80 milionów euro - tyle zdaniem hiszpańskich mediów, zażądał Cristiano Ronaldo za każdy kolejny sezon spędzony w Realu Madryt. Portugalczyk chce w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zagwarantować sobie środki, dzięki którym zniknęłaby groźba więzienia za oszustwa podatkowe, i wrócić na szczyt listy najlepiej opłacanych piłkarzy świata.

Ronaldo bowiem równie boleśnie jak boiskowe porażki przeżywa swoje spadki w tym rankingu. Według zestawień za 2017 r., „CR7” z pensją około 24 milionów rocznie (do zawodnika po odliczeniu podatków trafia niespełna połowa zarobków brutto), zajmuje bowiem dopiero piąte miejsce i niewiele pociesza go fakt, że pod względem wpływów z reklam jest właściwie bezkonkurencyjny.

Jedynkę okupuje oczywiście Leo Messi.

48 milionów za sezon (podwyżka z 35 milionów była możliwa dzięki rzece gotówki, jaka wpłynęła do Barcelony za transfer Neymara), to kwota, która pewnie Portugalczyka kłuje podwójnie. Oprócz samej wysokości warto wszak przypomnieć, że jego argentyński kolega po fachu też miał podatkowe problemy, ale Katalończycy, w przeciwieństwie do „Królewskich”, stanęli za swoim piłkarzem murem, pomagając mu m.in. właśnie podwyżką.

Zobacz zdjęcia najbogatszych sportowców świata:
Zobacz galerię

Za Messim w 2017 znajdował się Carlos Tevez, który wykorzystał do maksimum hojność Chińczyków z Szanghaju: za piłkarskie wakacje włożyli mu do kieszeni 38 milionów euro. Podium natomiast uzupełnia wspomniany Neymar. 30 milionów sezonowo okazało się jednocześnie iskrą zapalną w Paris St. Germain, które za Brazylijczyka zapłaciło 220 milionów. Gigantyczne wynagrodzenie, konfliktowy charakter i pakiet przywilejów nie wzbudziły zachwytów w szatni i coraz częściej rozważane jest wysłanie Neymara w świat.

Pomiędzy tą trójką a Ronaldo znajduje się jeszcze Oscar, który za 62 mln euro bez żalu pożegnał status gwiazdy Chelsea i pompuje swój portfel (a także wagę) w Chinach.

Wszystkie rankingi tego typu są jednak skomplikowane i nie do końca oddają rzeczywiste finansowe eldorado gwiazd światowego sportu. Po pierwsze, trudno oszacować rzeczywiste wpływy na ich konta, ze względu na wspomniane już rozliczenia podatkowe, a także piętrowy system prowizji dla menedżerów i doradców finansowych czy znaczące pozycje dotyczące premii za szczególne osiągnięcia samego zawodnika i reprezentowanej przez niego drużyny, o indywidualnych kontraktach reklamowych nie wspominając.

W tej ostatniej kwestii zdarzają się przecież zawodnicy, którzy uczynili z niej zasadniczą część swojego zarobkowania. I niekoniecznie mowa tu o polskich pseudocelebrytach wykreowanych przez media, ale o sportowcach największego formatu. Tak jest na przykład z Rogerem Federerem. Szwajcarski tenisista - według opracowań „Forbesa” - w minionym roku na kortach zarobił nieco ponad 12 milionów dolarów, za to z użyczania swojej twarzy i głosu aż pięciokrotnie więcej. Z pewnością pomaga mu wizerunek dżentelmena, który prezentuje nienaganne maniery.

Jeśli już mowa o reklamach. Podczas zgrupowania reprezentacji Polski wypłynęła informacja, że stawka Roberta Lewandowskiego za występ w spocie rozpoczyna się od miliona złotych netto. Najbogatszy polski sportowiec, który chce się wyprowadzić z Bayernu Monachium, chociaż ma w nim najwyższy kontrakt Bundesligi (100 mln euro za pięć lat), wciąż czuje jednak niedosyt. W maju kapitan Biało-Czerwonych związał się z agencją Lagardere Sports, zajmującą się interesami ponad stu klubów piłkarskich oraz dwustu pięćdziesięciu sportowców z różnych dyscyplin.

Wszystko po to, by stać się marką naprawdę globalną.

- Od początku piłkarskiej kariery moim głównym celem był ciągły rozwój, a nadrzędną wartością profesjonalizm. Tego wymagam zarówno od siebie, jak i od ludzi, którzy pracują w moim zespole. Dlatego cieszę się, że będę mógł wspólnie z Lagardere Sports rozwijać się w tak istotnym obszarze mojej kariery, jakim jest wizerunek - tłumaczył swoją decyzję, cytowany przez portal Businessinsider.com, Lewandowski.

Niedosyt 29-letniego piłkarza wynika ze stosunkowo małej rozpoznawalności poza Europą i poza środowiskiem kibiców piłkarskich. W opublikowanym w maju tego roku przez ESPN rankingu światowych sław sportu (przy jego opracowywaniu uwzględniono popularność wyszukiwania nazwiska w Google, wpływy z kontraktów reklamowych i liczbę obserwatorów w mediach społecznościowych) snajper Bayernu znalazł się dopiero na 84. miejscu, a to z pewnością nie odpowiada ani aspiracjom samego zawodnika, ani jego żony, równie precyzyjnie budującej własną markę Foods by Ann i karierę. Póki co, Polak nie jest także uwzględniany w rankingach najlepiej zarabiających sportowców świata.

Najbardziej popularne zestawienie wspomnianego „Forbesa” ma za to zdecydowanego lidera. Floyd Mayweather na liście 2018 wyceniony został na 285 milionów dolarów. Amerykański pięściarz już od pewnego czasu dominuje w takich statystykach, potwierdzając, że ma w rękawicach (a raczej miał, bo kilka miesięcy temu ogłosił zakończenie kariery) talent zamieniania wszystkiego w złoto. Żaden inny bokser nie otrzymywał wcześniej takich stawek, żadnego innego nie oglądali też kibice tak chętnie - system pay-per-view Mayweather zamienił w prywatny skarbiec. Absolutny rekord pobił przed rokiem, gdy wszedł do ringu z gwiazdą UFC, Conorem McGregorem. Chociaż pojedynek nie miał większego sensu pod względem sportowym, to marketingowo okazał się najbardziej dochodowym przedsięwzięciem wszech czasów. Floyd zadając pierwszy cios, miał zagwarantowaną wypłatę w wysokości 275 milionów dolarów, McGregor - 83 milionów, a system PPV przyniósł wpływ przekraczający pół miliarda dolarów. Dzięki tej jednej walce rywal Mayweathera wszedł na czwarte miejsce forbsowego zestawienia.

Mayweather został natomiast trzecim w historii sportowcem, który zarobił ponad miliard dolarów. Przed nim podobnej sztuki dokonali tylko Tiger Woods i Michael Jordan. Koszykarz Chicago Bulls grał jednak w czasach, gdy gaże nie były wyśrubowane tak niebotycznie jak dziś, więc gros tego wyniku zgarnął na reklamach, m.in. sygnowanych swoim nazwiskiem butach. Woods natomiast miał szansę pozostać niedościgłym na wieki, ale zaprzepaścił ją aferą obyczajową podobną do tej, która niedawno stała się udziałem pewnego posła z Bielska-Białej.

Polskim sportowcom co roku zagląda do portfeli „Super Express”. W rankingu za 2017 rok bezapelacyjnie triumfował oczywiście Lewandowski, podsumowany na 100 milionów złotych. Za nim uplasował się Marcin Gortat. Koszykarz Washington Wizards co roku otrzymuje z klubu ok. 45 mln zł. Potem w kolejce do kasy stoją już przede wszystkim piłkarze reprezentacji Polski. Wyjątkiem jest Agnieszka Radwańska. Krakowianka po raz kolejny okazała się najlepiej zarabiającą kobietą w tym gronie, ale podobnie jak w przypadku Federera na ten wynik zapracowała przede wszystkim reklamami (na kortach zgarnęła niewiele ponad milion dolarów, a obecny sezon zapowiada się jeszcze chudszy). Nawiasem mówiąc, w setce „Forbesa” nie ma żadnej przedstawicielki płci pięknej...

Wszystkie europejskie listy mają jeden wspólny mianownik. Najwięcej pieniędzy leży na piłkarskiej murawie. Trudno się tej statystyce dziwić, jeśli zwrócimy uwagę na przykład na zarobki Grzegorza Krychowiaka w West Bromwich Albion i zestawimy je z dochodami mistrza olimpijskiego, triumfatora Turnieju Czterech Skoczni, mistrza świata i zdobywcy Kryształowej Kuli w skokach narciarskich, Kamila Stocha. Ten pierwszy, mając duże kłopoty z wywalczeniem miejsca w składzie WBA, za rok gry inkasuje 6 milionów funtów, ten drugi ze skoczni podniósł nieco ponad milion złotych...

- Piłka rzeczywiście ma też to do siebie, że przy takim samym, a czasem mniejszym wysiłku niż przy innych sportach, choćby indywidualnych, zawodnicy zarabiają ogromne pieniądze. Sportowcy innych dyscyplin, pracujący bardzo ciężko od rana do nocy, wygrywający największe imprezy mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich, zarabiają odsetek tego co piłkarze. A wielu z tych piłkarzy nie zbliży się nawet w swojej dziedzinie do tego poziomu, jaki reprezentują na przykład lekkoatleci - przyznał w wywiadzie Anity Czupryn w „Polska The Times” komentator Mateusz Borek. - No, ale każdy się rodzi do czegoś innego. Myślę, że powinniśmy się wystrzegać takiego mylnego myślenia, że piłkarzom jest za dobrze, że zarabiają za dużo i dlaczego ten świat tak wygląda. Wielu zaczynało kopać piłkę na podwórku, wielu młodych ludzi dziś widzi się oczami wyobraźni na PG Narodowym. Ja, jako chłopak w podstawówce, bardziej widziałem się na Stadionie Śląskim. I popatrz, jak niewielu ludzi, którzy zaczynali na podwórku, kończy na najwyższym poziomie. Ilu ich po drodze odpadło.

Inną bajką jest oczywiście sport za oceanem, gdzie liczą się również futboliści, koszykarze czy baseballiści. Warto jednak zwrócić uwagę na olbrzymią zmianę, jaką w sposobie myślenia o sporcie wprowadzono kilka lat temu zasadą „salary cap”. Określono mianowicie kwotę, jaką można przeznaczyć na pensje wszystkich zawodników, co znacząco ograniczyło rankingową dominację najlepszych z najlepszych, którzy - chcąc nie chcąc - musieli podzielić się swoim kawałkiem tortu z kolegami z szatni. Rozwiązanie przyniosło wyrównanie poziomu sportowego i mniejszą liczbę bankructw klubów. Trudno się dziwić, że ten temat często pojawia się w dyskusjach dotyczących przepłaconych w stosunku do prezentowanego poziomu klubów piłkarskich w Polsce. Na razie jednak nie wyszedł poza rozważania akademickie, torpedowany argumentem nie do zbicia: w krajowych strukturach płac zawsze można umieścić dodatkowe zarobki związane z usługami reklamowymi (na przykład wizytami w szkołach), a pokrywane np. przez kolejną wciągniętą w tę gierkę spółkę miejską.

I być może dlatego właśnie Lewandowski jest tylko jeden...

POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:

Justyna Kowalczyk śmiało o swoich planach sportowych