W wieku 60 lat stworzył swój pierwszy wynalazek. Jarosław Łoskot wymyślił Izidora - przyrząd do chwytania za klamki, uchwyty bez dotykania

Katarzyna Pachelska
Katarzyna Pachelska
Jarosław Łoskot, wynalazca. Stworzył Izidora - wykonany w Polsce z tworzyw sztucznych przyrząd służący ochronie dłoni przed bezpośrednim dotknięciem powierzchni (klamki, uchwyty, poręcze, przyciski itd.) potencjalnie zabrudzonych/skażonych (np. bakteriami, roztoczami, drobnoustrojami, brudem, itd.Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE Materiały prasowe
Jarosław Łoskot, 60-letni inżynier z Warszawy, żartuje na swój temat: - Mam takie ADHD dorosłych. Lubię majsterkować, kombinować. W czasie wiosennego lockdownu „wykombinował” swój pierwszy wynalazek, przyrząd chroniący dłonie przed bezpośrednim kontaktem z klamkami, uchwytami, poręczami, czyli miejscami, gdzie może się znajdować koronawirus. Nazwał go Izidor.

Izidor (z ang. easy door - „łatwe drzwi”) jest lekki, poręczny i kolorowy. Wykonany z plastiku, składa się z dwóch części. Jedną z nich, tzw. manipulator, zakończony małym hakiem z bolcem, nasuwany na klamkę, by otworzyć drzwi albo gdy używamy haka, by pociągnąć za uchwyt albo nacisnąć bolcem przycisk w windzie, domofonie itp. Druga służy jako futerał pierwszej – do niej wkładamy część z hakiem, by z powrotem umieścić przyrząd w kieszeni czy w torebce, nie narażając się na kontakt teoretycznie „zabrudzonego/skażonego” manipulatora z osobistymi rzeczami.

Izidor - wynalazek na czasy koronawirusa

Jego oficjalny opis głosi, że to wielofunkcyjny, indywidualny/osobisty, do wielokrotnego użytku, przyrząd służący ochronie dłoni przed bezpośrednim dotknięciem powierzchni (klamki, uchwyty, poręcze, przyciski itd.) potencjalnie zabrudzonych/skażonych (np. bakteriami, roztoczami, drobnoustrojami, brudem, itd.), napotykanych codziennie poza domem, głównie tam gdzie nie ma dostępu do umycia rąk.

- U podstaw mojego wynalazku leżała chęć wyrobienia w ludziach nowego nawyku - opowiada Jarosław Łoskot. - Tego, czego nie musisz, nie dotykaj dłonią. Trzymaj dłonie z daleka od przedmiotów potencjalnie zakażonych. Jak pani zobaczy na drodze w lesie martwą żmiję, to przecież nie przesunie jej pani ręką, tylko kijem zrzuci padlinę w krzaki, żeby mrówki zjadły. Ręka to jest ostatnia rzecz, którą powinieneś czegokolwiek dotykać, bo później tą dłonią bezwiednie dotykasz oczu, ust i nosa. A koronawirus właśnie tędy dostaje się do naszego organizmu. Coraz mniej osób nosi rękawiczki jednorazowe, np. w sklepach. Zresztą rękawiczki nie do końca spełniają swoją rolę – uważa wynalazca.

W Chinach przeżył epidemię SARS

On sam przeżył już jedną epidemię. Przez kilka lat pracował w Chinach. Wyjechał do Azji z całą rodziną. - Gdy w 2003 r. wracaliśmy do Polski, akurat szalał w Azji wirus SARS. Miał śmiertelność znacznie wyższą niż koronawirus, bo ok. 10 proc. Zaraźliwość też była spora, ale nie taka jak teraz. Byliśmy wtedy przerażeni świadomością, że „można umrzeć od grypy”. Na granicy każdemu mierzono gorączkę. Ci, którzy ją mieli, nie byli przepuszczani dalej, do samolotu. Baliśmy się, że służby nie przepuszczą naszej małej wtedy córki - wspomina.

