Zamiast się buntować, przygotujmy szkoły dla sześciolatków

Monika Krężel
Arc
Z Jolantą Kałużą z Katowic, pedagogiem, wiceprzewodniczącą Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej rozmawia Monika Krężel

Czy sześciolatki są gotowe na to, by pójść do szkoły?

Dziecko dzisiaj poznaje świat o wiele szybciej niż jego rodzice czy dziadkowie. Posługuje się komputerem, ogląda dydaktyczne programy telewizyjne, a przez to wcześniej uczy się cyfr i znaków literowych. Nawet języka obcego często uczy się już w przedszkolu. Na świecie, na przykład w systemie brytyjskim dzieci rozpoczynają naukę od piątego roku życia, w tych zajęciach są oczywiście elementy zabawy. Jeśli więc chodzi o takie umiejętności, jak znajomość cyfr, liczenia, to te dzieci są prędzej do tego wdrażane niż polskie sześcio- czy siedmiolatki. Tymczasem my pod pozorem, że zabierzemy dzieciom dzieciństwo boimy się posłać je wcześniej do szkoły. Poza tym przecież od lat 70. dzieci uczyły się liter i cyfr już w wieku sześciu lat.

Rodzice obawiają się jednak nieprzygotowanych placówek i tego, że dziecko będzie musiało siedzieć w ławce przez 45 minut. Z protestem rodziców zgadza się część samorządów, na które spadnie organizacyjna część reformy. Czy przeciwnicy reformy nie mają racji?

Każdy o tym wie, że małe dziecko potrzebuje ruchu, nie jest w stanie usiedzieć 45 minut w jednej ławce. I nauczyciel planując zajęcia powinien to wziąć pod uwagę.

Jeśli widzi, że grupa jest zmęczona, to może zachęcić do zabaw na dywanie. Sześcio- czy siedmiolatek nie powinien mieć lekcji od dzwonka do dzwonka. Wszyscy wiemy, że sale powinny być tak zaaranżowane, żeby były przyjazne dla dzieci i zapewniły im komfort. Zapewniam, że nie są to ogromne pieniądze, które trzeba wydać na pomalowanie na kolorowo klasy, zakup małych krzesełek i mebli, inne ustawienie ławek. Przy protestach przeciwko posłaniu mniejszych dzieci do szkoły często podnosi się problem braku w szkołach małych ubikacji i umywalek. Tymczasem można kupić stopnie - podesty, przecież w domu też nie mamy osobnych ubikacji dla małych dzieci i dla dorosłych. Nauczyciele nauczania zintegrowanego są także przygotowani do tego, by uczyć w przedszkolu, mają ukończoną pedagogikę, która zawiera elementy wychowania przedszkolnego.

Ministerstwo w wyniku nacisków daje jednak rodzicom wolną rękę. Aż do 2012 roku jeśli chcą mogą zapisywać sześciolatki do szkoły.

Czy to dobry pomysł?

Uważam, że danie rodzicom wolnej ręki nie jest zbyt korzystne. Najlepiej byłoby, żeby od konkretnego roku sześciolatki szły do szkoły z sześciolatkami, a siedmiolatki z siedmiolatkami. W masowej klasie, gdzie jest sporo dzieci nauczycielowi może być trudno pracować z sześcio- i siedmiolatkiem. Dzieci i tak są już zróżnicowane ze względu na to, w którym miesiącu danego roku się urodziły. Gdy rozmawiam z nauczycielami nauczania zintegrowanego oni wskazują właśnie na te różnice między dziećmi.
Kiedyś sześciolatka badali fachowcy, jeśli rodzice chcieli go wcześniej posłać do szkoły. Dzisiaj mają decydować sami. Moim zdaniem logiczniej byłoby, żeby ministerstwo podało konkretną granicę.

Jeśli rodzice nie poślą sześciolatków do szkoły, w przedszkolach nie będzie miejsc dla trzylatków.
Jak przekonać rodziców, by nie rezygnowali z wcześniejszej nauki ich dzieci?

Niestety, dzisiaj rodzice trzylatków chcący zapisać maluchy do przedszkola odchodzą z kwitkiem.
Taka sytuacja nie daje równych szans wszystkich dzieciom, a do tego odbiera ich mamom szansę na rozwój zawodowy.

Dla mnie edukacja przedszkolaka jest bardzo istotna i rzutuje na całe życie człowieka. Powinniśmy zrobić wszystko, żeby dzieci trafiły do przedszkoli. Tylko wtedy dziecko ma szanse na rozwój społeczny, intelektualny, manualny. Dziecku z dobrego środowiska, z dużego miasta zapewni się w domu prawidłowy rozwój, ale nie społeczny.

Od tego, jak funkcjonujemy w grupie, jak potrafimy sobie ułożyć w niej relacje zależy nasze całe życie. Im dziecko wcześniej zacznie się w tym ćwiczyć, tym lepiej dla niego. Chciałabym, żeby rodzice starszych dzieci pomyślały o trzylatkach. Teraz zmniejszyła się populacja dzieci w szkołach podstawowych, w związku z tym można lepiej je przygotować i tak zagospodarować sale lekcyjne, by były przyjazne dla sześciolatków i zaprosić je do szkoły. Gdyby cała populacja trafiła do dobrze przystosowanych szkół, to w przedszkolach pojawiłyby się miejsca dla dużej liczby trzylatków.

Dlaczego pomysł wcześniejszego posłania dzieci do szkoły napotkał tak wielki opór?

Myślę, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że jak pojawia się jakieś nowe rozwiązanie, to z założenia mówimy: Nie, bo nie. Nie siadamy do rozmowy jak partnerzy, strony nie podejmują dyskusji, która może doprowadzić do rozwiązania problemu.

Nie widzę powodu aż tak dużego oburzenia społecznego. Gdyby ta cała energia była poświęcona na rozmowy, jak przygotować szkoły na przyjęcie sześciolatków, byłby z tego większy pożytek.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie