Bronisław Cieślak we wspomnieniach Dariusza Rekosza, zagłębiowskiego pisarza: Połączyła nas wyjątkową więź, to był dobry człowiek

Dariusz Rekosz
Bronisław Cieślak na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Między innymi tak go zapamiętamyZobacz kolejne zdjęcia/plansze. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE
Bronisław Cieślak na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Między innymi tak go zapamiętamyZobacz kolejne zdjęcia/plansze. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE arc prywatne Dariusz Rekosz
Trudno znaleźć słowa, aby opisać to, co poczułem, gdy dowiedziałem się o śmierci Bronisława Cieślaka – aktora, dziennikarza, prezentera, lecz także kogoś osobiście bardzo bliskiego.

Odszedł mój Idol, Wspaniały Człowiek i Przyjaciel

Dla wielu z was to po prostu Borewicz, Malanowski albo w skrócie – „07”. Dla mnie był człowiekiem o ponadprzeciętnej osobowości, niezastąpionym źródłem wiedzy o życiu i ludziach, a przede wszystkim Najserdeczniejszym Przyjacielem, którego wspominam zarówno ja, jak i moja rodzina.

Gościł u nas w domu, my jeździliśmy do niego. Przebyliśmy wspólnie setki tysięcy kilometrów. Nocowaliśmy w niezliczonej ilości hotelach, zajazdach i różnej maści karczmach. Raczyliśmy się befsztykiem tatarskim, flakami, dobrym piwem i deserami lodowymi, które Sławek po prostu uwielbiał. Gdy poznaliśmy się z okazji jego 70. urodzin, nie spodziewałem się, że los zwiąże nas tak mocno i na tak długo. Przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil, że trudno mi nawet rozpocząć ten wspominkowy tekst o Nim. Ale spróbujmy...

Mało kto znał Go naprawdę

Tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele mieli przywilej mówić do Niego „Sławku” (mimo, iż oficjalnie nosił imię Bronisław, po swoim ojcu). Tylko nielicznym zdradzał prawdziwe fragmenty swojego życiorysu. Nie był człowiekiem zamkniętym w sobie – chętnie udzielał wywiadów, a jeszcze chętniej obcował z ludźmi – ale to, co najbardziej osobiste – zostawiał dla siebie i bliskich mu osób. Nie cierpiał wszelakich porównań i uważał je za przejaw zaściankowości. Uważał, że każdy ma swoją indywidualną wartość. Gdy podróżując z Nim słyszeliśmy: „polski Bond”, „socjalistyczny milicjant” lub „aktor jednej roli”, to z politowaniem patrzyliśmy na wypowiadających te słowa. Wielkim nieporozumieniem jest przyrównywanie Borewicza do Bonda – ani nie ten charakter opowieści, ani nie te pieniądze na produkcję, ani nie ta ogólnoświatowa skala popularności. Sławek krzywił się na stawianie umownego znaku równości pomiędzy 07 a 007. Z kolei swoją „socjalistyczną przynależność” traktował z rozbawieniem, zwłaszcza, że pierwsze kroki aktorskie stawiał będąc... ministrantem.

Nigdy nie ukończył żadnej szkoły teatralnej czy filmowej. Do serialu trafił z przypadku, a postać porucznika MO wykreował tak, że jest i rozpoznawalny, i kochany do dziś. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie fascynowałby się postacią reżimowego funkcjonariusza, gdyby nie autentyczna sympatia do postaci, jaką odegrał. Między bajki włożyć także należy to, że znany jest wyłącznie dzięki Borewiczowi. To częściowe zaszufladkowanie Sławka wynika ze... społecznego lenistwa. Wystarczy wspomnieć serial o Malanowskim, program Telewizyjne Biuro Śledcze, czy chociażby zapomniane już dziś po części „Znaki szczególne” (w których właściwie debiutował) oraz kilkuodcinkowy „Mrok”. Miał talent estradowy, a przez kilka lat „wygłupiał się” – jak sam mówił – w programie „Reality Shopka Szoł” w teatrze „Groteska”. Znakomicie wcielił się w postać kapitana Zawady w filmie „Wściekły”. Nie zapominajmy przy tym, że z wykształcenia był etnografem, który na początku swej kariery pracował jako... dziennikarz radiowy. Później przeniósł się do krakowskiego oddziału telewizji, aby ostatecznie za sprawą różnych zbiegów okoliczności trafić do filmu. Dawno, dawno temu zakochał się w Bałkanach, a szczególnie w Chorwacji, do której jeździł przynajmniej raz w roku. Gdy po zakończeniu przygody z detektywem Malanowskim przeszedł na „aktorską emeryturę” (chociaż zagrał później jeszcze w kinowym filmie „Na bank się uda”), osiadł w swoim wiejskim domku, doglądał kotów i upajał się spokojem okolicy. Pytany telefonicznie przez dziennikarzy: „a co pan teraz robi?” odpowiadał z uśmiechem: „biję się z myślami”.

Nasze wspólne przygody

Rozpoczęło się od organizacji Jego 70-tych urodzin. Odbyły się w wyjątkowej oprawie i z przytupem takim, że wszystkie kolorowe gazety o tym pisały. Mile zaskoczyłem Go przygotowaniem scenariusza, zgraniem wszystkiego w czasie i rozmową z publicznością, dzięki której mógł trochę więcej opowiedzieć o sobie, nie tylko w kontekście Borewicza. Towarzyszył nam wówczas Piotr Piotrowski, autor książki „07 zgłasza się – opowieść o serialu”, a impreza tak bardzo się spodobała, że wkrótce wyruszyliśmy „w Polskę”. Zapraszały nas różne instytucje kultury – głównie biblioteki – a publiczność waliła drzwiami i oknami. Żeby posłuchać niezapomnianego głosu, uwiecznić się na zdjęciu z serialowym bohaterem, a także zdobyć wymarzoną dedykację i autograf. Odwiedziliśmy w sumie może z setkę różnych miejscowości. Oprócz spotkań z publicznością dołożyć do tego należy także Turnieje Detektywistyczne, udziały w akcjach happeningowych oraz Gry Terenowe, których był bohaterem. Corocznie pojawiał się na moim stoisku w ramach Śląskich Targów Książki, gdzie po podpis ustawiał się najdłuższy ogonek świata. Gościli nas miejscy i gminni oficjele, dyrektorzy instytucji kultury, hotelarze i restauratorzy, a zdarzało się, że wpadaliśmy na placki ziemniaczane do czyjegoś prywatnego mieszkania. Bywało, że w ciągu tygodnia przebywaliśmy ponad 2000 km, odwiedzając duże aglomeracje oraz małe wioski. Tournee z Borewiczem, to nie tylko wspólna jazda samochodem, nocleg w hotelu czy obiad w restauracji. To także niezapomniane rozmowy i przygody, które przytrafiały nam się czasami w zupełnie szalonych momentach. Gadaliśmy o wszystkim. Zwierzaliśmy się sobie.

Zaprzyjaźniliśmy się absolutnie i bezdyskusyjnie. A z przygód wymienić należy chociażby tę, w czasie której o mały włos i wylecielibyśmy w powietrze za sprawą awarii samochodu oraz tę, gdy mimo fatalnego w skutkach złamania nogi... przewiozłem Go na pięć spotkań (pięć dni pod rząd), dwukrotnie realizując trasę Kraków-Koszalin (z kilkoma „międzylądowaniami”). W bagażniku wieźliśmy wówczas – oprócz książek i naszych ciuchów – składany wózek inwalidzki. Wożono nas milicyjnymi radiowozami, zapraszano do uświetniania różnych jubileuszy, zagadywano na ulicy, w restauracji i na peronach stacji kolejowych, na których odbierałem Go, gdy spotykaliśmy się „w trasie”. Udzielił mi wywiadu do jednej z moich książek. Inną rekomendował na okładce. Namawiałem go na napisanie biografii. Odmawiał, zwlekał, mówił, że jeszcze nie pora... Zaliczyliśmy wspólny basen i saunę, spacer po nadmorskiej plaży i kilka tortów w kształcie poloneza, a w jednej z miejscowości – propozycję przejażdżki... czołgiem! Sławek nigdy nie sarkał, nie marudził, nie narzekał. Wsiadał w pociąg, autobus lub inny środek lokomocji i przybywał do umówionego miejsca. Ostatnia duża impreza z naszym wspólnym udziałem, to Jego 75-te urodziny, na które zaprosiłem specjalnie dla Niego Hanię Dunowską (sierżant Anna Sikora z „07”). Była wielka radość i łzy wzruszenia. Nigdy mnie nie zawiódł. Wiedziałem, że ZAWSZE mogę na Niego liczyć. Po tegorocznej Wielkanocy zaczęliśmy się umawiać na spotkanie. Przy kominku w domu Państwa Cieślaków. I pewnie siedzielibyśmy do późna...

Jaki był i co po nim pozostanie?

Niesamowicie Inteligentny Erudyta. Miłośnik polskiej kuchni. Ukochany Mąż, Ojciec i Dziadek. Wyjątkowy Przyjaciel. Wzór Kultury Osobistej. Serialowy Idol. Wspaniały Gawędziarz. Król Życia.

Do samego końca mówił, że żal mu uciekającego czasu. Że szkoda mu spać. Że świat jest tak atrakcyjny i, że aż serce się kraje, bo nie będzie można tego wszystkiego spróbować. Uwielbiał ludzi z poczuciem humoru. Szczególnie takich, którzy mieli dystans do samych siebie. Każde spotkanie z publicznością rozpoczynaliśmy od pokazu wspominkowych fotografii Sławka, przy których autentycznie się wzruszał. Później mówiłem, że patrząc na te zdjęcia, trzeba przyznać, iż po latach „zmieniła mu się sierść”. Ludzie wybuchali śmiechem, a on spokojnie wyjaśniał, skąd wzięło się to określenie. W czasie półtoragodzinnego show salwy śmiechu pojawiały się jeszcze kilkukrotnie. Aż do finału, gdy opowiadał anegdotę związaną z jego córką i... byciem nagim na ekranie. Nienawidził ponuraków i osób zakompleksionych. Z pobłażaniem przyglądał się celebrytom.

Był zniesmaczony tym, że w Malanowskim nie może oddać charakteru Borewicza. Nie cierpiał, gdy mówiono o nim „kultowy aktor” lub, że zagrał w „kultowym serialu”. Mawiał, że „kultowa, to może być Matka Boska” i jednocześnie nie mógł wyjść z podziwu, że „07 zgłoś się” cieszy się nieprzemijającą popularnością. Bacznie przyglądał się ludziom, zwłaszcza tym, którzy przychodzili na castingi, aby spróbować swych sił przed kamerą. Do schabowego zamawiał zazwyczaj mizerię, nawet gdy nie było jej w karcie. Golił się codziennie, a panie dawały mu odczuć, że jest przystojnym dżentelmenem. W wielu miejscach słyszeliśmy, że podkochiwały się w postaci porucznika MO, nie bez sympatii dla odtwórcy tej roli. Ciepło wyrażał się o swoich koleżankach i kolegach, którzy zagrali z nim w „07”. Anegdotami na temat wspólnej pracy mógł sypać jak z rękawa. Pozostaną po nim świetne role filmowe, radiowe wspomnienia, reporterskie materiały, mnóstwo wywiadów, setki tysięcy zdjęć, książki, w których jest bohaterem, polonez zwany Borewiczem, znakomite cytaty oraz nieprzemijająca pamięć, jaką ludzie noszą w głowie i sercu.

Nieprawdą jest, że odszedł po długiej i ciężkiej chorobie – jak podają niektóre media. Leniwi dziennikarze spłycają prawdę. Owszem, kilka lat temu przeszedł perturbacje zdrowotne, lecz od wielu miesięcy był już rekonwalescentem. Kontrolował swój stan zdrowia u specjalistów, stosował się do zaleceń, a ostatnio cieszył się nawet, że wraca możliwość korzystania z basenu – bo miał swoje ulubione krakowskie kąpielisko. Wstępnie umawialiśmy się, że w tym roku wznowimy spotkania z publicznością. Że wybierzemy się w kolejną trasę, aby nieść radość wszystkim Jego fanom. Niestety, nasze drogi chwilowo się rozeszły...

Ale Sławku! Czekaj na mnie! Bo za jakiś czas dołączę do Ciebie i z pewnością zabiorę swój laptop. Żebyśmy i w tym lepszym świecie mogli prezentować Twoje niesamowite opowieści związane nie tylko z Borewiczem. To nieprawda, że wraz z Twoim odejściem kończy się pewna epoka. Ona będzie z nami już zawsze. Będziemy wraz z majorem „opóźniać akcję”, a przez wzgląd na Twoje dokonania nie pozwolimy „zamknąć za sobą drzwi”. Do zobaczenia już wkrótce!

Mistrz Błachowicz liczy na nokaut!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie