki jesteś, gdzie dzieci się traci". Bały się mnie z tego względu - śmieje się Ula.
Góry wydawały się olbrzymie

Wychodzimy na taras, z którego widok jest bezcenny. Pytam Ulę, czy ma dużo pamiątek ze Straconki?

- Niezbyt. Mam zdjęcia, mapki, widoki z gór. Żałuję tylko jednego. Tatuś miał tyle fantastycznych opowieści. W czasie stanu wojennego jeździliśmy z Michałem, moim byłym mężem, i naszymi dziećmi do Szwecji, gdzie byli rodzice i osiadła rodzina. Nie dawałam rady zapamiętać wszystkiego, co tatuś opowiadał. Obiecywałam sobie, że do Szwecji będę jeździła z dyktafonem, by to nagrać. Nie zdążyłam - dodaje.

Kolejnym celem naszej podróży jest miejsce, gdzie stał rodzinny dom. W drodze zatrzymujemy się przy kościele, gdzie oboje chodzili. - Teraz kościół jest już rozbudowany - tłumaczy kuzyn artystki. - Tutaj był proboszcz, który jeszcze pamiętał moich rodziców. Jest to możliwe, Wiesiu? - pyta Ula. Okazuje się, że to prawda.

Dojeżdżamy do ulicy Mierniczej, gdzie mieszkała Ula. - To był bardzo piękny dom, murowany, prawdziwe mistrzostwo świata na tamte czasy - wspomina wokalistka.

Z jego okna rozciągał się widok na góry, a od balkonu rozpościerał się ogród owocowy. Agrest, porzeczki, śliwki, jabłonie, czereśnie.

- Pamiętam to. Góry wydawały mi się wtedy olbrzymie, a teraz sprawiają wrażenie dużo mniejszych - mówi Dudziak.

Dom przegrał jednak z obwodnicą, która w tym miejscu została wybudowana. - Zburzono go jakieś 8 lat temu. Mój dom też wyburzyli, bo obwodnica przechodziła przez kuchnię. Byłoby to kłopotliwe - dodaje Wiesiu.

Kiedy stajemy na drodze, z której mamy widok na panoramę miasta, znów budzą się wspomnienia.

- To bardzo drogie mi miejsca, z których wyruszyłam w świat. Fajne jest stwierdzenie, że wyjechałam ze Straconki, by wylądować w Nowym Jorku. Tam mieszkałam 30 lat. A teraz zatoczyłam takie koło, wracając na chwilę do Straconki - mówi wokalistka. - Wczoraj ludzie na spotkaniu pytali się, dlaczego? A ja uważam, że to piękne, gdy ludzie jadą gdzieś daleko, uczą się wielu rzeczy, mądrzeją, mam nadzieję. Stają się lepszymi ludźmi i mogą się podzielić swoimi spostrzeżeniami, mądrością z innymi ludźmi. Bo nie ma nic piękniejszego niż dzielić się tym we własnym kraju. Ja świetnie czuję się w Polsce, wiele rzeczy mi się tu podoba, niektórych nie znoszę i żałuję, że są. Ale tak wygląda życie - dodaje.
Może spotkamy się latem?

Żegnamy się z kuzynem Uli i wracamy powoli do Bielska.

- Do Wiesia mam szczególny sentyment. Zawsze się cieszymy na swój widok. Niestety, ostatnio spotykamy się tylko na pogrzebach, ale obiecujemy sobie, że urządzimy spotkanie w lecie. Siostra z bratem przylecieliby ze Szwecji. Bardzo możliwe, że uda się to latem tego roku - zdradza.

- Straconka to miejsce, które wiele mnie nauczyło, m.in. umiłowania do przyrody. Tym przesiąkłam. Do tego dochodzą jeszcze cudowni rodzice, którzy byli ze sobą 56 lat. I dali mi bardzo zdrową, solidną bazę, umożliwiającą spostrzeganie rzeczy dobrych, asymilowanie ich, a potem przekazywanie ich dalej. Dzieciństwo jest ważne. Jaki jest dom, co w tym domu się dzieje - opowiada.

Przyznaje, że przebyła niesamowitą drogę. - Wyszłam stąd jako dziecko, które nie miało żadnych kompleksów. Było czyste, niewinne, wspaniałe. Potem życie je uwarunkowało, ale na szczęście pozbyłam się tego pancerza. "Skumałam", co jest dobre, co złe. Jak mniej więcej powinno wyglądać życie. I jestem teraz 70-letnią kobietą, która jest bardzo blisko tej 2-letniej Urszulki, plus mam to ogromne doświadczenie. Takie ufne i naprawdę z dobrym stanem umysłu spojrzenie na ludzi i na świat - podsumowuje Ula Dudziak.

- I tylko mam nadzieję, że nie będzie wojny - dorzuca na pożegnanie.

***

Urszula Bogumiła Dudziak-Urbaniak

(ur. 22 października 1943 w Straconce) - polska wokalistka jazzowa, kompozytor.

Pracowała z takimi artystami, jak Krzysztof Komeda, L.U.C, Michał Urbaniak (jej były mąż), Walk Away, Gil Evans, Archie Shepp, Dj Vadim, Lester Bowie i Bobby McFerrin.

Ze Straconki przeniosła się z rodzicami do Gubina. Następnie mieszkała w Nowej Soli, a później w Zielonej Górze.

Profesjonalny debiut piosenkarki nastąpił w 1958 roku, gdy została solistką zespołu Krzysztofa Komedy. Współpracowała też z orkiestrą Edwarda Czernego, a od 1964 r. do końca lat 80. - z Michałem Urbaniakiem. Zafascynowała ją muzyka wykorzystująca przetworniki głosu. Sama użyła po raz pierwszy takiego urządzenia przy nagraniu płyty długogrającej w duecie z Adamem Makowiczem - Newborn Light (1972).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie