Polska zmienia się dzięki europejskim pieniądzom

Marcin Zasada
ARC
O naszym pięcioleciu w Unii Europejskiej i roli polityków we Wspólnocie z Robertem Gwiazdowskim, prawnikiem i ekonomistą, komentatorem gospodarczym, ekspertem w Centrum im. Adama Smitha, rozmawia Marcin Zasada

Miało być tak źle, a jest tak dobrze. Unia miała nam zabrać tożsamość, wiarę, ziemię i miejsca pracy. Minęło pięć lat i nic. Prognozy mają to do siebie, że się nie sprawdzają?
Trzeba by zapytać tych, którzy wieszczyli takie cuda. Instytut im. Adama Smitha od początku podkreślał, że im szersza jest strefa wolnego handlu, tym większy dobrobyt i bezpieczeństwo.

Handel cywilizuje - to oczywiste. Ale Wspólnota Europejska to nie tylko likwidowanie ceł.
Niemniej to dla nas główna korzyść. Lepiej dla Polski byłoby, gdybyśmy weszli w strefę wolnego handlu bez wchodzenia w struktury polityczne Unii, ale to oczywiście mrzonka. Na takich warunkach nikt by nas do UE nie przyjął.

Co złego jest w uczestnictwie w unijnej polityce? Co nam daje to uczestnictwo?
Gwarancję utrwalenia demokracji, możliwość ulokowania jej na obszarze pluralizmu religijnego, politycznego i kulturalnego. Poza tym partycypowanie w przemianach, które zachodzą w całej Europie. To chyba jakieś korzyści. Nie przeczę, że tak jest, tylko nie wiem, czy jest to warte aż takich kosztów. Unia opiera się na dwóch nogach - ekonomicznej i politycznej. Czasem w jej obrębie pojawiają się problemy, gdy zgodnie z przykazaniem Lenina ekonomia idzie posłusznie za polityką. Na szczęście, w naszym przypadku, zyski gospodarcze są wyższe od strat politycznych. Dzięki integracji europejskiej nasi przedsiębiorcy zyskali niezmiernie dużo, zyskała cała polska gospodarka.
Tymczasem w Polsce ciągle słychać hasła, że do Unii weszliśmy na kolanach. Poprzedni rząd wręcz licytował się w rozpalaniu antyeuropejskich emocji i dążeniu do izolacji. Prezydent najpierw ogłasza sukces w negocjacjach w sprawie traktatu lizbońskiego, a potem nie chce go podpisać. Gdzie logika i konsekwencja?
Na potrzeby kampanii wyborczej następuje pozycjonowanie obozów eurosceptyków i euroentuzjastów. Ja w tej polaryzacji do końca nie uczestniczę, ponieważ jestem eurorealistą. I widzę dwie strony medalu. Przed akcesją Centrum im. Adama Smitha przewidywało, wbrew prognozom PSL i Samoobrony, że polskie rolnictwo odniesie szereg fundamentalnych korzyści związanych z obecnością w Unii. Znakomicie w Europie radzą sobie nasi przedsiębiorcy. Polska zmienia się dzięki europejskim pieniądzom i to są fakty, z którymi trudno polemizować. Dlatego można powiedzieć, że z politycznego gardłowania naprawdę niewiele wynika, a logiki i konsekwencji nie ma w tym żadnej. Z politykami jest jak w tym dowcipie: Bóg po stworzeniu Adama mówi mu o dobrej i złej wiadomości. Dobra jest taka, że Adam otrzymał dwa wspaniałe organy - jeden umiejscowiony między jego uszami i drugi - między jego nogami. Zła wiadomość była taka, że nie dało się używać obu organów naraz. Polityka i władza działa najczęściej właśnie na takiej zasadzie, że krew odpływa z mózgu.

Czy przez taktykę określoną kiedyś przez Romana Giertycha hasłem: brać ile wlezie, a potem uciekać (czyli dotacja tak, integracja nie), nadal funkcjonujemy w Europie jako klienci kasy zapomogowo-pożyczkowej, zamiast pełnoprawni członkowie wspólnoty?
Po pierwsze, pieniądze szczęścia nie dają. Nie zachłystujmy się europejskimi dotacjami, bo to nie magiczna różdżka. RFN wpompowała w NRD 2 biliony 250 miliardów euro i co? We wschodnich landach bezrobocie jest większe, a tempo wzrostu gospodarczego niższe od Polski. Nie wystarczy po prostu wydać pieniędzy, które daje nam Unia, tym bardziej, że nie zawsze robimy to w sposób właściwy. Potrzebne jest skierowanie akcentu na realną gospodarkę, a nie ciągłe dmuchanie w polityczny balonik.
Zostawmy polityków i zastanówmy się nad społecznymi aspektami integracji. Nie mamy zmierzać do jednoczenia państw, lecz do jednoczenia ludzi - to jedno z unijnych mott. Czy zgodnie z nim, w Europie istnieje takie poczucie wspólnoty i czy Polacy w tej wspólnocie są obecni?
Ponoć tylko 17 procent Europejczyków identyfikuje się z etosem Europejczyka. To niewiele. W elitach akademickich, eksperckich, biznesowych i politycznych taka tożsamość jest dostrzegalna od dawna. Ludzie z middle albo lower class żyją najczęściej z dala od elit, dlatego mam wątpliwości, czy w nich świadomość europejskości jest równie mocno zakorzeniona.

Ale nie da się ukryć, że Polacy, nawet jeśli nie są zdeklarowanymi, zagorzałymi Europejczykami, żyją w Unii lepiej niż żyli bez niej. I chyba wyzbyli się wielu kompleksów.

Naturalnie. Kiedyś mieliśmy tylko mesjańskie poczucie wyjątkowości i Europie bardzo zazdrościliśmy. Wszystkiego. Zmiana tego nastawienia, przynajmniej w pewnej zauważalnej części, nastąpiła bardzo szybko. Nasi rodacy wyjechali za granicę i okazało się, że wcale nie są pariasami Europy i obywatelami drugiej kategorii. Na Wyspach potrafią pracować i zarabiać lepiej od rdzennych Brytyjczyków. Inny przykład: sytuacja ekonomiczna statystycznego Europejczyka wygląda tak, że jest on średnio pięć razy bardziej zadłużony od Polaka. Kto zatem jest bogatszy: ten bardziej, czy mniej zadłużony?

Wspomniał pan o poczuciu wyjątkowości. I obawiam się, że nawet przynależąc do Europy potrzebny nam heroiczny kicz i upraszczanie wszystkiego. Jeśli Unia nam coś daje, to widocznie nam się należy i Unia nie ma innego wyjścia. A jeśli coś nie idzie po naszej myśli, wtedy Unia pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Rzeczy, o które politycy się spierają lub deklarują, że spierać się zamierzają, są najczęściej mało ważne z punktu widzenia przeciętnego obywatela. A przeciętny Polak potrafi wykorzystać swoją obecność w Europie bez heroicznego kiczu. Żartuję czasem, że powinniśmy w końcu przekuć powiedzenie "kombinuje jak Polak" z pejoratywnego w zupełnie pozytywne. Od kombinowania do kombinatoryki jest frazeologicznie bardzo blisko. Polak-Europejczyk potrafi kombinować w takim sensie, że myśli kreatywnie i efektywnie pracuje. Polscy przedsiębiorcy, zaprawieni w czasach komuny i wszechobecnej do dziś biurokracji, nabyli umiejętności, którymi przewyższają konkurentów z Zachodu. Niemiecki czy włoski biznesmen, który chciałby założyć w Polsce mały interes, nie wytrzymałby u nas kilku tygodni. Już widzę, jak załatwiłby sobie REGON.
A czy Polak-Europejczyk nie poddał się za bardzo tandetnej egzystencji w szklarni? Czy w życiu spełniamy się głównie przez konsumpcję w centrach handlowych?
To naturalne zjawisko. Po prostu poddajemy się wzorcom, które przyszły do nas ze społeczeństw zachodniej Europy. Odreagujemy w ten sposób 50 lat komunizmu i zupełny brak konsumpcji. Przypomina mi to sytuację w Europie po I wojnie światowej, gdy przewidywano krach związany z zakończeniem "wojennego" popytu. W rzeczywistości było zupełnie odwrotnie - po kilku latach oszczędzania, społeczeństwa rzuciły się do odrabiania strat, co doprowadziło do skumulowania się popytu i gigantycznego wzrostu konsumpcji zakończonego dopiero Wielkim Kryzysem w 1929 r. W Polsce, oprócz odkuwania się, istnieje jeszcze jeden problem. Ludzi wciąż nie stać na rzeczy najważniejsze. Ich nieosiągalność sprawia, że rzucamy się na rzeczy drobne, acz osiągalne. Dom jest wciąż poza zasięgiem większości Polaków, dlatego trzeba zadowolić się wycieczką do supermarketu. W tym przypadku istota problemu leży w złym wyborze drogi, którą Polska podążyła na początku lat 90.

Milton Friedman powiedział podczas wizyty w Polsce, żebyśmy nie kopiowali rozwiązań stosowanych w bogatych krajach zachodnich, bo nie jesteśmy bogatym krajem zachodnim. Ale to było 20 lat temu.
Po 20 latach nadal jesteśmy biedniejsi od bogatych krajów zachodnich. Zwiększający się fiskalizm i idiotyczne opodatkowanie pracy sprawiają, że statystyczny Polak generuje miesięcznie podaż na poziomie 4 tys. zł, ale do ręki dostaje połowę tej kwoty. Prosty przykład: płyną dwie łódki, jedna za drugą. Ta druga nigdy nie wyprzedzi ani nie dogoni pierwszej, jeśli będzie robić to samo, co ona. W Polsce najważniejszym kapitałem są ludzie. Dzięki stanowi wojennemu mamy w naszym kraju wyż demograficzny, którego nie ma nigdzie indziej w Europie. Mamy też jednak masę absurdów, które zatrzymują nas w miejscu. Załóżmy, że wybiorę się na Marszałkowską, usiądę na ulicy i zacznę żebrać. Załóżmy też, że jakiś bezdomny znajdzie na wysypisku ostrzałkę do noży i postanowi na tej samej Marszałkowskiej usiąść i ostrzyć za drobne opłaty. Ja będę żebrać legalnie, ale jego działalność już nie będzie zgodna z prawem. Idźmy dalej: bezdomny nie założy firmy, bo nie ma zameldowania. Nawet jeśli ktoś go zamelduje, to przecież nie odprowadzi za niego podatku. Więc albo będzie ostrzył na czarno, albo zacznie żebrać. Moja prośba do wszystkich polityków europejskich: umożliwcie ludziom biednym partycypowanie w PKB. I nie wmawiajcie im, że ich przyszłość zależy od was. Nasza przyszłość jest zależna od nas samych.

Kiedy w Polsce doczekamy się społeczeństwa obywatelskiego i mocnej klasy średniej? Trzeba kolejnych 5, czy może 50 lat w Europie?
W tej kwestii zgadzam się z Lechem Wałęsą, który przywołał kiedyś Mojżesza i to, jak 40 lat prowadził Żydów przez pustynię, żeby wyginęło pokolenie pamiętające niewolę egipską. U nas to samo musiałoby się stać z pokoleniem pamiętającym komunizm.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie