MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zbrodnie po częstochowsku. Jasna Góra była miejscem makabrycznego morderstwa - te historie mrożą krew w żyłach!

Piotr Ciastek
Piotr Ciastek
Morderstwo w wykonaniu zakonnika, śmierć w Kasie Chorych czy wizyta najsłynniejszego złodzieja XX-lecia międzywojennego - to tylko niektóre z ciemnych kart historii Częstochowy.

Spis treści

Mroczna strona historii Częstochowy

Choć Częstochowa słynie z obrazu Czarnej Madonny i przybywają tu od wieków rzesze pielgrzymów, to jak każde miasto ma ona zapisane na kartach swojej historii złodziejskie incydenty, skandale, a nawet makabryczne zbrodnie. Do jednej z najsłynniejszych doszło za sprawą zakonnika z Jasnej Góry. W swoich publikacjach pisali o niej m.in. Zbisław Janikowski czy Jarosław Kapsa.

Ta dość makabryczna i zagmatwana historia dotyczyła Damazego Macocha urodzonego w 1874 roku w Lipiu. To postać, która wstrząsnęła opinią publiczną na początku XX wieku. Jako zakonnik zakonu paulinów stał się znany nie tylko z powodu swojego życia duchownego, ale przede wszystkim ze względu na swoje przestępcze działania, które doprowadziły do morderstwa.

Zakonnik zbrodniarz i złodziej

Damazy Macoch stał się pełnoprawnym zakonnikiem paulinów w 1906 roku, zaledwie po czterech miesiącach nowicjatu. Tak szybki awans budził podejrzenia, że mógł być agentem carskiej ochrany. W tamtym czasie rosyjskie przepisy częściowo naruszały autonomię zakonu paulinów, wymagając zgody gubernatora i ministerstwa spraw wewnętrznych, aby ktoś mógł zostać zakonnikiem. Przeorem zakonu był wówczas o. Reyman, szanowany paulin, ale człowiek łagodny, zabiegający o względy władz carskich.

Podczas wykonywania obowiązków spowiednika Damazy Macoch poznał Helenę Krzyżanowską, urzędniczkę łódzkiego telegrafu, która stała się jego kochanką. Aby ukryć swój związek z nią, o. Damazy namówił kuzyna, Wacława Macocha do fikcyjnego ślubu z Krzyżanowską, opłacając nawet wesele w Hotelu Europejskim w Warszawie. Swoją kochankę obdarowywał drogą biżuterią, opłacał mieszkanie oraz podróże do Włoch.

Między kuzynami jednak sprawy nie układały się najlepiej. Ich kulminacją była zbrodnia popełniona 22 lipca 1910 roku przez Damazego Macocha, który zabił w bliżej nieznanych okolicznościach Wacława Macocha. Do morderstwa doszło w klasztornej celi zakonnika, a zwłoki zabitego siekierą, ukryte w sofie, zostały przez paulina wywiezione dorożką i wrzucone do kanału przy Warcie.

Jak to jednak zwykle bywa, ciało wrzucone do wody, gdzieś w końcu wypłynie. Stało się to 26 lipca 1910 roku niedaleko Częstochowy. W rowie został znaleziony pakunek, w którym znajdowały się ludzkie zwłoki. Rozpoczęte po odkryciu ciała śledztwo doprowadziło do aresztowania Macocha przez komisarza Jasieńskiego na dworcu w Krakowie.

Sprawę opisywały na gorąco lokalne media. Dziennikarz „Gońca Częstochowskiego” w najdrobniejszych szczegółach opisał, co dokładnie znaleziono: odkryto ciało trzydziestoletniego mężczyzny. Miał blond włosy zaczesane na boki, bujny wąs, dopiero co z bindy (specjalna opaska na wąsy) uwolniony, hiszpańską bródkę, piwne oczy, szeroko otwarte, maleńkie znamię nad prawym okiem i ślady na palcu po dwóch pierścieniach. Ubrany był w nocną kolorową, kraciastą koszulę ze znakiem firmowym krakowskiej firmy - przytaczał w swojej pracy „Częstochowy historie mniej znane” Zbisław Janikowski.

Podczas śledztwa Macoch przyznał się do szeregu przestępstw, które wstrząsnęły polskim społeczeństwem. Jednym z nich była kradzież i profanacja dokonana na Jasnej Górze 23 października 1909 roku. Jak wyznał Macoch, to właśnie on był odpowiedzialny za kradzież złotych koron wysadzanych drogimi kamieniami oraz sukni z pereł, które zostały skradzione z obrazu Matki Boskiej.

Złodzieje zabrali wtedy m.in.: dwie złote korony klementyńskie, sukienkę perłową, piętnaście złotych zegarków, dziesięć złotych łańcuchów, trzynaście sznurów pereł, dwadzieścia wotów ze złota oraz pięćdziesiąt pierścieni wysadzanych brylantami. Jednym z kamieni szlachetnych, który dodawał koronie maryjnej szczególnego blasku, był wspaniały żółty brylant – pamiątka rodzinna, przekazana kilka lat wcześniej przez Michała Sobańskiego (brata Kazimierza, znanego numizmatyka i kolekcjonera). Wartość tego klejnotu wynosiła 40 000 rubli. Ogółem straty oszacowano na ponad milion rubli. W owym czasie za tę kwotę można było kupić dziesięć willi z ogrodami w Alejach Ujazdowskich – najbardziej reprezentacyjnej ulicy Warszawy.

Ta zuchwała kradzież poruszyła społeczeństwo, a skradzione przedmioty nigdy nie zostały odnalezione. Ale to nie jedyne przestępstwo, do którego przyznał się Macoch. Wspólnie z dwoma innymi zakonnikami, Olesińskim i Starczewskim, systematycznie okradali klasztorny skarbiec.

Rozpoczęty przed sądem w Piotrkowie w lutym 1912 proces elektryzował ówczesną opinię publiczną nie tylko w Królestwie Polskim. Prasa pruska i rosyjska wykorzystywała sprawę Macocha do ataków na duchowieństwo i polski Kościół katolicki. Na ławie oskarżonych posadzono obok Damazego Macocha, paulinów Bazylego Olesińskiego i Izydora Starczewskiego, Helenę Macochową, Wincentego Piankę - dorożkarza, który przewiózł ukryte w sofie zwłoki, Józefa Pertkiewicza, któremu zarzucano dorabianie kluczy do pomieszczeń klasztornych oraz Lucjana Cyganowskiego za fałszowanie dokumentów.

W marcu 1912 Sąd Okręgowy w Piotrkowie ogłosił wyrok: „Damazy Macoch - pozbawienie wszystkich praw stanu i dwanaście lat ciężkiego więzienia; Izydor Starczewski - pozbawienie wszystkich praw stanu i pięć lat więzienia; Bazyli Olesiński - pozbawienie wszystkich praw stanu i dwa i pół roku więzienia; Helena Macochowa - pozbawienie wszystkich praw i dwa lata więzienia; Pertkiewicz - rok więzienia; Wincenty Pianka - cztery miesiące aresztu; Lucjan Cyganowski - siedem dni aresztu policyjnego. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy.”

Damazy Macoch zmarł w 1916 roku w więzieniu w Piotrkowie. Umarł wskutek gruźlicy płuc i silnej skrofulozy ogólnej, która zaatakowała ze szczególną siłą szyję i gardło. Krótko przed śmiercią prosił, aby pochowano go na drodze cmentarnej, tak aby jego grób deptali przechodnie. Życzenie to nie zostało spełnione - został pochowany 7 września 1916 na piotrkowskim cmentarzu obok kwater żołnierskich. Na jego grobie widnieje napis: „Śp. ksiądz Damazy Macoch wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę.”

Morderstwo w Kasie Chorych

W budynku, gdzie obecnie mieści się w Częstochowie część Miejskiego Szpitala Zespolonego doszło niegdyś do innej w historii miasta makabrycznej zbrodni. W przededniu tego zdarzenia, 14 października 1930 roku, w Częstochowie doszło do otwartych starć między przedstawicielami miejscowej PPS a prawicowymi związkowcami i sympatykami BBWR. Odpowiedzialnością za wydarzenia obciążono Antoniego Furmańczyka, prezesa Rady Powiatowej BBWR i jednocześnie inspektora Kasy Chorych.

Jak opisuje przebieg zbrodni miłośnik historii Częstochowy i autor publikacji na jej temat, Jarosław Kapsa, 16 października w gabinecie Antoniego Furmańczyka w Kasie Chorych odbywała się narada, w której udział brał komisarz Kasy Chorych Józef Rejewski i naczelny lekarz, dr Tadeusz Biluchowski. W tym samym czasie w poczekalni przed gabinetem Furmańczyka siedział Jan Kostrzewski, który chciał wziąć odwet na Furmańczyku. Wyjaśnił on woźnemu, że czeka na dentystę, a przy okazji ma sprawę do Furmańczyka. Gdy woźny wchodził do gabinetu inspektora, Kostrzewski odepchnął go, wpadł do środka i z okrzykiem „Gińcie, wy...” oddał dwa strzały z rewolweru do Furmańczyka i Rejewskiego. Pierwszy został trafiony prosto w serce, drugi w twarz. Obaj zginęli na miejscu. Wybiegając z gabinetu, Kostrzewski nacisnął spust jeszcze dwa razy, raniąc dr. Biluchowskiego.

W momencie, gdy Kostrzewski opuszczał gabinet, do pomieszczenia wbiegł prezes Związku Pracy Narodowej Partii Robotniczej, Maciej Mołda. Bezrobotny prezes starał się o pracę w Kasie i znalazł się przypadkowo w miejscu tragedii. Próbował obezwładnić napastnika, lecz ten zabił go, trafiając z pistoletu prosto w serce.

Kolejną ofiarą Kostrzewskiego stał się spotkany na korytarzu urzędnik Kasy, Michał Zawadzki oraz oczekujący na Mołdę skarbnik Związku Pracy, Purkiewicz. Zawadzki został postrzelony w kolano, a następnie dobity strzałem w usta. Purkiewicz miał więcej szczęścia, gdyż zabójca trafił go tylko w nogę.

Pięć ofiar śmiertelnych i dwóch ciężko rannych - taki był bilans tragicznego wydarzenia. Na gmachu Kasy Chorych wywieszono czarną flagę, przed budynkiem gęstniał tłum częstochowian. Nawet w tych brutalnych czasach wielkiego kryzysu zbrodnia w ambulatorium wstrząsnęła opinią publiczną.

Również ówczesna prasa rozpisywała się na temat tego wydarzenia: „Ten niesłychanie przygnębiający fakt przelewu krwi bratniej w chwili, gdy nad krajem zawisły ciężkie chmury politycznej sytuacji zewnętrznej i przesilenia gospodarczego, gdy nędza i bezrobocie zatacza coraz szersze kręgi, - powinien być dla czołowych kierowników życia politycznego ostrzeżeniem, że tylko spokojem i powagą możemy podtrzymać naszą państwowość i niepodległość, o co walczyliśmy przez wieki w obcej niewoli” - komentował tragedię „Goniec Częstochowski”.

Dodajmy, że oddany do użytku w 1928 roku budynek Kasy Chorych był przedmiotem dumy mieszkańców. Wybudowany za dwa miliony złotych, uznawany był za wzorcowy obiekt medyczny, mieszczący nowocześnie wyposażone ambulatoria: wewnętrzne, chirurgiczne, ginekologiczne, okulistyczne, laryngologiczne, dentystyczne, terapii fizykalnej i pracownię rentgenowską. Odrębne wejście prowadziło do ambulatorium dziecięcego i wenerycznego.

Król włamywaczy

Kolejna kryminalna sprawa, którą żyli czytelnicy w Częstochowie i w całym kraju związana jest z postacią słynnego przedwojennego kasiarza, Stanisława Antoniego Cichockiego, który znany był szerzej pod pseudonimem Szpicbródka. W 1929 roku włamywacz zaczął przygotowywać napad na Bank Polski w Częstochowie, znajdujący się w tym budynku. Przyjechał z Warszawy. Wynajął mieszkanie sąsiadujące z bankiem.

W 1930 roku przygotowania do napadu były na ukończeniu, ale środki na ten cel skończyły się. Gang „Szpicbródki” zdobył je, napadając na zakład jubilerski w Warszawie. W trakcie śledztwa w sprawie napadu na jubilera odkryto u jednego z jego wspólników plany nowoczesnego bankowego systemu alarmowego. Śledczy, którzy niemal w ostatniej chwili przybyli do Częstochowy odkryli w wynajętym mieszkaniu w wielkiej szafie przylegającej do banku wyłom w murze o średnicy około 80 cm. „Otwór maskowała tapeta, a znajdujące się w mieszkaniu skrzynie pełne były gruzu ze skruszonego muru. W sofie ukryta była wielka butla z acetylenem i palniki do cięcia metalu, czyli bankowych sejfów” - przytacza w swojej książce ustalenia śledczych Zbisław Janikowski. Dzięki temu odkryciu skok na bank został udaremniony, a cała szajka aresztowana.

Cichocki trafił do częstochowskiego aresztu, w którym pracował jako fryzjer. Dzięki przekupieniu kilku strażników, ubrany po cywilnemu, Cichocki swobodnie opuścił areszt i wyszedł na miasto rozpływając się w powietrzu. źródła: Zbisław Janikowski, Częstochowy historie mniej znane, Łódź 2015; Morderstwo w cieniu wyborów, Jarosław Kapsa.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Eurowybory 2024. Najważniejsze "jedynki" na listach

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera