"Życie trwa do śmierci, ani chwili dłużej." Felieton Przemka Miśkiewicza

Przemysław Miśkiewicz
arc
Udostępnij:
Dzisiaj mój pierwszy jubileusz. Dziesiąty felieton w Dzienniku Zachodnim. Kiedy tydzień temu kupiłem DZ, miałem go zawieźć do mojej Mamy Krystyny do Częstochowy. Chciałem jechać następnego dnia, w sobotę i wydzwaniałem do Niej żeby się umówić. Czasami wychodziła, zostawiała komórkę w domu, szła do kina, teatru czy na koncert i wtedy nie odbierała. Ale tym razem było to przed południem i po kolejnym telefonie, już ok. 15, zacząłem się niepokoić. Właśnie wybierałem numer stacjonarny, gdy przerwał mi telefon od syna Tadka: tato co teraz robisz, jesteś na miejscu czy w Warszawie? Dzwoniła do mnie policja, Babcia miała wypadek, nie ma z nią kontaktu. Za niedługo kolejny telefon: tato, przykro mi Babcia nie żyje.

Cóż, życie trwa do śmierci, ani chwili dłużej. Oczywiście to na Ziemi, to materialne. Potem przechodzimy do życia wiecznego. Ja w to głęboko wierzę. Ale uświadomienie sobie tego, że we wszystkich, nawet najbardziej niezrozumiałych dla nas wydarzeniach jest Boży zamysł, jest trudne. Przecież mamy wolną wolę i mamy wpływ na to, co robimy. Mama zdecydowała się wyjść z domu o konkretnej godzinie. Miała 85 lat - patrząc na moich dziadków, to nie tak dużo - dziadek Karol umarł, jak miał 97, babcia Nela też po 90-ce. Mama wyszła z domu na zakupy. Starała się wychodzić codziennie, choćby po dwie bułki lub paczkę masła. Chciała być aktywna. Jeszcze rok temu miała jakąś cząstkę etatu w bibliotece w Liceum Plastycznym, w którym wcześniej uczyła ponad 50 lat projektowania biżuterii.

Wolną wolę miał też kierowca samochodu, który wjechał w nią na pasach na rogu Nowowiejskiego i Focha. Tak się po prostu stało. Kiedy przyjechałem do mieszkania Mamy, jak zawsze był wzorowy porządek. Na kuchence stało leczo na patelni. Zjadłem posiłek przygotowany przez Nią, Ona już zjeść nie mogła.

Mama urodziła się w 1937 roku w Przemyślu. Rodzice byli nauczycielami, a wtedy nauczyciele dostawali nakazy pracy. Jeszcze przed wojną znaleźli się we wsi Łabunie, gdzie prowadzili lekcje w szkole. Tu mała ciekawostka, kiedy w 1992 przyjechałem z moim, wtedy 83 letnim dziadkiem do Łabuń, rozpoznał go jego uczeń, którego uczył w 1939. Dziadek Karol poszedł na wojnę, bronił Warszawy, trafił do oflagu w Woldenbergu i wrócił dopiero w 45. Babcia Petronela została z małą Krysią, Niemcy wyrzucili ich z domku, który był ich własnością i mieszkali chyba na terenie szkoły. Babcia uczyła oficjalnie w szkole, ale prowadziła też tajne nauczanie.

Dziadek wrócił z wojny, dwa razy po drodze uniknął wywózki na Sybir, na który chcieli go zaprosić sowieccy wyzwoliciele. Po powrocie wstąpił do nielegalnej Armii Krajowej. Ja się o tym dowiedziałem w wielkiej tajemnicy pod koniec podstawówki. Kiedy aresztowano jego dowódcę, uznał, że lepiej się ewakuować i całą rodziną trafili do Częstochowy. Mama długo mówiła do swojego taty „proszę pana”, nie pamiętała go sprzed wojny, opowiadała, że kiedy Babcia wysyłała paczki do obozu, to ona zawsze chciała posłać mu swoje zabawki i nie rozumiała czemu Babcia je wyjmuje. Ale po kilku miesiącach, już w Częstochowie, kiedy kupił jej psa, rzuciła mu się na szyję i krzyknęła: dziękuję Tato.

Dziadek został dyrektorem Szkoły Handlowej, potem Technikum Ekonomicznego, a ponieważ był od lat 30-tych PPS-owcem, po zjednoczeniu stał się członkiem PZPR. Dla mnie to smutne, ale mogę powiedzieć, że był cudownym człowiekiem. Babcia uczyła polskiego, była bardzo wierząca, ale równocześnie uważała, że dla bezpieczeństwa rodziny lepiej, żeby w tej partii był. Taka polska schizofrenia komunistyczna. W 1955 roku mama zdała egzamin maturalny w liceum im. Juliusza Słowackiego. Nikt mi tego nie mówił do końca, ale chyba były z nią pewne kłopoty wychowawcze. Tak czy inaczej w 1956 mieszkała w Warszawie i była na wiecu, na którym Gomułka zaczynał kończyć odwilż, która go wtedy do władzy wyniosła. Studiowała wtedy prawo, które jej się po jakimś czasie znudziło (jako i mnie …dzieści lat później) i zamierzała studiować architekturę. Jednakże zbyt ciepły dzień sprawił, że zamiast pójść na egzamin, poszła na basen. Może dlatego nie ma żadnych budowli projektowanych przez Krystynę, wtedy jeszcze Fuks. Musiała wrócić do Częstochowy, której wtedy szczerze nie znosiła, a której stała się fanką w ostatnich latach życia. Pracowała jako sekretarka w szkole i to ją zdopingowało, aby jak najszybciej zdawać na studia. Katowicka filia krakowskiej ASP dokonała odmiany w jej życiu, tam poznała Tadeusza, została jego żoną i Krystyną Miśkiewicz.

Ja urodziłem się w 1962 w Częstochowie i przez kilka miesięcy mieszkałem z Mamą i dziadkami, a kiedy zaczął się rok akademicki, Krystyna wróciła do Katowic i przyjeżdżała co jakiś czas. Ale mieliśmy wspólne wakacje. Przez kilka lat Gdańsk - Stogi po dwa miesiące, nawet dłużej, potem Jastarnia. Mieszkałem z dziadkami, rodzice klatkę dalej na Nowowiejskiego. Oboje byli plastykami. Mama uczyła w Liceum Plastycznym, Tata tylko przez chwilę, ale z klasy, którą uczył, na studia dostało się najwięcej osób w latach 60-tych. Tata uwielbiał jazz, prowadził prelekcje w dawnym KMPiK i już wtedy zainteresowała się nim bezpieka. Prowadził też dość jazzowe życie, co nie do końca spotykało się ze zrozumieniem współmałżonki. Natomiast Mama wychowywała kolejne pokolenia częstochowskich i nie tylko częstochowskich jubilerów. Mówiła zawsze, że nie będzie pracować ani jednego dnia dłużej niż będzie musiała, czyli jak osiągnie wiek emerytalny. Pomyliła się o blisko 30 lat. Pracowała prawie do śmierci.

To wspomnienie o mojej Mamie to też opowieść o rodzie częstochowskich nauczycieli, która skończyła się w dniu, kiedy Mama zginęła w wypadku. Historia częstochowska mojej rodziny zakończyła się. Zostało mieszkanie na Nowowiejskiego. Może akurat trafi tam któreś z moich narodzonych lub jeszcze nienarodzonych wnuków? Ale ta opowieść zaczyna się trochę wcześniej, bo siostra mojej Babci, Stefania Mykietiuk, trafiła do Częstochowy jeszcze przed wojną i tu uczyła w Szkole Handlowej przez całą okupację, prowadząc dodatkowo tajne nauczanie. To właśnie moja ciocia-babcia ściągnęła Fuksów do Częstochowy po wojnie.

Chciałem Mamie zawieźć mój felieton. Kupiłem DZ – mama nie umiała korzystać z internetu i tylko uznawała papier. Kiedy była u nas na Wielkanoc, przeczytała moją dotychczasową „twórczość”. Podobało się, chociaż z wieloma rzeczami się nie zgadzała: „Przemek, tak fajnie piszesz, tylko po co na końcu: Precz z komuną!”…?

Nie przeocz

Zobacz także

Musisz to wiedzieć

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jakie znaczenie ma wejście Finlandii i Szwecji do NATO

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Zachodni
Dodaj ogłoszenie