Bartosz Kurek: Na 100 procent będę zdrowy na kwalifikacje olimpijskie

Tomasz BilińskiZaktualizowano 
Bartosz Kurek to kluczowa postać reprezentacji Polski i ONICO Warszawa. sylwia dabrowa / polska press
Bartosz Kurek w tym tygodniu rozpocznie przygotowania z drużyną narodową do sezonu reprezentacyjnego. Docelową imprezą będą kwalifikacje olimpijskie, które odbędą się na początku sierpnia. Mistrz świata i najlepszy siatkarz turnieju, który stracił końcówkę ligowego sezonu przez kontuzje, przekonuje, że zdąży wyzdrowieć. 30-letni atakujący opowiada także o zwariowanym sezonie, wciąż nierozwiązanych problemach ze Stocznią Szczecin, rozważaniach, czy zostanie w ONICO Warszawa na dłużej oraz... Liverpoolu i Juergenie Kloppie.

Jak pana samopoczucie i powrót do zdrowia?
Pierwsze jak najlepsze. Zdrowie też, oczywiście na tyle, na ile może być trzy tygodnie po zabiegu kręgosłupa. Z fizjoterapeutą z ONICO Warszawa, Robertem Kozłowskim - którego muszę bardzo pochwalić, bo codziennie pracowaliśmy, mimo że kończył mi się kontrakt – trochę wyprzedziliśmy harmonogram. Wszystko goi się w jak najlepszym porządku. Mam nadzieję, że będę w stanie rywalizować w drużynie o miejsce w składzie na kwalifikacje olimpijskie [9-11 sierpnia – red.].

Kiedy dołączy pan do kadry?
Będę w niej od samego początku, by kontynuować rehabilitację, którą rozpocząłem w klubie. To duży ukłon w moją stronę od trenera Vitala Heynena, który na to pozwolił. Natomiast nie ma lepszych warunków do powrotu do zdrowia niż w Spale, pod opieką fizjoterapeutów i trenera od przygotowania fizycznego. Zamierzam dobrze ten czas wykorzystać.

Nie jest pan jest gotowy do gry, więc jak będzie pan spędzał czas w trakcie Ligi Narodów?
Może jeszcze powiem, kto kiedy będzie grał? Ha, ha! Z takimi pytaniami proszę zwrócić się do trenera. Wiem, że zaczynam przygotowania z drużyną, później... Lekka doza tajemniczości nie zaszkodzi. Zresztą to też element sposobu prowadzenia drużyny przez Vitala. Na pewno będzie ciekawie.

Czyli urlopu nie ma pan zaplanowanego?
Ha, ha, bardzo fajnie próbuje pan z różnych stron, ale nie chcę wychodzić przed szereg. Najlepiej, jak trener będzie komunikował.

Bierze pan pod uwagę, że zabraknie pana podczas docelowej imprezy sezonu, czyli kwalifikacji?
Wyzdrowieć zdążę na 100 procent. Pytanie, jaka będzie moja forma siatkarska. Jeśli trener stwierdzi, że będą lepsi albo będzie miał inną koncepcję, to zaakceptuje to. Chciałbym być jednak gotowy do podjęcia rywalizacji.

Z Heynenem bardzo zmieniliście plany co do pana gry w Lidze Narodów?
Jeszcze zanim odniosłem kontuzję, trener mówił, że nie przewidywał mnie do zbyt wielu występów w tych rozgrywkach, więc pod tym względem to nie problem. Natomiast na pewno byłbym w lepszej formie na kwalifikacje, niż po kontuzji. Ale poradziliśmy sobie rok temu, gdy sytuacja była trochę trudniejsza, jeśli chodzi o moją sportową formę, poradzimy sobie i teraz.

Ten sezon będzie trudniejszy niż dwa poprzednie?
Nie do końca. Problemem może być liczba ważnych turniejów. Ale poradzimy sobie sobie z tym. Dostaliśmy pierwszą organizacyjną wiadomość od Huberta Tomaszewskiego [kierownik reprezentacji Polski – red.]. Na liście jest 28 zawodników na światowym poziomie, jest więc z czego wybierać. Nie będziemy uzależnieni od jednego czy dwóch graczy.

Czeka pan na to, jak w zespół wkomponuje się Wilfredo Leon?
Nie czekam, bo wiem, że zrobi to bardzo dobrze. Był z Zakopanem rok temu. Na początku śmiałem się z pomysłu trenera, bo co mogą nam dać trzy dni. Ale to było bardzo wartościowe. To też fajny gest z jego strony, że poświęcił chwilę wakacji, żeby pobyć z nami. Natomiast jego obecność niewiele zmieni w tym jak pracujemy. Dojdzie po prostu zawodnik, o którym wiemy, na jakim gra poziomie.

Po świetnych mistrzostwach świata należało się spodziewać, że prędzej czy później każdy z reprezentantów złapie dołek formy. U pana nie było tego widać, zatrzymała pana dopiero kontuzja.
Nie chciałbym, żeby kontuzja była nazywana dołkiem. Okres kadrowy... nie był taki ciężki, jakkolwiek to brzmi. Pracowaliśmy bardzo mądrze, obciążenia nie były zbyt wielkie. W Lidze Narodów podróżowałem z chłopakami, pracowałem na powrotem do formy, ale w wielu meczach nie zagrałem. Trener Heynen dobrze to zaplanował. Oczywiście teraz szukamy przyczyny, dlaczego mój organizm tak zareagował. Ogólny wniosek jest taki, że może czasem za bardzo chciałem grać na najwyższym poziomie i nie dałem sobie chwili na odpoczynek i na relaks.

Pana kontuzja była problemem, który narastał?
Nie do końca. To wynik przeciążenia, stała się nagle. Problem był w tym, że trudno od razu wskazać, co było nie tak. Przez trzy tygodnie przygotowań do półfinałów, niestety, trenowałem z kontuzją. Pogłębiała się, ból narastał i dopiero badania pozwoliły stwierdzić, że potrzebny jest zabieg.

Jaka była pana pierwsza myśl, gdy dowiedział się pan, że to koniec sezonu?
Przyznam, że nie do końca myślałem o tym, jak o końcu sezonu, a zastanawiałem się, jak najszybciej wrócić do grania. W takim momencie na pierwszym miejscu jest chęć zadbania o zdrowie. Dopiero później przyszła myśl, że straciłem coś, na co z zespołem pracowaliśmy przez kilka miesięcy.

Gdy podpisał pan kontrakt z ONICO Warszawa, powiedział pan, że po zakończeniu sezonu chciałby pan czuć ból głowy, zostać tutaj czy nie. Boli pana głowa?
Tak, to nie najłatwiejszy okres. Dużo rzeczy się wydarzyło, a do tego mój kontrakt dobiegł końca i zobaczymy, co się wydarzy. Jeszcze nie czas na te decyzje. Myślę, że to kwestia najbliższych tygodni. Jeśli zostanie podjęta, to dowiedzą się państwo tego od mnie, a nie z różnych źródeł, które próbują zgadywać.

Z ONICO odeszło sześciu zawodników. Klub będzie dopiero ogłaszał, kto dołączy. Swoją decyzję uzależnia pan od tego, kto będzie grał w Warszawie?
Nie, uzależniam ją od tego, jakie miejsce uznam za najlepsze dla mnie w tym momencie kariery. Skupiam się, żeby podjąć dobrą decyzję i trafić do miejsca, gdzie będę mógł się spełniać sportowo i życiowo.

Jak podsumuje pan sezon ligowy?
Dla mnie był tortem bez wisienki, czy jak to się ostatnio mówi - bez truskawki. W Szczecinie stworzyliśmy fajną drużynę, która niestety z innych przyczyn, niż sportowe, musiała się rozpaść. Później dołączyłem do projektu warszawskiego i poczułem się bardzo dobrze. Z dnia na dzień wszedłem do składu i chwała chłopakom, że podeszli do mnie, jak do kogoś kto przyszedł im pomóc, a nie mieszać w szykach. Doskonale radzili sobie do momentu mojego przyjścia. Zabrakło mi gry o medale, czyli tego, na co pracuje się cały sezon. Szkoda.