- Gdy w Europie wybuchła epidemia w tym roku, zebrałem się w sobie, napisałem kilka listów – do ministerstwa, do sanepidu, z radami i sugestiami wynikającymi z moich osobistych doświadczeń z 2003 r. - przyznaje. - Oczywiście nikt mi nie odpowiedział. Pomyślałem, że skoro nikt nie chce moich rad, to sam z siebie muszę coś zrobić. Nie mogę siedzieć bezczynnie, bo jestem typem fightera, nie poddaję się tak łatwo. Jak mawiają Chińczycy: „Każda podróż musi zacząć się od pierwszego kroku”.

Zew wynalazcy kiełkował w nim od dawna, ale obudził się dopiero w czasie epidemii koronawirusa

Jarosław Łoskot z wykształcenia jest inżynierem. Urodził się w Oświęcimiu, bo jego rodzice dostali pracę w Zakładach Chemicznych. Wychował się jednak w Płocku, gdzie jego tata budował Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne. - Nieżyjący od wielu lat tata był moim autorytetem. Podziwiałem go, bo nie dość, że miał techniczne zdolności, to do tego talent muzyczny. Był wspaniałym człowiekiem, podobnie jak mama – wzrusza się Jarosław Łoskot. Nazwa jego firmy Stanzoff pochodzi od imion rodziców.

Przyszły wynalazca skończył elitarne i najstarsze w Polsce liceum w Płocku - Małachowiankę, i jako prymus został wysłany na studia inżynierskie do Moskwy.

Czytaj także

W Chinach pracował przy wielkich budowach. W Polsce jednak zajmuje się zawodowo logistyką i eksportem w firmie Natur Produkt Zdrovit, produkującej m.in. tabletki musujące.

- Podczas lockdownu siedziałem sam w biurze wieczorami. Pracuję w delegacji, więc miałem sporo czasu na myślenie. Zastanawiałem się, czym można by sobie pomóc. Przypomniałem sobie, jak ktoś mi odpowiadał, że brał rurkę tekturową z papieru toaletowego i nią łapał za klamkę, żeby jej nie dotykać. Moja fabryka pakuje swoje wyroby w plastikowe rurki. Wziąłem więc jedną do ręki, podszedłem do klamki i stwierdziłem, że ona też do niej pasuje – opowiada wynalazca

Pomyślał: Kurczę, może coś zrobię z tą rurką? - Wziąłem nożyczki, scyzoryk, klej i zacząłem kombinować. Ponieważ często zakraplam sobie oczy, podpatrzyłem jak rozwiązano problem czystości w zakraplaczu i wiedziałem że ważna jest ochrona też tego, czym będę chwytał za klamkę, czyli „rurki” (zasada podobna tylko tam chronimy część czystą a u mnie część brudną). Przecież nie będę nosił do każdej klamki innej „rurki”. Wymyśliłem, że mój chwytak do klamki musi też mieć ochronę. Skonsultowałem prototyp z kilkoma osobami, byli na tak. Zrobiłem kilka rysunków, modeli i w końcu wydruków na drukarce 3D – opowiada.

Od pomysłu do realizacji droga była długa i żmudna

To był jednak najprzyjemniejszy etap tego pomysłu, jak się później okazało. Wynalazca amator miał, wydawało mu się, ciekawy i użyteczny w czasie pandemii produkt, ale problemem okazało się uruchomienie produkcji. Na formę do produkcji i materiał trzeba było mieć ok. 100 tysięcy zł. On takich „wolnych” pieniędzy nie miał. Nie znalazł też ich w internecie.