Kontrowersje z pierwszego meczu finałowego z ZAKS-ą Kędzierzyn-Koźle także pana dotknęły?
Trochę mniej, bo nie było mnie z drużyną. Natomiast chwała chłopakom za to, jak sobie z tym poradzili. Sytuacja nie rozłożyła zespołu na łopatki. Kolejne dwa mecze stały na niezłym poziomie z naszej strony.

Miał pan kiedyś tak zwariowany sezon?
Nie i mam nadzieję, że już nigdy mi się taki nie przytrafi, że zespół rozpada się w trakcie sezonu. Parę rzeczy, które się wydarzyły, nie powinny mieć miejsca. Tym bardziej, jak niektórzy ją nazywają, w lidze mistrzów świata. Cała sytuacja ze Stocznią nie jest zakończona. Nie chciałem o tym wcześniej mówić, ale teraz jest dobry moment. Nie otrzymałem żadnego procenta wynagrodzenia, które mi się należy za spędzony czas i wykonaną pracę w Stoczni. Ze strony ligi sprawa wygląda tak, że my, zawodnicy, sami jesteśmy sobie winni, że zaufaliśmy niewłaściwym ludziom i w niewłaściwym klubie. Klubie, który otrzymał wcześniej licencję na granie w PlusLidze. Ktoś w tym procesie zawinił. Nie oczekuję, żeby liga opłacała nasze kontrakty, ale zasługiwalibyśmy na trochę pomocy w tej sprawie.

Skierujecie sprawę do sądu?
To oczywiście kolejny krok, jaki podejmiemy z tamtym zespołem. Sportowo zachował się super, nikt nie wiesza psów na działaczach Stoczni czy władzach ligi, każdy gdzieś gra na swoim poziomie. Natomiast ze swojej pozycji chciałem zwrócić uwagę, że problem nie został rozwiązany i będziemy szukać drogi do tego, by odzyskać swoje pieniądze. Nie mnie wymyślać, jak zapobiegać takim sytuacjom. Wiem natomiast, że gdyby Stocznia nie została dopuszczona do rozgrywek, nie podpisałbym z nią kontraktu. Nie pozwolę, by temat został zamieciony pod dywan.

W Warszawie nie miał pan takich problemów?
Finansowo i organizacyjnie wszystko jest jak najbardziej OK. Klub zadbał o jak najłagodniejszą przeprowadzkę, stworzył świetne warunki, by zespół mógł się rozwijać i grać na super poziomie. Na koniec zadbał o mnie w sprawach medycznych. Ktoś powie, że to normalne i tak powinno być. Zgadza się, ale w tym sezonie wiele rzeczy w naszej lidze nie było tak, jak powinno być. Pod tym względem ONICO jest na europejskim topie.

Czyli przy pozostaniu w Warszawie dopisał pan kilka plusów?
Różne rzeczy biorę pod uwagę. Na podjęcie i ogłoszenie decyzji przyjdzie czas. Przy okazji, pozdrawiam pana Gianlucę Pasiniego [włoski dziennikarz – red.], 78 razy ogłaszał, gdzie zagram w następnym sezonie. Niech strzela, w końcu na pewno trafi, ha, ha.

Która sytuacja bardziej pana bolała: upadek Stoczni czy kontuzja?
Oczywiście ta druga. Strata finansowa czy fajnego projektu, to jedno, ale stratę zdrowia trudno do czegokolwiek porównać.

Dobrze czuje się pan w Warszawie?
Jest fajnie, Warszawa da się lubić. Jestem chłopakiem z mniejszej miejscowości i przez większą część swojego życia obawiałem się Warszawy. Niepotrzebnie. Ma piękne zakątki i fajne miejsca, które warto odwiedzić, zawsze dużo się w niej dzieje.

Ma pan swoje ulubione miejsca?
Tak, fajnym miejscem, które warto odwiedzić i miło spędzić czas, to Hala Koszyki. Może być wizytówką Warszawy, oczywiście podobnie jak Stare Miasto. W Warszawie potrafi być przyjemnie, ludzie są otwarci. To naprawdę miasto, którym powinniśmy się chwalić. I mówię to po odwiedzeniu kilku innych europejskich miast czy nawet mieszkaniu w nich przez jakiś czas.

Fani zaczepiają pana na ulicy?
Właśnie nie, mam spokój. To też jest fajne, że w Warszawie jest Legia i są bohaterowie dużo więksi ode mnie.

O ile Stocznia nie wywiązała się z umowy, o tyle premier miał wam wypłacić już premie za mistrzostwo świata.
Długo to trwało, ale było to spowodowane problemami legislacyjnymi. Nie miałem wątpliwości, że te pieniądze otrzymamy. Fajnie, bo czujemy się docenieni, a poza tym część pieniędzy poszła do związku na szkolenie młodzieży. Jeśli państwo dba o nas i o to, żeby dopływ małych siatkarzy był stały, to mam nadzieję, że Polska będzie stała siatkówką przez wiele lat.

Coraz więcej łączy pana z Kamilem Stochem. Rywalizowaliście o tytuł sportowca poprzedniego roku, w sezonie po największym sukcesie też mieliście problemy zdrowotne - on po igrzyskach, pan po mistrzostwach świata. Przy okazji rewanżowego meczu Ligi Mistrzów Liverpoolu z Barceloną okazało się, że pan też kibicuje „The Reds”.
Ha, ha, już wcześniej o tym mówiłem, więc nie nazywajcie mnie sezonowcem! Kibicowałem już im w tych chudszych latach. To, co wydarzyło się w rewanżu z Barceloną, było wielką rzeczą. Przyznam, że dawno wydarzenie sportowe, poza siatkarskie, nie wzbudziło we mnie tylu emocji. Nie mogę porównać tego do czegoś, co sam przeżyłem. W trakcie i po meczu wymieniłem kilka wiadomości z Piotrkiem Nowakowskim. Zachwycaliśmy się tym, co obejrzeliśmy, a na koniec wymiana wyglądała mniej więcej tak: „Czemu nie gramy w piłkę?”, „Bo nie umiemy". Ha, ha! Sądzę, że mecz zrobił wrażenie na każdym, kto interesuje się sportem.

W którym momencie meczu ucieszył się pan najbardziej?
Po pierwszym golu. Tak to sobie wyobrażałem, że Liverpool musi zdobyć bramkę w pierwszym kwadransie. Wtedy mogłoby wydarzyć się coś specjalnego. O ile do tego momentu oglądałem spotkanie jednym okiem, o tyle później siedziałem przed ekranem jak przykuty.

To abstrakcyjne pytanie, ale chciałby pan potrenować u Juergena Kloppa?
Nie chciałbym mu prezentować swoich piłkarskich umiejętności, bo jeszcze by się załamał. Ale mamy trenera, który w pewnym sensie jest jego odpowiednikiem. Klopp jest wizjonerem, zmienia pewne rzeczy w piłce, próbuje wyprzedzić innych w sposobie grania. Tak jak Vital, który próbuje robi coś, co potem inni będą naśladować.

I chyba też ważna jest więź między zawodnikami?
Podczas meczu myślałem sobie o pewnych rzeczach, o których po spotkaniu mówił Klopp. Nie da się wyciągnąć z jego drużyny jednego ogniwa. Serducha, poziomu piłkarskiego, tradycji, kibiców. Jeśli coś takiego by się stało, to już drużyna nie funkcjonowałaby tak samo. U nas jest podobnie. W kadrze mamy zawodników na światowym poziomie, znakomitego trenera, najlepszych kibiców na świecie i bardzo dobrą chemię między ludźmi w otoczeniu.

Bartoszek Kurek najlepszych zawodnikiem MŚ. "Ja tylko macham ręką"

Wideo

Materiał oryginalny: Bartosz Kurek: Na 100 procent będę zdrowy na kwalifikacje olimpijskie - Sportowy24

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3