- Firma Zdrovit powiedziała mi, że jak wyprodukuję mój wynalazek, kupi ode mnie kilka tysięcy na tzw. gifty dla swoich przedstawicieli handlowych, którzy działają w aptekach (wśród przedstawicieli taki gadżet to tzw. „otwieracz”, czyli prezent, wokół którego można rozpocząć rozmowę). Wiedziałem już więc, że mam pierwsze duże zamówienie i że mój wynalazek zaistnieje już w świadomości przynajmniej farmaceutów i ich rodzin. Ale nie miałem przecież nic wyprodukowanego, oprócz prototypów, ani pieniędzy na uruchomienie produkcji! - wspomina pierwsze tygodnie Jarosław Łoskot.

Pomogli mu rodzina i znajomi, jeszcze z dzieciństwa. - Jestem typem społecznika, w dwóch miejscowościach założyłem kluby badmintonowe. Jestem amatorskim „trenerem” tej dyscypliny i animatorem życia społecznego i sportowego. Z 20 osób dołożyło „cegiełki” do mojego wynalazku. Powiedzieli: „Jarek, jak ci się uda, to nam zwrócisz te pieniądze. Jak nie, to nic wielkiego się nie stanie. Będziemy mieć świadomość, że może trochę przyczyniliśmy się do spłaszczenia krzywej”.

Miał wielką trudność z uruchomieniem produkcji. - W ogóle się nie znałem na tej dziedzinie, mimo że jestem z wykształcenia inżynierem - przyznaje szczerze. - Technika wtrysku i obróbka plastiku to są jednak specjalistyczne rzeczy. Kluczem jest zrobienie formy w miarę rozsądnej cenie. Zleciłem w końcu wyprodukowanie formy w fabryce w Wyszkowie a produkcję pod Otwockiem. Nie obyło się bez poprawek. Na razie wyprodukowałem ok 15 tysięcy Izidorów.

Nawet jak tylko 10 osób dzięki mojemu wynalazkowi się nie zarazi, to ja już będę szczęśliwy

Łoskot przyznaje, że w swój pomysł włożył swoje oszczędności, częściowo posiłkował się kredytem. Ale nie rwie z tego powodu włosów z głowy. - Nawet jak tylko 10 osób dzięki mojemu wynalazkowi się nie zarazi, to ja już będę szczęśliwy. W moim życiu mam sytuację win-win. Gdy zdecydowałem się komercjalizację wynalazku w maju, to nie było pewne, jak epidemia się rozwinie. Zaryzykowałem. Powiedziałem sobie: „Jak nie będzie drugiej fali, to nikt z moich bliskich nie umrze na COVID-19. Jak będzie - to być może pomogę, a przy okazji zarobię trzy grosze”. Zarobek był jednak zawsze na trzecim miejscu - dodaje.

- Myślenie przynosi mi radość. Nie ma większego szczęścia niż praca twórcza. Mam jeszcze w zanadrzu kilka fajnych pomysłów na wynalazki (w tym i COVID-owe, inne ratownictwa wodnego i bezpieczeństwa). Jak Izidor się uda i spłacę go, to rzucam robotę i biorę się za wynalazki – śmieje się Jarosław Łoskot

Izidor-ki można kupić za pośrednictwem strony internetowej izidor.pl - w detalu albo w hurcie, nawet z nadrukiem logo, np. firmy. Kosztuje kilkanaście zł, gdy chcemy kupić jedną sztukę, przewidziano rabaty ilościowe i specjalne (dla szpitali, szkół, organizacji zaangażowanych w pomoc dla innych w pandemii). Część produkcji już jest przekazywana nieodpłatnie do służby zdrowia.

Łoskot podkreśla na koniec, że Unia Europejska nie przewidziała rejestracji takich innowacji jak jego Izidor jako Środek Ochrony Osobistej PPE (są w tej kategorii tylko rękawiczki i przyłbice), wiec wydał kolejnych kilka tysięcy złotych na specjalistyczne badania mikrobiologiczne, których wyniki potwierdziły na piśmie skuteczność działania Izidora.

Czytaj także

Bądź na bieżąco i obserwuj

Co trzeba zrobić aby dostać 13. i 14. emeryturę?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie